szukaj
Wojna dat
W XX stuleciu Polska dwukrotnie odzyskiwała niepodległość i w obu wypadkach dokładna data budzi spory.
Rozbrajanie Niemców w Warszawie, 10 listopada 1918 r.
Wikipedia

Rozbrajanie Niemców w Warszawie, 10 listopada 1918 r.

Utrata niepodległości, a mamy w tej dziedzinie liczące się doświadczenia, nigdy nie budziła sporów o datę. Wiadomo, kiedy był III rozbiór, wiadomo, kiedy przegraliśmy kampanię wrześniową. Spierano się z dużą zajadłością o przyczyny narodowej tragedii, o to, kto ponosi za nią odpowiedzialność, chętnie obciążając przeciwników politycznych lub ich ideowych protoplastów.

Zacznijmy od wydarzeń, które stanowią fragment życiorysu wszystkich Polaków powyżej 25 roku życia. Na ich oczach po prawie pół wieku zależności od Związku Radzieckiego Polska odzyskała suwerenność. W pamięci zbiorowej nie zakodowała się jednak żadna konkretna data przypisana do tego przełomowego wydarzenia.

W kalendarzu oficjalnych świąt dokonano zmian przywracając święta 3 maja i 11 listopada, wymazując 22 lipca, przenosząc Dzień Wojska Polskiego z 12 października (bitwa pod Lenino) na 15 sierpnia (bitwa warszawska 1920 r.), ale nie ma i zapewne nie będzie konkretnego dnia symbolizującego narodziny III Rzeczypospolitej.

Są fotografie, swoiste ikony, symbolizujące przemianę. Co najmniej trzy: Okrągły Stół z lotu ptaka, Tadeusz Mazowiecki w Sejmie po powołaniu na stanowisko prezesa Rady Ministrów pozdrawiający zebranych znakiem Solidarności oraz kadłub Feliksa Dzierżyńskiego niesiony przez dźwig w czasie demontażu pomnika na dzisiejszym placu Bankowym w Warszawie. Aspirowała również do symbolicznego skrótu fotografia Lecha Wałęsy unoszącego w górę przed pałacem Myślewickim ręce prezesa ZSL Romana Malinowskiego i przewodniczącego SD Jerzego Jóźwiaka po zawarciu porozumienia drastycznie ograniczającego pozycję polityczną PZPR. Porozumienie się jednak rychło rozleciało, a jego uczestnicy, poza Wałęsą, odeszli w mrok zapomnienia.

Wreszcie znakomity plakat wyborczy z samotnym szeryfem Garrym Cooperem z plakietką Solidarności przypiętą do kamizelki. Były to jednak wybory w pełni demokratyczne tylko do Senatu, natomiast do Sejmu jedynie w 35 proc. A poza tym zainicjowana przez Wałęsę „wojna na górze", która doprowadziła w 1990 r. do rozłamu politycznego w Solidarności, bardzo nadszarpnęła jej mit.

Tylko jedna z tych fotografii zawiera przesłanie ideowe do zaakceptowania przez przytłaczającą większość społeczeństwa - obalenie pomnika Dzierżyńskiego. Twórca i szef bolszewickiej Komisji Nadzwyczajnej (Czeka), realizatorki krwawego terroru, budził uczucia jednoznaczne. Ale zrzucenie go z cokołu nie stało się wydarzeniem tak trwale zapisanym w pamięci społecznej jak zburzenie od lat pustego paryskiego więzienia o nazwie Bastylia. Być może burzenie poza emocją chwili nie przemawia nam tak silnie do wyobraźni. Świadczy o tym całkowite zapomnienie olbrzymiej cerkwi wystawionej przez Rosjan na placu Saskim, aby pokazać Polakom, kto rządzi w Warszawie. Zburzenie nie jest może w tym wypadku określeniem precyzyjnym, bo była to bardzo rozciągnięta w czasie rozbiórka, którą zaczęto w 1919 r., a ukończono w 1926 r.

Wróćmy jednak do fotografii. Poza obaleniem pomnika krwawego Feliksa dotyczą one wydarzeń różnie interpretowanych przez różne środowiska polityczne. Okrągły Stół przez jednych uważany jest za modelowy przykład poszukiwania porozumienia w najtrudniejszych sprawach, przez innych za skierowany przeciwko narodowi polskiemu spisek różowych z czerwonymi. Dla nich też Tadeusz Mazowiecki jest tym, który uchronił komunistów od odpowiedzialności za lata ich rządów.

Nie wolno było godzić się - powiadają - na kontrakt wyborczy w 1989 r., bo w ten sposób legitymizowało się komuchów. Samotny szeryf z plakietką Solidarności służył złej, ich zdaniem, sprawie.

Spór o symboliczną datę odrodzenia Polski w 1918 r. trwał w II Rzeczypospolitej i przeniósł się do PRL. 11 listopada, czyli data podpisania w lasku Compiegne we Francji bezwarunkowej kapitaluacji Niemiec kończącej I wojnę światową, miał dla wydarzeń na ziemiach polskich znaczenie raczej drugorzędne. Była to data umowna, lecz z czasem utrwaliła się w społecznej świadomości jako święto niepodległości.

Kilka tygodni przed kapitulacją Niemiec, w końcu października 1918 r., rozsypała się jak domek z kart monarchia austro-węgierska. W Krakowie powstała Polska Komisja Likwidacyjna, a w stolicy Galicji, we Lwowie, 1 listopada rozpoczęły się polsko-ukraińskie walki o miasto.

W Lublinie z inicjatywy piłsudczykowskiej konspiracji powstał w nocy z 6 na 7 listopada Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej pod prezesurą przywódcy galicyjskich socjalistów Ignacego Daszyńskiego. Ministrem wojny został mianowany w zastępstwie Józefa Piłsudskiego, wciąż jeszcze więzionego w Magdeburgu, płk Edward Rydz-Śmigły, któremu specjalnym dekretem nadano rangę generała.

Żadne ze słów w nazwie rządu Daszyńskiego nie było przypadkowe. Przymiotnik „tymczasowy" miał podkreślać, że rząd sprawować będzie władzę tylko w okresie powstawania struktur państwowych i po spełnieniu tych zadań podda się demokratycznej weryfikacji wyborczej, zapowiadając zwołanie do końca roku Sejmu Ustawodawczego. Przymiotnik „ludowy" miał przekonać masy, że rząd będzie reprezentować ich interesy. Taki był bowiem klimat tamtych dni i nawet Narodowa Demokracja przechrzciła się na Związek Ludowo-Narodowy, co nie oznaczało, że nagle stała się lewicowa.

Nazwanie państwa polskiego Republiką Polską przesądzało o jego republikańskim charakterze, co wcale nie było takie oczywiste, jeśli uświadomimy sobie, że dokładnie dwa lata wcześniej dwaj cesarze proklamowali utworzenie Królestwa Polskiego.

Rząd wydał manifest, w którym wprowadzał demokratyczne wolności, ośmiogodzinny dzień pracy, walkę ze spekulacją i zapowiadał wniesienie do Sejmu projektów reform, w tym reformy rolnej.

Analizując ten manifest napisałem kiedyś, że był to program lewicowy i częściowo utopijny, ale niezależnie od tego, co było w nim realne, a co niemożliwe do zrealizowania, samo sformułowanie tych postulatów stawało się ważnym faktem politycznym. Manifest był jedynym osiągnięciem rządu Daszyńskiego, bo w trzy dni po jego utworzeniu diametralnie zmieniła się sytuacja polityczna. 10 listopada powrócił do Warszawy Józef Piłsudski. Prosto z dworca pojechał do członka Rady Regencyjnej księcia Zdzisława Lubomirskiego, co było ważnym sygnałem politycznym. Rada Regencyjna, łagodnie mówiąc, nie cieszyła się powszechną sympatią, lecz Piłsudski chciał przejmować władzę legalnie. Następnego dnia, 11 listopada, przejął z rąk Rady Regencyjnej władzę nad wojskiem, ale miało to niewielkie znaczenie, bo w praktyce wojska tego nie było.

Rząd Daszyńskiego oświadczył, że podporządkuje się Piłsudskiemu, co nikogo nie zaskoczyło. Ten gabinet trwał krócej niż tydzień i władza jego była całkowicie iluzoryczna, ale był pierwszą próbą stworzenia administracji o aspiracjach ogólnopolskich. I dlatego przeszedł do historii.

Przez wszystkie lata niepodległości socjaliści i lewicowi ludowcy nawiązywali do tej tradycji organizując obchody rocznicy odrodzenia Polski 7 listopada. Władze państwowe organizowały uroczystości cztery dni później. Tak się składało, że w latach 30. socjaliści i ludowcy byli w opozycji i ta rozbieżność dat nabierała znaczenia politycznego.

Dwudziestą rocznicę odrodzenia Polski obchodzono z rozmachem. Rok później ziemie polskie znalazły się pod okupacją niemiecką i radziecką. Ćwierćwiecze Odrodzenia przypadło na rok szczególnie tragiczny, naznaczony śmiercią gen. Sikorskiego i aresztowaniem dowódcy Armii Krajowej gen. Grota-Roweckiego.

Dwie następne równe rocznice to początek i apogeum polskiego stalinizmu. W oficjalnej propagandzie, w programach szkolnych dwudziestolecie międzywojenne odsądzano od czci i wiary.

Dopiero 40 rocznica, poprzedzona dwa lata wcześniejszym przełomem październikowym, zweryfikowała sposób pisania o II Rzeczypospolitej. Do lamusa odłożono pogardliwe przymiotniki, którymi hojnie dotychczas szafowano. Już nie tylko komuniści mieli rację, już można było pisać o osiągnięciach przedwojennej Polski.

Oficjalną rocznicą odzyskania niepodległości był jednak nadal 7 listopada, data powstania rządu Daszyńskiego. Sprawiało to dość znaczny kłopot, bo tego samego dnia przypadała rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji, którą obchodzono z dużym rozmachem co roku.

50 rocznica odzyskania niepodległości przypadła kilka miesięcy po wydarzeniach marcowych, w klimacie nacjonalistycznej propagandy prących do władzy partyzantów. Zelżała cenzura, a niedawni krytycy II Rzeczypospolitej przemienili się w jej gorących apologetów. Pojawiły się nawet głosy, aby przywrócić święto 11 listopada.

W latach 70. sytuacja wróciła do normy. Rocznicę Odrodzenia Polski obchodzono 7 listopada, ale i 11 listopada można było znaleźć wzmianki w prasie i telewizji.

W ekipie Gierka dominowali ci, dla których Polska przedwojenna była okresem dzieciństwa, a nie walki politycznej. Dopiero wojna i okupacja to był okres, o którym mieli zdanie wyrobione przez życiorysy.

70 rocznica przypadła w okresie już właściwie pełnej swobody badań i publikacji. Jednak gwałtowne tempo zmian politycznych i przygotowania do Okrągłego Stołu odsunęły w cień rocznicowe refleksje. A poza tym skoro nie był to już owoc zakazany...

Ostatnia, przed pięciu laty, równa rocznica miała wszelkie cechy normalnej, lecz uważny czytelnik tekstów rocznicowyych nie mógł nie zauważyć, że o rządzie Daszyńskiego wspominano z rzadka i półgębkiem. Można było odnieść wrażenie, że ta tradycja przez swą lewicowość jest jakby krępująca. To jeszcze refleks wojny na daty, ale już bardzo słaby.

Normalniejemy. Czym zresztą większy dystans czasowy od wydarzenia, tym mniej budzi ono emocji. Co roku na polach bitwy grunwaldzkiej odbywają się starcia przebranych w stosowne stroje rycerzy polskich i krzyżackich. To barwne widowisko oglądane jest jak mecz piłki nożnej i tylko historycy drętwieją na myśl, że któregoś roku zwyciężą Krzyżacy.


Niepodległość 1918 - wydanie specjalne Polityki 2/2008

Publikacja  do nabycia w cenie 14,99


Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj