szukaj
Wystroiła mi ją tyż całe po francusku
W tym, co kobiety eksponowały lub zasłaniały, wyjątkowo wiernie odbijał się duch poszczególnych epok. Polki szły za modą oryginalnie, raz z prądem, raz całkiem po swojemu.
Barbara Radziwiłłówna kochała się w królu i perłach. Źródło: Wikipedia
Wikipedia

Barbara Radziwiłłówna kochała się w królu i perłach. Źródło: Wikipedia

Ludwika Maria Gonzaga. Źródło: Wikipedia
Wikipedia

Ludwika Maria Gonzaga. Źródło: Wikipedia

Matyldy w przydługich rękawach

Średniowiecze, pomimo chrześcijańskiego odcinania się od „rozwiązłych” czasów antycznych, nie rozstało się z grecko-rzymskimi tunikami. W chłodnym puszczańskim państwie Polan dworne panie nieco zmodernizowały ów strój z lnu lub bawełny, nakładając cieplejszy wierzchni płaszcz-tunikę, sięgający ziemi. Spodnia tunika zeszła do roli giezła, czyli bielizny, noszonej głównie w obejściu domowym. Zaczęła też pełnić funkcję nocnej koszuli i jako jedyny strój była regularnie prana. Jak wszędzie, dziewczyny piastowskie podkreślały walory swej urody rozpuszczonymi włosami, splecionymi niekiedy w dwa warkocze, a mężatki kryły włosy pod białymi chustami i takąż podwiką (stąd białogłowa).

Aby rączki uczynić optycznie mniejszymi, dworne panie rozszerzały rękawy, jak to widać na rytowanej płycie z ok. 1170 r. w kościele N.M. Panny w Wiślicy. Niekiedy jednak efekt bywał odwrotny od zamierzonego: na płaskorzeźbie kolumnowej z ok. 1190 r. w kościele Norbertanek w Strzelnie widzimy niewiastę o monstrualnych dłoniach. Ale nie wierzmy do końca temu przekazowi: być może tę postać kobiecą rzeźbił mężczyzna-mizogin, od jakich roiło się w wiekach średnich.

Dziewczęca wiotkość gubiła się w gęstych fałdach średniowiecznych strojów, co czyniło z kobiety dwornej istotę niemal aseksualną. Szczególnie widoczne jest to w słynnej miniaturze Matyldy z 1027 r. wręczającej mężowi, Mieszkowi II, księgę liturgiczną. Stroje pasowały do poglądów o nieistotności doczesnego życia, ale niebawem w sukurs niewiastom przyszedł styl gotycki, wystrzelający pod nieba wieżami katedr. Kobiety też chciały być strzeliste niczym bł. Jadwiga Andegawenka, mierząca ok. 180 cm wzrostu. Moda hoeppelande nadciągająca z zachodniej Europy sprawiła, że od drugiej połowy XIV w. w Polsce pod tuniką ze stanikiem zarysowały się kobiece piersi oraz powabny kształt bioder i talii.

Od XV w. podwyższany stan nadał kobietom jeszcze większej strzelistości, a kruseler, czyli czepiec w formie aureoli, usiłował czynić anielskimi niewieście twarze. Zapewne miało to związek z uwznioślaniem miłości przez trubadurów, minnesingerów, truwerów i innych piewców miłości, paradujących w coraz bardziej opiętych nogawicach, eksponujących męski wigor. 

Hildegardy podgolone

Kobiety dworne jednak chciały wyglądać nie tylko jak anielice, ale także na mądre niczym bł. Hildegarda z Bingen. Zaczęły eksponować wysokie i wypukłe czoła pod coraz bardziej fantazyjnymi czepcami. Bardziej zdeterminowane „sawantki”, choć na ogół analfabetki, wyrywały sobie nawet włosy czołowe, co możemy uznać za jedną z pierwszych manifestacji feministycznych. Tradycję tę podtrzymała w XVI w. angielska królowa Elżbieta I, ale w groźnym wydaniu: kto spotkał się z jej wysokim podgolonym czołem i mądrością, ten ryzykował spotkanie z mieczem kata.

W czasach odrodzenia, wraz z królową Boną, blondynką importowaną z Włoch, kobiety polskie odsłoniły najpierw włosy. Na polskich dworach panie zaczęły paradować z włosami wymykającymi się spod złocistych siatek zwanych crinale. Nasiliły też znacznie zdobienie sukien biżuterią; nosiły pierścienie w poprzecinanych specjalnie rękawiczkach, by eksponować swoją posażność. Bielizna zaczęła wymykać się spod szubek.

Jednakże zdecydowana większość Polek ze szlacheckich i mieszczańskich domów nie wychodziła w modzie i życiu poza rolę cnej matrony, kryjącej wdzięki pod długimi szubami na bobrowym futrze. Moraliści, w rodzaju Piotra Zbylitowskiego, nie mogli się nachwalić tej modestii Polek, z której wyrastał i ugruntował się oryginalny strój narodowy. Zwał się kształciczek i był suknią bez rękawów obciskającą biust, rozszerzoną mocno dołem. Zbylitowski uznał ją za „najcudniejszą” i „subtelniejszą” nad francuskie, hiszpańskie czy niemieckie osiągnięcia mody.

Moda oddawała stan mentalny w Rzeczpospolitej. Nie powstała tu literatura miłosno-erotyczna, podczas gdy we Francji Pierre de Brantôme wydał w 1614 r. naturalistyczno-frywolne „Żywoty pań swawolnych”. Nie powstawały też nad Wisłą wyobrażenia nagich Wenus przykrywających dwuznacznie łono, takie jak obraz Giorgione z 1509 r. czy Wenus z Turbino Tycjana. Gdy Polka zakrywała się coraz szczelniej, francuskie panie dworne, w rodzaju osławionej królowej Margot, ośmielały się pokazywać łydki w „nieprzystojnym” tańcu zwanym wolta. Podobnie było z francuskimi mężczyznami, którzy swą męskość eksponowali obcisłymi pończochami (baut de chausses) i suspensoriami. Tymczasem Polkę o spuszczonych w dół oczętach, niczym sienkiewiczowska Anusia Borzobohata, w bieliźnie, czyli tunice, mógł zobaczyć jedynie mąż, a i to przypadkiem. 

Barbary w kołnierzach perłowych dziesięciu

Ten trend cnotliwości polskich dam – ich niechęć do wzorców francusko-włoskich – wiązał się z narastającą ksenofobią panów polskich i litewskich wobec makiawelicznych obyczajów francuskich i włoskich: skrytego kłucia sztyletami, trucia i czarnej magii.

Osiągnięciem w matronizowaniu pań polskich było pojawienie się w XVI w. rańtucha, wielkiej chusty z płótna przykrywającej niekiedy całą postać. Rańtuch taki nosiła m.in. Anna Jagiellonka, odtrącona żona Stefana Batorego; co czyniło z niej jeszcze bardziej zgorzkniałą matronę. Zniekształcały też postać i głowę kobiecą „futrzane kołpaki, przypominające swym kształtem duży bochen chleba”, jak opisywała Maria Gutkowska-Rychlewska w fundamentalnej pracy o historii ubiorów.

Ubiór pań polskich i litewskich nabrał cech niebywałej dostojności; nawet posądzana o rozwiązłe życie Barbara Radziwiłłówna zakrywała się dokładnie pod szyję. To jedna z najbardziej znanych – jak byśmy dziś powiedzieli – trendseterek. Spełniała każdą zachciankę względem ubioru; przy okazji była też zwolenniczką higieny, kąpiąc się często i długo. Barbara kochała się w królu i perłach. „Perły: dziesięć kołnierzów perłowych, siedem bramek perłowych, dwoje bryże perłowe, trzy czepce perłowe, obojczyk czarny z perłami, za te wszystkie perły pięćset kop”, czytamy Rejestr J.M. Pana Wileńskiego, które J.M. ma dać J.M. Pannie Barbarze córce swej w posagu na ślub z wojewodzicem Stanisławem Gasztołdem.

 

W XVII w. ukształtował się narodowy sarmacki strój męski, oparty na wątkach orientalnych: kontusz, delia, przepasana szerokim cztero-, pięciometrowej długości pasem, i kołpak. Ale strój kobiecy tym razem nie uległ fascynacji Wschodem; stanik matron stał się jeszcze sztywniejszy, a rozpięta na rusztowaniu hiszpańskiego fortugału (stelaża) sfałdowana spódnica nadal deformowała kobiecą sylwetkę. Kobiety dworne dopiero w latach 40. XVII w. przyjęły lżejszą alamodę zwieńczoną koronkami.

Panie w Polsce miały spore prawa: cieszyły się szacunkiem mężczyzn, obrona czci niewiast była obowiązkiem człowieka honoru, posiadały też prawa spadkowe. Moda stała się wyrazem ich małego buntu. Gdy mężczyźni się orientalizowali, gdy zwyciężył strój sarmacki, kobiety uległy modzie francuskiej. W czasach panowania Ludwiki Marii Gonzagi, od 1646 r. dokonała się na tym polu mała rewolucja. Zmieniał się stan świadomości kobiet. W Paryżu pozycja wysoko urodzonych pań rosła: damy dworne chciały być już nie tylko ładne, miłe i pobożne, ale oczekiwały, że małżonek nie będzie wzbudzał w nich odrazy. Ten trend pojawił się także nad Wisłą. Pierwszy objaw rewolucji w modzie nadwiślańskiej to porzucenie podwiki, kryjącej głowę od brody, na rzecz lekkiego kwefu, spod którego w drobnych loczkach, dłuższych grajcarach i puklach wymykały się włosy. Bladość wypielęgnowanego lica miały podkreślać przyklejane muszki. Panie zaczynają stosować pomady i pudry, twarz zmywają wodą poziomkową; uczona w zielarstwie i magii Ludwika Maria produkuje oryginalne receptury i dzieli się nimi z Polkami. Panowie nakładają peruki, które czynią ich młodszymi i kryją łysiny; żupan i kontusz na dworze zastępują francuskie kuse stroje i spodnie niemieckie pludry. Szlachta na prowincji jest zdumiona: „Te łby jako pudła największe”, wyśmiewa peruki Jan Chryzostom Pasek, chadzający na wojny i sejmy z podgolonym łbem. 

Marysieńki w jupkach

Jednakże wstrząsem dla Sarmatów stały się nie muszki i włosy, ale szyje i dekolty niewieście uwolnione z giezła. Ludwika Maria zaczęła stylizować polskie kobiety dworne, od żony wojewody poznańskiego Krzysztofa Opalińskiego począwszy: „Wystroiła mi ją tyż całe po francusku, krom tego, że cycków nie pokazuje, choć to alamodissmum (najmodniejsze)” – śmiał się wojewoda w liście do brata z 8 marca 1646 r.

Niebawem dwór polski pełen był dekoltów, widać je na portretach z drugiej połowy XVII w. Ludwiki Marii, Klary Pacowej, Marii Zamoyskiej-Sobieskiej, Katarzyny Franciszki Denhoffowej. W czasach romansu Jana Sobieskiego i Marysieńki kobieta nad Wisłą stała się ponętna i seksualna.

Dawne „wieczne niewolnice”, jak się podpisywała Barbara Radziwiłłówna w listach do króla, poddały się modzie francuskiej. Odtąd „ubiory polskich kobiet weszły na stałe w orbitę wpływów zachodnioeuropejskich”, zauważyła znawczyni Anna Sieradzka. Był to rewolucyjny, a niedoceniany w historiografii wyczyn. Być może nieprzypadkowo w czasach Ludwiki Marii i Marii d’Arquin nastąpiła okcydentalizacja Polski?

 

Kobieta polska odtąd chciała eksponować swą cielesność. Gorsety, czyli sznurówki i fiszbiny, miały podkreślić walory biustu i szczupłość talii, co dodatkowo zaznaczały szerokie dołem suknie rokokowe typu roba. Aby zachować resztki narodowej przyzwoitości, panie nakładały czasem podszyte futrem jupki i kontusiki. Ten akcent narodowej mody zaowocował nowym trendem we Francji, gdzie wytwornisie w połowie XVIII w. zaczęły nosić polonezki, czyli wierzchnie odpowiedniki polskich, bardziej lekkich, kontusików. (Owe polonezki trafiły z powrotem do Polski w latach 70. XVIII w. jako nowość).

Magnatki polskie nie uległy do końca modzie paryskiej tworzenia istnych ogrodów na głowach. Akurat zresztą nadeszły czasy walki o utrzymanie Rzeczpospolitej jako państwa, co wymagało mody „patriotycznej” i tak też się stało głównie z modą męską: „jak w żadnej innej epoce w XVIII w. ubiór stał się nie tylko wyrazem mody, ale manifestacją poglądów politycznych”, pisze Magdalena Bartkiewicz.

Tymczasem moda francuska zwiastowała dekadencję, w jaką wchodziła Francja przed rewolucją 1789 r. Wysokie, upudrowane, nasycone perfumami peruki na głowach pań tworzyły już istne ogrody botaniczne, przemyślnie wentylowane. Ale też kryły często wszy i pchły, co dobrze symbolizowało stan kultury ancien regime’u. Czasy rewolucji po 1789 r. uprościły ową sztuczność, ścinając głowy z pudrowanymi perukami na placu Rewolucji. Owa symplifikacja postaw oddziałała też natychmiast na pojawienie się prostych ubiorów, nawiązujących do tradycji antycznej: nawet kobiety ścinały włosy na krótko á la Tytus albo Karakalla. Jednakże, aby nie mylono ich z mężczyznami, o co było łatwo w czasach, gdy np. rewolucyjne trykociarki rozrywały na strzępy zbuntowane kobiety wandejskie, panie kręciły włosy w misterne loczki.

Zosie w halkach i majtkach

Odreagowanie rewolucyjnej siermiężności poszło tak daleko, że w czasach Dyrektoriatu i Konsulatu (1795–1804) kobiety nosiły lejące się, prześwitujące tuniki z batystu, tiulu czy muślinu. Nigdy dotąd moda nie była tak seksualna, gdyż tkaniny prześwitywały, majtki dopiero czekały na upowszechnienie, a panie wycinały sobie intymne uwłosienie w rozmaite kuszące wzorki.

Paryską modę natychmiast podchwyciły Polki. Jan Duklan Ochocki wspominał, że tańczył na balu z paniami ubranymi w przejrzyste białe tuniki, zdobne w pierścienie na palcach gołych stóp. Nawiasem mówiąc, ta przewiewność kosztowała niejedną damę wiele zdrowia: była żona Napoleona Józefina usiłowała półnagim biustem i zwiewną szatą oczarować zwycięskiego cara Aleksandra. Zaziębiła się jednak na spacerze z carem w chłodną noc majową 1814 r. i zmarła.

Napoleon, choć uzależniony od seksu, usiłował powstrzymać falę „rozpustnej” mody. Ciężkie stroje nadawały się do podkreślania roli cesarza Francuzów, więc na dwór powróciły ciężkie aksamity i jedwabie. Ale białe tuniki pozostały w modzie także w Polsce. Nosiły je odtąd młode dziewczyny (Zosia w „Panu Tadeuszu”, oczywiście), noszą je też dotąd dziewczynki idące do Pierwszej Komunii i panny do ślubu. Co ciekawe, miękkie tuniki przyczyniły się też do wynalazku damskiej torebki.

Tocqueville zauważył przenikliwie, że rewolucje są po to, by przywracać dawny stan rzeczy. W XIX w., gdzieś do lat 40., kobieta znów zniknęła pod biedermeierowskimi ciężkimi strojami, uwydatniając głównie talię ściśniętą gorstem i podkreśloną bufiastymi rękawami zwanymi baranimi udźcami. Styl biedermeier dokonał ważnej, cichej rewolucji, gdyż wtedy „zaistniały na dobre majtki, aż do tej pory powszechnie nieużywane bądź wstydliwie ukrywane pod suknią jako forma kalesonków”, pisała Anna Sieradzka. Owe pierwsze majtki-pantalony sięgały łydek i były widoczne jedynie u małych dziewczynek.

Romantyczne pozy wymagały jednak subtelniejszej oprawy, więc ciężki strój w Królestwie Polskim zastąpiono około połowy XIX w. modą podkreślającą uduchowienie, cierpienie. Modne było powłóczyste spojrzenie, koronki wokół powabnego dekoltu i niskie fryzury z przedziałkiem pośrodku, np. z lokami opadającymi przy policzkach. Tragiczne powstania narodowe początkowo wydawały się słabo wpływać na modę. Polki ulegały wzorcom paryskim, nosząc suknie na krynolinie o obwodzie sięgającym nawet 10 metrów. Dopiero w czasach masakry warszawskiej 1861 r. i podczas powstania styczniowego 1863 r. patriotycznym nakazem było noszenie żałobnych strojów, czego panie przestrzegały, nie rezygnując jednak z krynoliny. Nieprzyzwoitością stało się dekoltowanie i noszenie biżuterii, która miała w całości służyć i służyła narodowym celom. Czasy te ukształtowały figurę matki Polki ubranej na czarno mimo carskich zakazów noszenia żałoby.

Dagny w skrzydlatych kapeluszach

Gdy fala tragizmu opadła, pojawił i ugruntował się nowy najważniejszy doradca pań: żurnal mody w rodzaju „Bluszczu” i „Nowych Mód”. Polki zaadaptowały nowy wynalazek francuski – tiurniurę. Była to poduszeczka uwydatniająca damskie pośladki. Kobiety nakazywały też ściskać się sznurowanymi gorsetami do granic wytrzymałości. Tiurniurę na krótko usiłowała wyprzeć suknia princessa, ale długi jej tren, zamiatający ulice, okazał się zbyt wielkim utrudnieniem. Panie wróciły do tiurniury i sukni z falbanami, wstążkami oraz kapeluszy-bukietów na głowie. Styl ten rozwinął się w secesyjny, zdobny w motywy przyrodnicze. Skutkiem działania gorsetu sylwetka pań wygięła się w literę S, którą zwieńczała łabędzia szyja, luźny opadający stanik, secesyjna fryzura w stylu Dagny Przybyszewskiej i szerokoskrzydły kapelusz.

W czasach fine de siecle’u, poprzedzającym wojnę 1914 r., klasycyzująca moda luźnych sukien bez gorsetu, negliżujących panie, wystraszyła jednak nieco nasze rodaczki. Wolały one wzorce wschodnie, typu odaliska, w zwiewnych szarawarach, co wymyślił oczywiście francuski projektant Paul Poiret. Kobieta miała być smukła, co podkreślały wyjściowe, opinające ciało żakiety, trzymające ciało w „linii kija”.

Wkrótce moda podążyć miała za walką pań o równouprawnienie. Pierwsze sufrażystki, Emmyline Pankhurst walcząca z policją czy Emmily Davison rzucająca się pod konia króla Jerzego V, były ubrane nobliwie, a ich wyczyny G. Bidwell opisał jako „bunt długich spódnic”. Ale niebawem wraz z prawami kobiet ruszyła fala swobodniejszej mody. Część pań, także w Polsce, zaczęła stosować ostry makijaż, palić papierosy i zachowywać się jak le garçonne, chłopczyca, co podkreślała krótka fryzura z pejsikami albo podgolonym tyłem, pomysłu Antoine’a (polski fryzjer Antoni Cierplikowski, który zyskał międzynarodową sławę). Kobieta zaczęła wabić chłopięcą szczupłością oraz odkrytymi łydkami i plecami. Biust i pupa zniknęły w prostokącie sukien; kobieta nie mogła być gorsza od mężczyzny także w kształtach.

Moda ujednolicała się coraz bardziej w związku z oddziaływaniem kina. Naśladowano styl gwiazd. Dopiero wstrząs Wielkiego Kryzysu 1929 r. sprawił, że chłopczyca powróciła do naturalnych kształtów i dłuższych loków na głowie, które utrwalano wieczną ondulacją.

Największy przełom miał jednak wywołać sport. Wyrocznia mody XX w. Coco Chanel na miejsce wielowiekowej bladości anielic zaczęła lansować zdrowy brąz na opalonej buzi i ciele. Strój kąpielowy początkowo jeszcze zakrywał szczelnie ciało, ale z biegiem lat, kiedy tenisistki obnażały kolana i uda widoczne spod kasaków, panie redukowały też stroje na plażach. W latach 20. pojawiły się jednoczęściowe trykoty odsłaniające aż pół uda.

Wojna oddaliła kobiety od spraw stroju, choć na ulicach okupowanych miast pojawiły się szarobrunatne spódnice z żakietami o poszerzonych ramionach, szyte w duchu konspiracji, znamionujących damską chęć oporu wobec okupanta.

Uniseksy z nagim pępkiem

Władze komunistyczne w czasach stalinowskiej urawniłowki usiłowały stworzyć jedynie słuszną, jednolitą modę dla pań: robotnica o twardych rysach i wielkich dłoniach, dzierżących kielnię lub łopatę, miała być odziana w szarawą suknię. Barwniejsza mogła być jedynie młoda zetempówka w zielonym mundurze pod czerwonym krawatem, prowadząca nadzieję postępu, czyli traktor. Po odwilży 1956 r. moda nadal była w gestii władz i zaczęła przebiegać wedle podziału my i oni: dla onych szyła Moda Polska, podczas gdy szara obywatelka, która szara być nie chciała, zmuszona była uniformizować się zgodnie z tym, co rzucą do sklepów.

Modę kobiecą wzorowaną na zachodniej partyjne media w latach 60. piętnowały zdecydowanie i surowo: nie podobała się im minispódniczka, którą w 1965 r. Mary Quant i paryscy projektanci wprowadzili do Europy. Niechętnie też władze patrzyły na dżinsy – jako symbol amerykańskiego imperializmu – coraz ciaśniej opinające pupy dziewczyn.

Krytykę spodni prowadziła równie ostro katolicka opinia, przypominając, że wedle Biblii koniec świata nastąpi, gdy kobieta upodobni się do mężczyzny. Fala mody unisex była jednak nie do opanowania i w latach 70. XX w. szare ulice zakwitły hipisowskimi kolorami, dżinsami, minispódniczkami, bananowymi spódnicami, T-shirtami z kolekcji Barbary Hoff. Oryginalne wranglery czy riffle z Peweksu stały się marzeniem każdej dziewczyny i chłopaka.

Wydawało się, że pluralizacja i demokratyzacja społeczeństwa polskiego po 1989 r. wywoła lawinę różnorodności. Tak się jednak nie stało; jak zwykle zwyciężył odruch stadny. Obecnie młoda Polka paraduje w obcisłych dżinsach-biodrówkach i krótkiej bluzce odsłaniających talię, co ma znamionować swobodę obyczajową początków XXI w. Kobieta coraz częściej płaci za własne stroje. I ta akurat nowa moda wydaje się najpełniej odzwierciedlać ducha naszych czasów.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj