szukaj
Rewolta w kopertach
Specjalny zespół stołecznej milicji cenzurował prywatne listy warszawiaków, żeby zablokować rozpowszechnianie informacji o wydarzeniach Marca 1968 r. Proceder rodem z Orwella można dziś potraktować jako gigantyczne badanie opinii publicznej. Wsłuchajmy się w jej głos.

Dantejskie sceny, bili pięściami po twarzy, pałami masakrowali dziewczęta. Bili, kogo popadło, bezbronnych, niewinnych ludzi na ulicy. Dziewczyny uciekały przez prywatne mieszkania, ludzie chowali, bronili. Mówię Ci »krwawa niedziela«. Mnóstwo ludzi pobili, pozabierali legitymacje i indeksy. Dziewczyny mdlały, piekło, jakaś babka z prawa podobno zmarła... Studenci zbiegli na stopnie kościoła św. Krzyża i krzyczeli pachoły, gestapo, mordercy, łapanka. Milicja na schody do kościoła, tłuką i piorą na lewo i prawo, po głowach, żebrach, plecach, gdzie popadło. Dużo pracowników naukowych tajniacy pobili. (...) To straszne, że aż trudno uwierzyć, makabra, dostać w biały dzień pięścią w twarz albo pałą od takiego łajdaka. Wieczorem demonstracja studentów, do których przyłączyli się ludzie poszła pod »Życie Warszawy« – krzyczeli »opublikujcie o bandytach«. Dziś w »Życiu Warszawy« artykuł – chuligańskie wybryki!!!! (...) Nie piszę więcej i tak nie wiem, czy ten list dojdzie”.

Czy ten list dotarł do adresata – nie wiemy. Po sfotografowaniu mógł na powrót trafić do skrzynki pocztowej. Mógł też zostać skonfiskowany. Z masy korespondencji wyłowili go funkcjonariusze Wydziału W Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej, którzy razem z kolegami w całym kraju przeglądali rocznie 5–6 mln listów i przesyłek. Tylko 9 marca między godz. 14.00 a 17.30, odnaleźli 124 dokumenty zawierające relacje z przebiegu wydarzeń na Uniwersytecie Warszawskim. Autorami 110 listów byli studenci, z których 33 – jak przypuszczano – wzięło bezpośredni udział w proteście. Wśród 5630 listów przeczytanych 10 marca 396 zawierało informacje, komentarze bądź ulotki związane z wydarzeniami. Plonem pracy cenzorów były sprawozdania z nagłówkiem „Tajne spec. znaczenia” zawierające fragmenty korespondencji.

Satyrzą Żydów

Po zawieszeniu przedstawienia „Dziadów” w Teatrze Narodowym w Warszawie, 29 lutego na znak protestu zebrał się w trybie nadzwyczajnym warszawski oddział Związku Literatów Polskich. „Byłem obecny na tym słynnym posiedzeniu literackim – pisał jeden z autorów listów przechwyconych przez Wydział W. – Pierwszy raz w Polsce powojennej na jawnym zebraniu widziałem tajne głosowanie, w którym rząd został potępiony tak wielką przewagą głosów. Wyobrażam sobie, jak by to wyglądało, gdyby u nas doszło do jakiegoś referendum, jak np. we Francji. Marny widok. Partia chyba nigdy dobrowolnie czegoś takiego nie zaryzykuje”.

W początkach marca na Uniwersytecie Warszawskim wrzało. Na murach i tablicach pojawiały się coraz to nowe ulotki. Krążył też następujący antysemicki wierszyk:

„Wieszcz narodu zszedł na Dziady,/Czy już o tym wiecie?/Gdy go Michnik i Szlajfery/Okrzykują w świecie.

Rzekł tak mądrze ktoś niedawno/O piątej kolumnie,/A Polacy w Żydów ślepią,/Bo jak zwykle – durnie.

Dalej bracie, karabele/Każdy w dłonie chwyta./Żyda za pejs i za morze/Rada znakomita.

Im ta Polska, w którą plują,/Daje nadal łaski./Ty studenckie piwko ciągniesz,/Czekasz na oklaski”.

Mając prawdopodobnie na myśli ten wierszyk, jeden ze studentów w liście z 5 marca pisał: „Studenci wykazują aktywność. Roznoszą różne memoriały, listy, protesty. Bibuły namnożyło się tyle, że człowiek traci orientację co do charakteru publikacji. Kolportuje się odezwy i kontrodezwy, odpowiedzi i odpowiedzi na odpowiedź, w prozie i wierszem rymowanym. Satyrzą »Dziadów« i Żydów. Bibuła krąży z rączki do rączki jak gazeta polska w okresie okupacji. Od czasu do czasu wiesza się jakiś antysemicki wierszyk na ścianie, ale znika on niebawem i ustępuje miejsca odezwie potępiającej działalność antyżydowską. Studenci podpisują odezwy wołające o wolność kultury i takie, które twierdzą, że taka wolność istnieje”.

Środowisko studenckie było podzielone. Jeden z aktywistów Związku Młodzieży Socjalistycznej pisał w liście: „Zaczęły się ukazywać ulotki. Razem z innymi ludźmi byłem zdecydowanym wrogiem wszelkich akcji. Zrywaliśmy ich ulotki i niszczyliśmy je”. Czy wieszali również te antysemickie – autor listu nie pisze.

Pięścią i pałą

3 marca gruchnęła wiadomość o relegowaniu Adama Michnika i Henryka Szlajfera ze studiów. Grupa opozycyjnej młodzieży postanowiła zorganizować wiec protestacyjny. „Podobno jeszcze w tym tygodniu odbędzie się wiec na dziedzińcu UW. Piszę podobno, bo datę, godzinę i miejsce wiecu zna wąskie grono organizatorów. W ogóle to nie wiadomo jak iść, z kim i na kim się oprzeć”. Wiec przed gmachem Biblioteki UW rozpoczął się punktualnie w południe 8 marca. Irena Lasota, studentka filozofii, przeczytała projekt rezolucji wyrażającej sprzeciw wobec deptania konstytucji PRL, usunięcia z uczelni Michnika i Szlajfera, zakazu wystawiania „Dziadów”.

„Nagle na Krakowskim został wstrzymany ruch i na Uniwerek wjechało 7 autokarów z napisem »Wycieczka«. A w autokarach »wycieczkowicze« w szarych paletkach i kapelusikach. Rzucili się na demonstrantów, którzy usiedli na śniegu i zaczęli bić. Bili pięściami po twarzy i to nie tylko studentów, pracowników naukowych też. Nie myślcie sobie, że Święto Kobiet przeszkodziło im bić dziewczęta. Jednocześnie zaczęli zgarniać prowodyrów do »suki« i zabierać legitymacje i indeksy. Kilka dziewcząt zemdlało. Jedne wynieśli koledzy, drugie wywozili prywatnymi autami do szpitala. Potem wszystko przeniosło się pod rektorat i zaczęło się. Wycieczkowicze zgarniali wszystkich, kto im się nawinął pod rękę. Studenci krzyczeli, żeby pokazał się rektor. Pojawił się prorektor i zaczął nawoływać do rozejścia się. Wycieczkowicze zaczęli bić studentki. Chłopcy rzucili się na pomoc. Zaczęli rzucać w wycieczkowiczów pieniędzmi – »za nadgodziny«, »na dziwki«, »na delegacje« itd. Wtedy do akcji weszli mundurowi. Wycieczkowicze leli gołymi rękami, policja pałami, wtedy polała się krew”.

Wycieczkowiczów od studentów różniło bez mała wszystko, nie tylko uniformy – jesionki w jodełkę czy wysoki poziom agresji, potęgowany schowanymi w rękawach pałkami. Generacyjnie należeli do pokolenia ZMP, lekko podtatusiali, skrzyknięci zostali przez partię w różnych zakładach i instytucjach Warszawy na hasło „trzeba uspokoić gówniarzy”. Niektórzy posługiwali się – jak zauważali świadkowie – kodem ograniczonym, który na kampusie uniwersyteckim nie mógł się stać podstawą porozumienia. Ich sposób myślenia ilustruje jeden z listów: „Rozrabiają studenci podjudzani przez prowodyrów. Są to synowie i córki rodziców bogatych bądź na dobrze płatnych stanowiskach. Wśród nich są studenci pochodzenia żydowskiego, którzy robią z siebie »bohaterów«. Szkoda, że ten nasz naród da się tak bałamucić. (...) Do tej pory cackano się i tłumaczono tym rozrabiakom, żeby się wzięli za naukę, ale to nie poskutkowało, ale jeszcze bardziej rozwydrzyło synalków opływających w dobrobycie. Trzeba więc było uciec się do innych argumentów, bo nie ma innego wyjścia”. Jednym z tych, którzy przekonali się o sile owych argumentów, był dzisiejszy publicysta „Polityki” Wiesław Władyka, wtedy student historii, którego przewrócił i uderzył jeden z pasażerów autokaru z napisem „wycieczka”.

Na czas wysłania delegacji studentów do prorektora bicie ustało. Wycieczkowicze zaczęli wracać do swoich autokarów, gdy ok. godz. 14.30 na polecenie komendanta stołecznego MO płk. Henryka Słabczyka przez bramę główną od strony Krakowskiego Przedmieścia zaczęły wkraczać umundurowane oddziały milicji w hełmach, okularach ochronnych i z długimi pałkami. Jeden z uczestników studenckiego wiecu relacjonował: „Wczoraj mogłem osobiście przekonać się o niezwykłej wprost operatywności oddziałów MO w strojach frontowych, tudzież wspaniale prezentujących się pachołków z ORMO, którzy w robociarskich waciakach zjechali na teren UW, aby osobiście uczcić odbywający się tam wiec antyreżimowy. Usłyszane okrzyki: »Konstytucja, Konstytucja«, »Gdzie jesteście bracia robotnicy«, »Nie ma nauki bez wolności, nie ma chleba bez wolności«, »Gestapo« (po akcji MO i ORMO)”.

Następnego dnia w „Życiu Warszawy” ukazał się artykuł, zgoła inaczej przedstawiający wydarzenia. List do naczelnego gazety również przechwyciła SB: „Byłem naocznym świadkiem wypadków na terenie UW i mogę stwierdzić, że informacja o powyższym zamieszczona w »Życiu Warszawy« jest daleka od całej prawdy i chyba świadomie wypaczona. Mówiąc Waszym stylem: komu taka informacja służy? Zapewne skostniałemu kierownictwu naszego państwa i zwolennikom »zamordyzmu«. Można oczywiście długo utrzymać się przy władzy przy pomocy bojówkarzy ormowskich, »chłopców z Golędzinowa«, posłusznej prasy, radia, sądownictwa i niemego sejmu. Ale jednocześnie można utracić resztki zaufania społeczeństwa. Żyjemy nadzieją, że świeże, ożywcze wiatry południowo-zachodnie i do nas dotrą”.

Śpimy w mundurach

Brutalne pogwałcenie praworządności na uniwersytecie, kłamliwa kampania w prasie stały się katalizatorami protestu, którego szybkość rozprzestrzeniania się świadczyć może również o nagromadzonym buntowniczym potencjale młodzieży. Do demonstracji czy tylko akcji ulotkowej doszło praktycznie we wszystkich miastach akademickich, a także takich jak np. Tarnów, Legnica, Bielsko-Biała, Radom, gdzie szkół wyższych nie było. Już trzy–cztery dni po 8 marca SB zaczęła wyłapywać pierwsze ulotki skierowane do robotników: „Władze wyrzucają naszych kolegów z uczelni. Milicjanci biją nas pałkami. Nie oszczędzają kobiet. Biją profesorów. Warszawiacy wiecie o tym, bo sami to widzicie. Prasa kłamie! Chcemy się uczyć i pracować dla kraju, ale bez wolności nie ma nauki, nie ma chleba. Robotnik i student płacą za mięso tyle samo. Mamy ten sam kraj, tę samą Polskę. Dla niej się uczymy, dla niej chcemy pracować. Robotnicy Warszawy! Zwracamy się do Was, nie dajcie bić Waszych dzieci, nie dajcie bić studentów”.

Z listu do żołnierzy: „W dniu 8 marca 1968 r. w Dniu Święta Kobiet Milicja biła pałkami po głowie kobiety studentki na Uniwersytecie. Prosimy, aby Wojsko Polskie stanęło w obronie Kobiet Polek. Kobiety Warszawy”. Tego typu wezwania mogły trafić do żołnierzy z poboru. Jeden z nich opisywał swój udział w wydarzeniach 8 marca: „W Dzień Kobiet byliśmy w czterech na przepustce i widzieliśmy, jak nasza szanowna milicja biła pałkami studentki w dniu ich święta. (...) Wtedy na przepustce nie mogąc wytrzymać pobiliśmy czterech milicjantów. Nie wiedziałem, że oni są tacy słabi. Nasze pasy i ręce okazały się szybsze niż pałki”.

Listy żołnierzy stanowią jeden z wielu dowodów na to, że marcowy protest nie ograniczył się do społeczności akademickiej, lecz miał charakter pokoleniowy. Pokazują także, jak mało brakowało, by nabrał charakteru ogólnonarodowej rewolty. „Przepustki wstrzymali całkowicie – pisał podchorąży z jednostki w podwarszawskim Zegrzu – bo w Warszawie dzieją się straszne rzeczy, dosłownie jak powstanie. Na razie nie używana jest broń, ale lada moment dojdzie do walki zbrojnej. Nie chcą dopuścić do tego, aby tam znaleźli się podchorążowie i żołnierze służby zasadniczej. Warszawa zaczyna zmieniać powoli swój wygląd w pobojowisko. (...) Studenci zaczęli mówić o pogwałceniu wolności i w ogóle, że nasza obecna przyjaźń z ZSRR na dobre nie wychodzi Polsce. Domagają się zmiany rządu, wyrzucenia sługusów Związku Radzieckiego i stworzenia państwa socjalistycznego w pełni samodzielnego jak Rumunia. Chcą po prostu Polski naszej i dla nas”.

Wojsko zostało postawione w stan gotowości bojowej. Jeden z żołnierzy w liście z 18 marca pisał: „Powiedziano nam, że spokój będzie dopiero wtedy, kiedy nastąpią zmiany w partii i rządzie. (...) Od tygodnia nie zdejmuję z nóg butów ani munduru z siebie, nawet w nocy śpi się w mundurach, w butach, z ładownicami przy boku pełnymi amunicji i pistoletami przy łóżku. Panuje stan taki, jakiego w wojsku nie było od wielu lat”.

Lament w bufecie

Ogólnopolski wybuch nie nastąpił. W marcu i kwietniu 1968 r. doszło do robotniczych strajków. Podczas żadnego z nich nie pojawiły się jednak postulaty o charakterze politycznym. Wszystkie dotyczyły bieżących problemów ekonomicznych. Czynnikiem, którego znaczenie trudno przecenić dla zachowania porządku społecznego w Marcu 1968 r., był autorytaryzm i jego psychospołeczne korelaty: lęk i konformizm dużej części społeczeństwa. Władzy ponadto udało się narzucić znacznej części społeczeństwa obraz protestu jako syjonistycznego spisku. I znów pokazują to listy.

„Nie byłam i nie chcę być antysemitką, ale wprost rzuca się to w oczy, że ci, którzy sieją ten ferment, to dobrze sytuowani Żydzi, którzy chcą grać w państwie czołową rolę. Na naszym wydziale to się wprost rzuca w oczy”.

„Było mi bardzo żal tej młodzieży, że się dała wciągnąć w żydowską robotę. Dzięki Panu Bogu, że opanowano wszystko w porę i normalnie nasz fundament ojczyzny już się uczy”.

„Żydzi z mojego zakładu podnieśli lament niebywały. Kiedyś twierdzili, że antysemityzm i antysyjonizm to jedno, nie wytrzymałem i powiedziałem – każdy Żyd jest potencjalnym syjonistą – nie wiedzieli co powiedzieć i umilkli. Teraz za to jak przychodzę do zakładu jest cicho. Lamentować wychodzą do bufetu. Chciałbym bardzo wiedzieć, czym to się wszystko skończy. Gomułka prawdopodobnie zajmie miejsce Ochaba, bo ten sam się zwracał, by go z tego stanowiska zwolniono, ale nie wiadomo, kto będzie I Sekretarzem Partii. Plotka wysuwa trzech potencjalnych kandydatów: Gierka, Moczara, Strzeleckiego. Dla mnie to nieistotne kto z nich, ale który podejmie odważnie decyzję rozwalenia 5 kolumny żydowskiej. Takiego jestem gotów poprzeć w każdej chwili”.

W kraju ruszyła antysemicka czystka, która, choć zorganizowana przez partię, miała swoje społeczne poparcie. Jeden z autorów listów, pracujący w Ministerstwie Kultury i Sztuki, wręcz chełpił się, że przyłożył do niej rękę. Ofiarą był Stanisław Neumark, dyrektor generalny w tym ministerstwie, którego wina polegała na tym, że korzystał z resortowego ośrodka wypoczynkowego. „1 kwietnia został na zebraniu partyjnym u nas w Ministerstwie wylany z partii. Zebranie trwało od 16-tej do 1-ej w nocy. Sądzono go bezlitośnie, wywlekano wszystkie jego draństwa i znęcanie się nad ludźmi. Jego samego nie było na zebraniu, bo (dyplomatycznie) zachorował, wraz z nim wylano trzech Żydów dyr. Departamentu w naszym Ministerstwie (...). Neumark na tydzień przed wylaniem ustawicznie do mnie dzwonił (był wówczas na przymusowym urlopie od czasu aresztowania jego syna syjonisty) prosząc o pomoc. Mówił, że sobie życie odbierze, jeśli ktoś go nie obroni na zebraniu partyjnym. Oczywiście, gdy przyszło do głosowania na zebraniu głosowałem z satysfakcją za wylaniem. Skończyły się dla niego zaszczyty, władza, samochody, apartamenty w Radziejowicach dla żony, dzieci i dwóch psów – żywionych na koszt państwa. (...) Dadzą mu za jakiś czas pracę, ale referenta za 2000 zł. Koniec z Żydostwem! Wzięto się za nich skutecznie, wylewają na pysk wszędzie. Kto Żyd nie ma co szukać obecnie w Polsce” – pisał pracownik Ministerstwa Kultury.

Antysemicki Kulturkampf przedstawił rodzący się bunt pokoleniowy jako problem w gruncie rzeczy rasowy. Młodzieżowa rewolta wykorzystana została do stworzenia nowego wizerunku władzy: lepszej, bo wolnej od Żydów. Niektórzy powiedzieliby: polityczny majstersztyk.
 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj