szukaj
Bitwa Warszawska: Kto stoi za tym zwycięstwem?
Piękna bitwa
Bitwa Warszawska w wojnie 1920 r. to był pierwszy od czasów wiktorii wiedeńskiej polski sukces militarny, nic więc dziwnego, że natychmiast zrodził zacięte spory o ojcostwo. Trwające do dziś.
Krzysztof Wojciewski/Forum Film/Materiały prasowe

Żołnierze polscy ze zdobycznymi sztandarami Armii Czerwonej. Fot. Wikipedia
Wikipedia

Żołnierze polscy ze zdobycznymi sztandarami Armii Czerwonej. Fot. Wikipedia

Spór toczy się wokół dwóch kwestii: kto był autorem koncepcji Bitwy Warszawskiej i kto w czasie bitwy odegrał najważniejszą rolę?

Zacznijmy od sprawy autorstwa. Czy autorem koncepcji był gen. Maxime Weygand, czy gen. Tadeusz Rozwadowski, czy marszałek Józef Piłsudski?

Gen. Weygand, opromieniony wojenną sławą szef sztabu marszałka Focha, przybył do Warszawy 25 lipca 1920 r. w składzie specjalnej misji wojskowo-dyplomatycznej wysłanej przez Ententę. Drugim wojskowym w tej misji był brytyjski generał Percy Radcliff, który w porównaniu z Weygandem był nikim. Czynnik dyplomatyczny stanowili ambasador Jean Jusserand z Waszyngtonu, reprezentujący francuskiego premiera Aleksandre'a Milleranda i ambasador Edgar Vincent d'Abernon z Berlina, wysłany przez brytyjskiego premiera Davida Lloyd George'a. Misja miała za zadanie przygotowanie rokowań z bolszewikami, zainicjowanie ewentualnych zmian w najwyższych władzach Polski, doradztwo w prowadzeniu wojny.

W przeddzień przyjazdu misji do Warszawy 24 lipca utworzony został Rząd Obrony Narodowej pod prezesurą Wincentego Witosa, z Ignacym Daszyńskim jako wicepremierem. Tym samym pomysły, by powołać rząd z Romanem Dmowskim jako premierem, okazały się nieaktualne. Pozostawał problem Józefa Piłsudskiego, który był równocześnie Naczelnikiem Państwa, czyli prezydentem, i Wodzem Naczelnym. Przywódcy Ententy uważali, że takie łączenie stanowisk jest szkodliwe i najchętniej odsunęliby Piłsudskiego od dowodzenia.

Trzeciego dnia pobytu w Warszawie gen. Weygand pisał do marszałka Focha: „W dzień mego przyjazdu, po złożeniu po południu wizyt miejscowym władzom, zawezwano mnie do Belwederu, gdzie odbyłem rozmowę z marszałkiem Piłsudskim, która przeciągnęła się od dziesiątej wieczór do piętnaście po pierwszej w nocy. Przez trzy godziny Marszałek mówił o sobie, o swych zwycięstwach, o trudnościach wojskowych, o pomocy, którą można by mu przynieść. Nie zrobił na mnie ani na chwilę wrażenia przywódcy, którego ojczyzna jest w niebezpieczeństwie i który zdecydowany jest rozkazywać, narzucać swą wolę, wymagać. Narzeka na sojuszników, na łączność, na tyły; uważa, że jedynie interwencja wojsk alianckich zapewnić może zbawienie. Nie dowodzi on jednak w sensie, w jakim nauczył mnie Pan nadawać znaczenie temu słowu; brak tu jest stanowczych rozkazów, kontroli, dyscypliny".

Piłsudski zapytał Weyganda w czasie tej rozmowy, ile przywiózł dywizji, a gdy usłyszał, że przysłanie wojsk alianckich do Polski nie wchodzi w rachubę, nie ukrywał niezadowolenia. Wysłuchał rad gen. Weyganda, aby się okopywać i tworzyć linię obrony, ale nie zamierzał się do nich zastosować. Obaj rozmówcy zrobili więc na sobie raczej marne wrażenie.

Tym bardziej że Piłsudski świetnie zdawał sobie sprawę z działań mających na celu odsunięcie go od dowodzenia i z tego, że gen. Weygand jest jednym z kandydatów na jego miejsce. W grę wchodzili jeszcze znany dobrze aliantom gen. Józef Haller i gen. Józef Dowbór-Muśnicki. Te dwa nazwiska wymienił Weygand w rozmowie z Piłsudskim jako wojskowych, którym należy powierzyć odpowiedzialne stanowiska. Gen. Józefowi Hallerowi powierzył Piłsudski dowództwo Frontu Północnego, którego dotychczasowy dowódca gen. Stanisław Szeptycki zachorował na dezynterię, co uniemożliwiło mu dowodzenie. Gen. Dowbór-Muśnicki już wcześniej odmówił objęcia dowództwa frontu.

Jeszcze przed przyjazdem gen. Weyganda 20 lipca Piłsudski podjął ważną decyzję. Przyjął mianowicie dymisję gen. Stanisława Hallera, który pełnił obowiązki szefa Sztabu Generalnego i powołał na to stanowisko gen. Tadeusza Rozwadowskiego, o którym pisał cztery lata później: „Wybrałem go jako swego szefa sztabu nie dlatego, by był do tej funkcji najlepszym, lecz dlatego, że stanowił szczęśliwy i zaszczytny wyjątek pomiędzy większością ówczesnych starszych generałów. Nie tracił nigdy sprężystości ducha, energii i siły moralnej; chciał wierzyć w nasze zwycięstwo, gdy wielu, bardzo wielu traciło już ufność i, jeśli pracowało, to ze złamanym charakterem. Godziło mnie to z wielkimi brakami generała, jako szefa sztabu, gdyż nie wiem, czy istniała w ogóle jakakolwiek sprawa, której potrafiłby się trzymać w ciągu jednej chociażby godziny".

Piłsudski napisał to w 1924 r. w Sulejówku, gdy gen. Rozwadowski był jego politycznym przeciwnikiem, należy więc do opinii tej podchodzić z dystansem. Ale bardzo podobną opinię miał o gen. Rozwadowskim Wincenty Witos. Spisywał wspomnienia już po śmierci Rozwadowskiego sam przebywając na emigracji po gehennie twierdzy brzeskiej. W sensie politycznym nieżyjący już, ale więziony po przewrocie majowym gen. Rozwadowski był mu bliski, a mimo to nie zostawił na nim we wspomnieniach suchej nitki.

Jeden tylko przykład. Witos opisuje posiedzenie Rady Ministrów 14 sierpnia, gdy upadł Radzymin: „gen. Rozwadowski oznajmił Radzie Ministrów, że bolszewicy napierając coraz mocniej na stolicę zajęli już Radzymin i zbliżają się do miejscowości Marki, położonej zaledwie 12 km od Warszawy, przeszli też bez dużego oporu naszych wojsk przez dwie linie obronne, świeżo zbudowane i niesłychanie słabe. Dalej przyznał, że i na innych frontach nie jest dobrze (...). Niespodziewane przez nikogo te wiadomości wywołały w Radzie Ministrów chwilowo przygnębiające wrażenie, gdyż szef sztabu przed paru godzinami mówił zupełnie co innego, a teraz zapowiada tak wielkie i niebezpieczne zmiany w sytuacji. Zaczęto go obsypywać pytaniami. Generał Rozwadowski, jakby zupełnie zapomniał o tym, co dopiero mówił, z zupełną pewnością siebie odpowiadał, że on wykonywa swój plan sprowadzenia bolszewików pod Warszawę i rozprawienia się z nimi przy bramach stolicy. Gdy to jego oświadczenie w przerażoną Radę Ministrów uderzyło jak piorun, on śmiejąc się dodał, że wszystkich bolszewików wystrzela »na sztrece«. Ten jego optymizm trudno już było zrozumieć".

Dość szybko gen. Weygand zorientował się, że odsunięcie Piłsudskiego od dowodzenia nie wchodzi w grę. Mógł natomiast zastąpić gen. Rozwadowskiego na stanowisku szefa Sztabu Generalnego, ale to oznaczało podległość Piłsudskiemu i konieczność bliskiej z nim współpracy. Weygand odmówił więc i ostatecznie został doradcą, oczywiście z dostępem do wszystkich dokumentów wojskowych. Rychło jednak doszło, bo dojść musiało, do konfliktu z gen. Rozwadowskim. Kartezjańska precyzja i konsekwencja nie mogły znaleźć wspólnego języka ze szlachecką fantazją i pociągiem do improwizacji. Rezultat był taki, że dwaj generałowie urzędujący w sąsiednich pokojach porozumiewali się ze sobą wyłącznie na piśmie. Sytuacja błogosławiona dla historyka, bowiem notatki te zachowały się.

Usiłował pośredniczyć w tych sporach ówczesny wiceminister, a od 10 sierpnia minister spraw wojskowych, bliski współpracownik Marszałka gen. Kazimierz Sosnkowski. Bez większych zresztą skutków.

Z dnia na dzień pogarszała się sytuacja militarna Polski. Klęska stawała się coraz bardziej realna, a upadek Warszawy byłby tej klęski symbolem.

6 sierpnia - a była to rocznica wymarszu Kadrówki w 1914 r., co Piłsudski uważał za datę szczęśliwą - opracowany został rozkaz nr 83358/III, na podstawie którego rozpoczęło się przegrupowanie sił polskich. Rozkaz przygotował gen. Rozwadowski, bo należało to do obowiązków szefa Sztabu Generalnego. Po kilku dniach rozkaz został jednak zmieniony, co Piłsudski zaaprobował, choć - jak pisał później - niechętnie. Plan pierwotny zakładał związanie nieprzyjaciela walką na linii Wisły przy równoczesnym uderzeniu znad Wieprza w kierunku północno-wschodnim silnej grupy, która wchodząc w lukę między radzieckimi frontami stworzyłaby zagrożenie strategiczne dla Tuchaczewskiego, zmuszając go do odwrotu.

Zmiana, którą wymogli na Piłsudskim Rozwadowski i Weygand, działający tym razem zgodnie, polegała na wzmocnieniu tworzącej się na północy 5 Armii gen. Sikorskiego, bo na tym kierunku rozwijało się główne natarcie Tuchaczewskiego, który zamierzał - podobnie jak 90 lat wcześniej Paskiewicz - przekroczyć linię Wisły na północ od Modlina i zaatakować Warszawę od zachodu. Wzmocniono więc armię Sikorskiego.

W tym sporze, którego rezultatem był wydany 10 sierpnia rozkaz o fikcyjnym numerze 10 000, gen. Sosnkowski nie wsparł wystarczająco zdecydowanie Marszałka, co zostało zapamiętane.

W pierwszej dekadzie sierpnia 1920 r. zrodził się więc plan Bitwy Warszawskiej, stwarzający ostatnią już chyba szansę uniknięcia klęski, a to oznaczałoby utratę niepodległości. Rozważania, jaki był udział w tworzeniu tego planu marszałka Piłsudskiego, jaki zaś generałów Rozwadowskiego, Sosnkowskiego czy Weyganda - z punktu widzenia historyka mają znaczenie drugorzędne. Istotne jest, że Piłsudski jako Wódz Naczelny plan ten zaaprobował i rozkazał go realizować. Wziął tym samym na siebie odpowiedzialność, co w wypadku sukcesu oznaczało tytuł do chwały, w wypadku zaś klęski potępienie przez współczesnych i potomnych. Nie mógłby się wówczas Marszałek tłumaczyć, że to gen. Rozwadowski podsunął mu zły plan.

Polemika wokół autorstwa planu Bitwy Warszawskiej miała od początku charakter polityczny. Najpierw zrodziło się określenie Cud nad Wisłą, wywodzące się, o czym mało kto już dziś wie, od tytułu artykułu zaciętego przeciwnika Piłsudskiego Stanisława Strońskiego. Nawiązywał on do cudu Marny, gdyż właśnie nad Marną w pierwszej wojnie światowej udało się powstrzymać zagrażającą Paryżowi ofensywę niemiecką.

Nazywanie Bitwy Warszawskiej Cudem nad Wisłą szalenie denerwowało piłsudczyków, bo oznaczało, że Piłsudski doprowadził do tak beznadziejnej sytuacji, że konieczna była interwencja siły wyższej. Tymczasem to geniusz Naczelnego Wodza przyniósł zwycięstwo.

Po zaakceptowaniu ostatecznej wersji polskiej kontrofensywy Piłsudski postanowił opuścić stolicę, aby objąć dowództwo grupy uderzeniowej koncentrowanej nad Wieprzem.

Przed wyjazdem wręczył prezydentowi Rady Ministrów, bo tak tytułowano wówczas premiera, Wincentemu Witosowi, w obecności wicepremiera Ignacego Daszyńskiego i ministra spraw wewnętrznych Leopolda Skulskiego list zawierający „dymisję ze stanowiska Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza Wojsk Polskich". Krok ten uzasadniał poczuciem odpowiedzialności „zarówno za sławę i siłę Polski w dobie poprzedniej, jak i za bezsiłę oraz upokorzenie teraźniejsze", przekonaniem, że ponieważ bolszewicy nie dotrzymają zawartych umów, wojnę należy prowadzić a outrance (do ostateczności). Przewidywał, że Ententa zażąda, aby ustąpił z jednej z pełnionych funkcji lub nawet z obu.

„Rozumiem dobrze - pisał w zakończeniu - że ta wartość, którą w Polsce reprezentuję, nie należy do mnie, lecz do Ojczyzny całej. Dotąd rozporządzałem nią jak umiałem samodzielnie. Z chwilą napisania tego listu uważam, że ustać to musi i rozporządzalność moją osobą przejść musi do rządu, który szczęśliwie skleciłem z reprezentantów całej Polski.

Dlatego też pozostawiam Panu, Panie Prezydencie, rozstrzygnięcie co do czasu opublikowania aktu mojej dymisji. Również Panu wraz z jego kolegami z Rządu pozostawiam sposób wprowadzenia w życie mojej dymisji i wreszcie oczekiwać wówczas będę rozkazu Rządu co do zużytkowania moich sił w tej, czy innej pracy. Co do ostatniego proszę tylko nie krępować się ani wysoką szarżą, którą piastuję, ani wysokim stanowiskiem, które posiadam. Nie chciałbym bowiem mnożyć swoją osobą licznej rzeszy ludzi nie układających się w żaden system, czy to z powodu kaprysów i ambicji osobistej, czy też z powodu słabości charakteru polskiego, skłonnego do wytwarzania najniepotrzebniejszych funkcji dla względów osobistych".

To ostatnie zdanie powinni bardzo uważnie przeczytać przyspawani do stołków dzisiejsi nasi politycy. A cały tekst gorliwi lustratorzy Marszałka, którzy wypisują androny, że Piłsudski w obliczu klęski rzucił wszystko i wyjechał z Warszawy.

W tekstach pisanych na kolanach przez piłsudczykowskich historyków o tym wyjeździe do rodziny i pożegnaniu mówi się tak oto: „W istocie stalowe trzeba mieć nerwy, by w obliczu niewyobrażalnego dotąd zagrożenia - zdobyć się, choć z posępną twarzą, na takie rozstanie". I to z całą powagą pisze zawodowy historyk!

10 sierpnia Tuchaczewski wydał dyrektywę zdobycia Warszawy i rozbicia armii polskiej. Trzy dni później, 13 sierpnia wieczorem rozpoczęły się niezwykle krwawe walki między Radzyminem a Ossowem. Czerwonoarmiejcy, którym obiecano po zdobyciu stolicy po 40 tys. rubli i wolność rabunku przez 2-3 dni, szli do walki z entuzjazmem.

14 sierpnia rozpoczęła na północy kontrofensywę armia gen. Sikorskiego. Miała niezwykłe szczęście, bo jedna z armii Tuchaczewskiego utraciła łączność z dowództwem i nie wzięła udziału w walkach.

Wobec ofensywy Armii Czerwonej gen. Rozwadowski przekonał Piłsudskiego o konieczności przyspieszenia o jeden dzień uderzenia znad Wieprza. Rozpoczęło się ono 16 sierpnia. Przyniosło pełny sukces. Tuchaczewski zarządził odwrót.

W polskim zwycięstwie miał swój udział gen. Sikorski, który podjął skuteczne działania na północnym Mazowszu, gen. Józef Haller, który sformował Armię Ochotniczą, a później jako dowódca Frontu przyczynił się do utrzymania Warszawy, i Józef Piłsudski, który potrafił wzniecić wolę walki w oddziałach, które rozpoczęły uderzenie znad Wieprza. Wszystkie nitki Bitwy Warszawskiej znajdowały się w rękach gen. Rozwadowskiego, który w tych decydujących dniach zastępował w Warszawie Wodza Naczelnego.

Gen. Weygand, którego doświadczenie sztabowe bardzo było pomocne, napisał do żony: „Bitwa zakończyła się porażką nieprzyjaciela; niech Bóg będzie błogosławiony. Z punktu widzenia artystycznego była to piękna bitwa".

25 sierpnia gen. Weygand uznawszy swą misję za zakończoną wyjechał do Francji. Przed wyjazdem został odznaczony orderem Virtuti Militari. Udekorował go nim gen. Rozwadowski, a podniosła uroczystość została zakłócona, bo okazało się, że nie dostarczono odznaczenia. Gen. Haller odpiął więc swój krzyż i nim odznaczono gen. Weyganda.

Straty polskie w tej „pięknej bitwie" oblicza się na ok. 4,5 tys. poległych, 22 tys. rannych i 10 tys. zaginionych. Straty Armii Czerwonej - ok. 25 tys. poległych oraz 66 tys. jeńców i 45 tys. internowanych w Prusach Wschodnich.

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj