szukaj
Ogień ciągle się tli
Minęło 75 lat, ale spór o pożar Reichstagu w Berlinie trwa. Nie tylko wśród historyków. W 2008 r. zapadł kolejny wyrok sądowy w tej sprawie!
To pożar Reichstagu, a nie mianowanie Hitlera kanclerzem, był początkiem końca republiki weimarskiej.
russ-j-taylor/Flickr CC by SA

To pożar Reichstagu, a nie mianowanie Hitlera kanclerzem, był początkiem końca republiki weimarskiej.

Przejęcie władzy w Niemczech przez Hitlera nie było przypadkiem, ale nie było też nieuniknione. W wyborach 6 listopada 1932 r. NSDAP (hitlerowska Narodowo-Socjalistyczna Partia Niemiec) utraciła dwa miliony głosów i znalazła się w poważnych kłopotach finansowych. Równocześnie KPD (Komunistyczna Partia Niemiec) zyskała 600 tys. głosów i zbliżyła się do liczby 100 deputowanych w Reichstagu (parlamencie). Upojona tym sukcesem propaganda komunistyczna zapowiadała nadejście czerwonej rewolucji. Choć w wypadku takiej rewolty prezydent mógł się odwołać do wojska (Reichswehry) i wprowadzić stan wojenny, lęk przed KPD był w środowiskach narodowo-konserwatywnych największym sprzymierzeńcem Hitlera.

Od 3 grudnia 1932 r. kanclerzem Rzeszy był były szef Reichswehry generał Kurt von Schleicher – miał za sobą armię, ale nie miał większości w parlamencie. Z kolei jego zajadły konkurent, poprzedni kanclerz – Franz von Papen – szukał kontaktu z Hitlerem i intrygował u prezydenta Hindenburga, by ten stworzył konserwatywno-narodowy rząd z Hitlerem jako kanclerzem i dwoma nazistowskimi ministrami, kontrolowanymi przez większość konserwatywnych ministrów. Hindenburg wahał się, gardził Hitlerem jako gefreitrem (kapralem), ale w końcu się złamał. 30 stycznia 1933 r. mianował Hitlera kanclerzem.

Formalnoprawnie nic się jeszcze nie stało. Nie było to żadne przejęcie władzy, jak później ten dzień kreowała nazistowska propaganda. Ale wieczorem 25 tys. umundurowanych członków SA ruszyło z pochodniami w wielogodzinny marsz przez centrum Berlina. 25-letni Sebastian Haffner, publicysta i niebawem emigrant, zapisał wówczas: „Przez moment niemal fizycznie czułem zapach krwi i brudu otaczający tego człowieka, jak gdyby zbliżał się groźny i obrzydliwy drapieżnik. Brudna łapa dotknęła pazurami mojej twarzy...”. Nawet prawicowy generał Erich Ludendorff, który w 1923 r. wspierał monachijski pucz Hitlera, był oburzony. W liście do Hindenburga, z którym dowodził armią niemiecką w I wojnie światowej, napisał: „Uroczyście przepowiadam Panu, że ten okropny człowiek wtrąci naszą Rzeszę w przepaść, a na nasz naród ściągnie niewyobrażalne nieszczęścia”.

Na zewnątrz nowy kanclerz występował łagodnie. Ale już 3 lutego, na kolacji w mieszkaniu szefa sztabu Reichswehry Kurta von Hammersteina, Hitler puścił farbę. W polityce decyduje prawo silniejszego – mówił. Najpierw musi być w Niemczech doszczętnie wytępiony marksizm. Następnie armia, dzięki pracy wychowawczej ruchu nazistowskiego, otrzyma znakomitych żołnierzy i w ciągu 6–8 lat armia będzie zdolna prowadzić aktywną politykę zagraniczną. „Celem będzie najprawdopodobniej wschód. Jednak germanizacja ludności okupowanych czy podbitych terenów jest niemożliwa. Germanizować należy ziemię. Trzeba będzie bezwzględnie wysiedlić kilka milionów ludzi, tak jak to zrobiła po wojnie Polska i Francja. Dla Niemiec niebezpieczny jest okres przejściowy. Jeśli Francja ma mądrych mężów stanu, to za wszelką cenę zaatakuje. Będzie próbowała pozyskać Rosję, a być może się nawet z nią ułożyć. Dlatego konieczne jest jak największe przyspieszenie”. Raport z tej tajnej mowy już trzy dni później był na Kremlu.

Córka generała von Hammersteina sympatyzowała z komunistami, a i on sam nie był najlepszym rozmówcą dla Führera, gdyż jeszcze kilka dni wcześniej rozważał wraz z generałem Schleicherem, czy nie należałoby w Niemczech wprowadzić stanu wojennego. Ale wobec nastrojów w korpusie oficerskim – sprzyjającym narodowej rewolucji – takie przedsięwzięcie nie miało szans powodzenia. „98 proc. narodu niemieckiego upiło się” – powiedział von Hammerstein 31 stycznia swojej córce. I niebawem został przez Hitlera usunięty ze stanowiska. A gdyby jednak generałowie zdecydowali się działać? W kolacji z Hitlerem brał udział także jeden z tych, którzy będą w 1944 r. spiskować przeciw niemu – gen. Ludwig Beck...

Jednak także te poufne rozmowy i wojenne plany nie zmieniały jeszcze ustroju. Na początku lutego republika weimarska formalnie wciąż istniała. Aby nowemu rządowi dać stabilne poparcie, na początek marca rozpisano kolejne wybory. Właściwie tylko po to, by nowy parlament sam obalił demokrację parlamentarną.

Do dziś nie wiadomo z całą pewnością, czy w nocy z 27 na 28 lutego 1933 r. naziści sami podpalili Reichstag. Możliwe, że jedynie błyskawicznie wykorzystali samotny czyn Holendra Marinusa van der Lubbe, niezrównoważonego psychicznie, sfrustrowanego bezrobotnego, sympatyka komunistów. Już poprzedniego dnia próbował on podłożyć ogień w Biurze Dobroczynności w dzielnicy Neukölln, w Czerwonym Ratuszu i na Zamku Królewskim, ale przechodnie za każdym razem zdążyli powiadomić straż pożarną. 27 lutego van der Lubbe został zatrzymany w płonącym Reichstagu. Nie stawiał oporu i natychmiast złożył obszerne zeznania. Mówił, że działał sam. Wszedł przez okno po zachodniej stronie budynku. Miał ze sobą pakunki z podpałką węglową. Ogień podłożył najpierw w biurze nazistowskiej frakcji parlamentarnej, a potem w sali plenarnej. Podpalał kotary, od których natychmiast zajęły się boazerie i meble. Zatrzymany został już po 26 minutach. Wezwano straż pożarną, ale nawet 15 sekcji nie było w stanie ugasić pożaru.

Podejrzanie szybko na miejsce przybyli Hitler, Goebbels i Göring. I natychmiast zaczęli działać. Göring stwierdził, że to początek komunistycznego powstania i nie ma chwili do stracenia. Polecił obstawić wojskiem budynki rządowe, mosty w centrum Berlina i swoją rezydencję. Hitler wybuchnął: „Od tej chwili nie ma litości. Kto nam stanie na drodze, będzie zlikwidowany. Naród niemiecki nie zrozumie najmniejszej pobłażliwości. Każdy działacz komunistyczny ma być na miejscu zastrzelony. Komunistyczni posłowie jeszcze tej nocy muszą być powieszeni. Trzeba zamknąć wszystkich, którzy są z nimi związani. Żadnego pardonu również dla socjaldemokratów...”. Szef policji oponował, że podpalenie to czyn szaleńca, ale czołówka nazistów nalegała na ogłoszenie stanu wyjątkowego.

Tej samej nocy zakazana została cała komunistyczna prasa. W Berlinie aresztowano 1500 członków KPD – w tym niemal wszystkich posłów. Nie aresztowano jednak członków biura politycznego, bo akurat mieli tajne posiedzenie. Szef klubu parlamentarnego KPD Ernst Torgler sam się zgłosił na policję, by dowieść swej niewinności. Ponieważ Marinus van der Lubbe zeznał, że miał kontakty także z SPD, więc i socjaldemokraci padli ofiarą represji. Ich prasa została zawieszona na dwa tygodnie. Ogłoszone jeszcze tej samej nocy ustawy wyjątkowe uchylały swobody obywatelskie i pozwalały policji i SA aresztować bez podawania przyczyn. Ta ustawa czyniła z Niemiec państwo permanentnego stanu wyjątkowego i obowiązywała aż do końca III Rzeszy. Ujęto przewodniczącego KPD Ernsta Thälmanna. W samych Prusach do początków maja zatrzymano i zamknięto w obozach koncentracyjnych 100 tys. ludzi. W dniu wyborów, 5 marca, było 69 zabitych i setki rannych.

Mimo terroru, naziści wyborów nie wygrali w sposób absolutny: uzyskali 43,9 proc. głosów. Ale wraz z narodowcami dawało im to niezbędną większość, tym bardziej że unieważniono 80 mandatów, które uzyskała KPD. SPD i Centrum znalazły się w mniejszości. Na pierwszym posiedzeniu nowy Reichstag 441 głosami sam się pozbawił władzy ustawodawczej i kontrolnej, jedynie 94 posłów SPD głosowało przeciwko ustawie o pełnomocnictwach dla rządu. Od tego momentu republika weimarska przestała istnieć. 14 lipca zdelegalizowano partie polityczne (poza NSDAP), związki zawodowe, organizacje młodzieżowe i stowarzyszenia. W sierpniu 1934 r. – gdy po śmierci Hindenburga Hitler połączył stanowiska kanclerza i prezydenta – III Rzesza była już państwem totalitarnym.

Ściśle biorąc to pożar Reichstagu, a nie mianowanie Hitlera kanclerzem, był początkiem szybkiego końca niemieckiej demokracji. Stąd pytanie o sprawstwo przez dziesięciolecia żywo zajmowało niemiecką opinię publiczną. Czy, jak twierdzi znany historyk Hans Mommsen, podpalaczem był jedynie van der Lubbe? Hitler i jego paladyni mieli uwierzyć, że to początek komunistycznego powstania, a gdy rano przekonali się, że się pomylili, zastosowali ucieczkę do przodu, uruchamiając spiralę przemocy. Czy też sami (Göring) nakazali zaufanym ludziom z SA podpalić Reichstag, by mieć pretekst do realizacji swych planów: budowy państwa totalitarnego i ruszenia na podbój świata?

Proces przed sądem Rzeszy o podpalenie Reichstagu rozpoczął się 21 września 1933 r. w Lipsku i z miejsca został uznany za rozprawę stulecia. Jednak nie był pierwszy w sprawie o podpalenie. Poprzedniego dnia w Paryżu zakończył się zorganizowany przez przebywającego na emigracji szefa komunistycznej propagandy Willy’ego Münzenberga międzynarodowy antyproces dowodzący, że podpalaczami byli naziści. Jak wynika z wydanego właśnie w Niemczech bestsellera Hansa Magnusa Enzensbergera „Hammerstein, czyli samowola”, materiały do wydanej w Paryżu Brunatnej Księgi również wykradła córka generała von Hammersteina.

Proces lipski trwał 57 dni. W jego trakcie przesłuchano ponad 500 świadków. Zakończył się 23 grudnia 1933 r. skazaniem Marinusa van der Lubbe na śmierć za zdradę główną i podpalenie. 10 stycznia 1934 r. został ścięty na gilotynie. Aby ten wyrok był możliwy, Hitler ogłosił 29 marca Lex Lubbe, przepis działający wstecz i wprowadzający karę śmierci za podpalenia, zamachy, porwania i opór z bronią w ręku. Mimo to proces okazał się dla nazistów katastrofą. Najchętniej zresztą nie dopuściliby do niego, ale wymiar sprawiedliwości jeszcze nie był bez reszty w ich rękach. Ponieważ musieli się liczyć z naciskiem międzynarodowej opinii publicznej, więc zaplanowali go jako proces pokazowy przeciwko van der Lubbemu i jego komunistycznym rzekomym współpodpalaczom, Ernstowi Torglerowi i trzem Bułgarom – Georgijowi Dymitrowowi, Błagojowi Popowowi i Wasylijowi Tanewowi. Sąd, którego przewodniczący Wilhelm Bünger nie był nazistą, miał kłopoty z Dymitrowem, który sam przejął rolę obrońcy, poznał niemieckie procedury sądowe i prawo karne, a precyzyjnymi pytaniami potrafił wykazać sprzeczności świadków oskarżenia. Niektórzy – doprowadzeni z obozów koncentracyjnych – odwoływali zresztą swe uprzednie zeznania. A Hermann Göring, obok Goebbelsa jeden z głównych świadków, nie tylko dał się Dymitrowowi wyprowadzić z równowagi, ale i wysypał szczegóły wskazujące na to, że musiał o pożarze wiedzieć zawczasu i że do budynku Reichstagu prowadzi także podziemny korytarz... Rzeczoznawcy sądowi stwierdzili, że jedna osoba dysponująca materiałami van der Lubbego nie była w stanie tak szybko podpalić Reichstagu, tym bardziej że van der Lubbe miał na to nie 26, lecz jedynie 15 minut, ponieważ Göring przybył na miejsce wcześniej niż początkowo zakładano. Aby wykluczyć podejrzenie o spisek nazistowski, sąd podtrzymał tezę o spisku komunistycznym, ale konkretnych oskarżonych zwolnił od odpowiedzialności z powodu braku dowodów winy.

Nie był to wyrok salomonowy, lecz raczej oportunistyczny. Niemniej nauczeni tym przykładem, zaraz po zamknięciu procesu o podpalenie Reichstagu, naziści utworzyli swój własny Trybunał Ludowy, nad którym sprawowali całkowitą kontrolę i który w czasie wojny bez zahamowań taśmowo wydawał wyroki śmierci. W latach 50. brat van der Lubbego wniósł o proces rewizyjny. 21 kwietnia 1967 r. sąd berliński (pośmiertnie) uchylił wyrok śmierci, ale wydał wyrok za podpalenie – 8 lat.

Początkowo po wojnie mało kto miał wątpliwość, że to naziści podpalili Reichstag. Tę pewność podważył w 1959 r. tygodnik „Spiegel”, publikując wieloodcinkową serię historyka amatora Fritza Tobiasa, który po rozmowach ze świadkami pożaru, byłymi urzędnikami gestapo, policjantami i strażakami, dowiódł, że jednak van der Lubbe działał sam. Tę tezę podchwycił młody historyk Hans Mommsen, blokując zarazem w Instytucie Historii Najnowszej (IfZ) publikację Hansa Schneidera obalającą tezy Tobiasa. Nie była to tylko rywalizacja między kolegami. Teza o wyłącznym sprawstwie van der Lubbego relatywizowała winę nazistów, którzy mieli jedynie „źle ocenić sytuację” (Mommsen), a potem stać się zakładnikami własnej błędnej decyzji. Rudolf Augstein, który uczynił ze „Spiegla”, jak mówił, działo szturmowe demokracji, nie był wolny od niemiecko-narodowych skłonności i poparł tezę odpowiadającą duchowi czasu, czyli adenauerowskiej restauracji (w której komentator rasistowskich ustaw norymberskich mógł być szefem gabinetu chadeckiego kanclerza).

Książka Tobiasa wywołała mimo wszystko reakcję. Nie godził się z nią wybitny historyk Golo Mann. W 1970 r. o rewizję procesu z 1967 r. wystąpił Robert Kempner, zastępca głównego oskarżyciela w procesie norymberskim, i uzyskał w 1980 r. całkowite uniewinnienie van der Lubbego. To z kolei wywołało oburzenie prawników: jak to, przecież się przyznał... W 1983 r. uniewinnienie zostało uchylone, ponieważ sędziowie nie znaleźli dowodów niewinności van der Lubbego, ale też i jego samodzielnego działania; tyle że o współwinie komunistów nikt już nie mówił. W połowie lat 80. teza Tobiasa zaczęła być akceptowana przez tak renomowanych historyków jak Heinrich-August Winkler i Hans-Ulrich Wehler.

Jednak po otwarciu archiwów NRD i ZSRR pojawiły się kolejne poszlaki wskazujące na sprawstwo nazistów. Termofizycy i eksperci pożarnictwa od początku odrzucali tezę o jedynym podpalaczu. Ale trudno też było wierzyć opiniom Hermanna Rauschninga, jakoby Göring w tajnej mowie przyznawał się do podpalenia Reichstagu. Nie znalazła też potwierdzenia relacja generała lotnictwa Freiherra von Freyberg-Eisenberga, jakoby jeden z jego znajomych i zauszników Göringa – niejaki Loerzer – przyznał mu się nazajutrz po pożarze: „To ja otrzymałem polecenie od mego przyjaciela Göringa, bym z grupą SA-manów podpalił Reichstag”.

Dowodów jednak nie ma. Również w enerdowskich archiwach. Gdyby były, to propaganda NRD dawno by je opublikowała. W istocie cały ten spór – czy naziści Reichstag podpalili, czy tylko wykorzystali przypadek – jest dość jałowy. Zorganizowana w sierpniu 1939 r. przez SS prowokacja gliwicka mająca Hitlerowi dać pretekst do napaści na Polskę pokazała – per analogiam – że naziści sięgali do takich metod. Natomiast 10 stycznia 2008 r. wyrok procesu lipskiego z 1933 r. został ostatecznie uchylony. Ze względów formalnych.

Niemiecka opinia publiczna nadal jest w tej sprawie podzielona. Według ostatniego sondażu 60 proc. badanych uważa, że podpalaczami byli naziści, 10 proc. – że komuniści, 21 proc. – że jedynie van der Lubbe. Reszta jest niezdecydowana.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj