Gra w zielone
16 marca 1989 r. otworzył podwoje pierwszy kantor wymiany walut. Kończył epokę waluciarzy i cinkciarzy, choć w swej istocie był legalnym przedłużeniem tej nielegalnej w PRL profesji.
Fot. Chris Palmer, Flickr (CC by SA)

Fot. Chris Palmer, Flickr (CC by SA)

Nazwa cinkciarz na określenie osoby handlującej walutą pojawiła się dopiero w końcu lat 60., kiedy coraz liczniejszym zachodnim turystom wypadało zaproponować w języku Szekspira korzystniejszą niż po oficjalnym kursie wymianę na złote dolarów, marek, koron. Termin ten ostatecznie wyparł wcześniejsze, funkcjonujące od okupacji, określenia mobilnych kantorów wymiany (czarnogiełdziarze, waluciarze, koniki). Nie ulega bowiem wątpliwości, że to lata wojny były fundamentem przyszłego nieoficjalnego rynku walutowego w PRL. Wskutek olbrzymiej inflacji i słabości okupacyjnej waluty (tzw. młynarek) większość dużych transakcji realizowano w dolarowych banknotach lub monetach (od ich kursów często zaczynają się zapisy w prowadzonych wtedy dziennikach!).

Zabrzmi to może paradoksalnie, ale wojna, skutecznie mieszając w społecznym i gospodarczym tyglu, zdemokratyzowała dolara, na 50 lat wyprowadzając prywatny obrót walutą na ulicę, do bram, knajp, prywatnych mieszkań. Jeszcze w latach 50. waluciarze z największym stażem z nostalgią wspominali czasy, kiedy okolice warszawskiego placu Napoleona (dziś Powstańców Warszawy) stanowiły dewizowe centrum okupowanej Europy.

Również po wojnie waluciarze mieli pełne ręce pracy i również wtedy nie było to zajęcie bezstresowe. Zwłaszcza od rozpoczęcia w 1947 r. tzw. bitwy o handel, kiedy przewidujący swój rychły koniec prywatni przedsiębiorcy zaczęli inwestować w trwalsze walory, co błyskawicznie wywołało kontrakcję władz – do obozów pracy powędrowało niemało czarnogiełdziarzy i ich klientów. Ustawy walutowe z października 1950 r. w ogóle zakazały posiadania obcych walut, za nielegalny handel nimi mogła grozić nawet kara śmierci. Zawodowych waluciarzy nie było to w stanie powstrzymać. Tym bardziej że choć wyroki śmierci zapadały, z zasady nie były wykonywane.

Epoka cinkciarzy

Od drugiej połowy lat 50. władze starały się wydobywać dewizy od obywateli coraz to bardziej pokojowymi metodami, wyjątkowymi w całym bloku wschodnim. Jesienią 1956 r. zliberalizowano przepisy dewizowe, nie ukrywając, że chodzi o „uruchomienie tezauryzowanych obecnie walut, wykorzystanie ich – przede wszystkim – dla poprawy zaopatrzenia w surowce i maszyny rzemiosła oraz w nawozy sztuczne, środki owadobójcze, materiały budowlane i także maszyny – rolników. (...) Umożliwienie posiadaczom tych walut np. budowy domku jednorodzinnego, otwarcia rzemieślniczego warsztatu, intensyfikacji produkcji rolnej itp. – powinno ich zachęcić do wykorzystania tych możliwości, a gospodarce narodowej przysporzyć towarów na rynku”.
 

Posiadanie walut przestało być co prawda przestępstwem, ale wszelkie operacje nimi zostały zmonopolizowane przez Bank Polska Kasa Opieki, pośredniczący m.in. w zamianie oficjalnie nadsyłanych z zagranicy dewiz na niedostępne na rynku krajowym artykuły przemysłowe lub spożywcze. W całym kraju błyskawicznie zmieniło to topografię nielegalnych giełd walutowych, przeniesionych w okolice banków Pekao.

W ich pobliżu można było spotkać tylko płotki czarnej giełdy. Prawdziwe grube ryby pozostawały w głębokim cieniu, urzędując zazwyczaj w prywatnych mieszkaniach lub kawiarniach. Mimo że do zwalczania czarnego rynku dewizowego Milicja Obywatelska wykorzystywała rzeczywiście dobrych fachowców z tzw. dewizówki (zwykli mundurowi nawet nie próbowali walczyć z waluciarzami), zatrzymanie i skazanie nie tylko „bankiera”, ale i szeregowego cinkciarza nie było zadaniem prostym. Często też władze pozostawały bezradne wobec wykształconych przez nich strategii, od ściśle przestrzeganych zasad konspiracji po doskonałą znajomość obowiązującego prawa (dewizowego).

Wśród cinkciarzy nie brakowało byłych funkcjonariuszy MO lub SB, co utrudniało agenturalną penetrację środowiska. Tym bardziej że wspomniani bossowie czarnego rynku starali się nie rzucać w oczy władzy, prowadząc pozornie przeciętne życie. Zatrzymany w 1973 r. i skazany w 1976 r. (na 12 lat) Tomasz Szczypułkowski pracował jako nauczyciel w technikum, a jego żona była bileterką. Jak komentował w 1976 r. Piotr Ambroziewicz: „nie mogą nie śmieszyć próby pokazywania porachunków polskiego podziemia walutowego przy pomocy zawodowych rewolwerowców. Mokra robota to hałas, to smród wokół interesu, który powinien być cichutki, niczym mysz pod miotłą”. Zwłaszcza że chodziło o miliony złotych, dziesiątki tysięcy dolarów i kilogramy złota. Kapitały – zarówno w pieniądzach, jak i doświadczeniu biznesowym – niezwykle przydały się w 1989 r.

Na razie jednak gra w zielone toczyła się ze zmiennym szczęściem. Władza nie zamierzała rezygnować z dewizowego monopolu, cinkciarze zaś z profesji gwarantującej wysokie zarobki, a jednocześnie niewymagającej zbytnich kwalifikacji i wykształcenia (ryzyko utraty wolności było wkalkulowane w koszty). Była to też rozgrywka o coraz wyższą stawkę. Jeżeli w połowie lat 60. ostrożne szacunki mówiły o rocznym obrocie rzędu 50 mln dol., to dekadę później sumę tę należałoby zapewne co najmniej potroić. Przyczyniło się do tego szersze otwarcie granic i wzmożenie ruchu turystycznego, założenie w 1973 r. ogólnodostępnych sklepów Pewex, a zwłaszcza ujednolicenie jesienią 1976 r. bankowych rachunków dewizowych i zniesienie tzw. kont B, na których legitymizowały się waluty nieudokumentowane (czyli zazwyczaj przemycone z zagranicy lub kupione od cinkciarzy).

Wskutek tej ostatniej decyzji do państwowych skarbców trafiło wówczas ok. 200 mln dol., zarówno przechowywanych po domach, jak świeżo nabytych na czarnym rynku. Celem było bowiem nie tyle uzyskanie od państwa obiecanego wysokiego procentu, co udokumentowanie środków potrzebnych do wyjazdu na Zachód. „Z operacyjnego rozpoznania i obserwacji tego problemu wynika – informowali jesienią 1978 r. funkcjonariusze MO – że wyjazdy na podstawie środków dewizowych w większości nie mają celu i charakteru turystycznego, a służą do przeprowadzania podczas pobytu za granicą różnego rodzaju transakcji handlowych oraz przemytu. Nowym elementem odmiennie niż w latach ubiegłych jest przywożenie przez »turystów« zamiast złota i atrakcyjnych towarów – obcej waluty (przeważnie dolarów). Przywożone do kraju obce środki płatnicze służą z kolei niektórym obywatelom do powiększania własnych kont dewizowych lub zakładania nowych. Te są podstawą do wyjazdów za granice w latach następnych”.

Epoka dwuwalutowa

Coraz bardziej odczuwalny od końca lat 70. kryzys i rosnąca inflacja przyczyniały się do utraty resztek zaufania do rodzimego pieniądza i praktycznego wprowadzenia w PRL systemu dwuwalutowego. Jak pisał Wojciech Orliński, wszystkie dorastające wtedy w PRL dzieci „od najmłodszych lat uczyły się tej podstawowej zasady, że są dwa rodzaje pieniędzy – prawdziwe i polskie”. Coraz więcej wysiłku społeczeństwo poświęcało na zdobycie tych prawdziwych, w których oszczędzano lub finalizowano większość dużych transakcji (mieszkanie, samochód itp.). Jeżeli w 1976 r. przechowywane w bankach oszczędności w dewizach stanowiły tylko niecałe 8 proc. złotówkowych, to w 1980 r. – 16,6 proc., w 1983 r. – 45,1 proc., w 1986 r. – 78,7 proc. Rok później przekroczyły o prawie 40 proc. zasoby rodzimej waluty, a w 1988 r. oficjalne oszczędności w tzw. twardych walutach były ponad trzykrotnie większe niż w złotych. Do tego należy doliczyć dolary czy marki przechowywane w domach (w 1987 r. może nawet 5 mld dol., ponad dwa razy więcej niż wkłady bankowe).

Nie bez powodu zauważał na początku 1988 r. publicysta „Tygodnika Kulturalnego”, że wokół tej dolarowej rzeki „cały czas uwijają się (...) decydenci, bankowcy, milicjanci, a przede wszystkim – niezniszczalni cinkciarze”. Milicjanci szli jasno wytyczoną od dziesięcioleci drogą, kontynuując walkę z „przestępczością dewizowo-przemytniczą”. Do połowy 1986 r. ustalili w Polsce „693 miejsca i rejony dokonywania (...) nielegalnych transakcji dewizowych” oraz „3582 osoby dokonujące nielegalnego obrotu w miejscach publicznych”. Operację (o wdzięcznym kryptonimie Konik) kontynuowano w 1987 r., osiągając „wzrost ujawnialności przestępstw dewizowo-przemytniczych” o 128,6 proc., co miało w pełni uzasadniać „prowadzenie ww działań [również] w 1988 r.”. Na drodze jednak stanęli decydenci i bankowcy.

Już bowiem w maju 1987 r. NBP przedstawił propozycję interwencji na dolarowym rynku i doprowadzenie do zmniejszenia absurdalnie wysokiego kursu czarnorynkowego, który wyprzedził zarówno wzrost cen, jak przychodów ludności. Oprócz planów długoterminowych (zredukowanie inflacji, poprawa zaopatrzenia w „artykuły nowoczesne”, zniesienie lub ograniczenie reglamentacji dewizowej), sugerowano również działania doraźne – dopasowanie cen w tzw. eksporcie wewnętrznym do poziomu rynkowego (relatywnie niższe ceny w Peweksach były bowiem „marżą pokrywającą koszt utrzymania czarnego rynku walutowego”), skup bonów przez instytucje państwowe po cenie zbliżonej do czarnorynkowej, wprowadzenie kredytów złotówkowych pod zastaw walut czy ich sprzedaż wyjeżdżającym po tzw. kursie równowagi i z tzw. dopłatą turystyczną. (Bony walutowe były substytutami dolara w krajach socjalistycznych, gdzie pieniądz był niewymienialny; płacono nimi w tzw. eksporcie wewnętrznym, w tzw. sklepach walutowych, w Polsce w Peweksie i Baltonie).

Jesienią 1987 r. oddziały NBP w największych miastach rozpoczęły skup bonów dolarowych po kursie (prawie) czarnorynkowym. Cinkciarze szybko jednak wykazali wyższość gospodarki prywatnej. Państwowe placówki bowiem najpierw musiały kupić bony, aby potem sprzedać, waluciarze zaś dokonywali obu operacji niezależnie od pory, sumy czy rodzaju waluty. „Ich ruchome małe banki kieszonkowe, przenośne kantory (...) wygrywają konkurencję (...) w przedbiegach – komentowano wiosną 1988 r. – Gdy bank państwowy płacił 980 zł za jednego bona, oni dawali po 1030. Gdy bank 1150, oni 1200. Kiedy wreszcie bank podniósł stawkę do 1300, oni natychmiast zaoferowali »oczko« wyżej – 1350 zł. I ludzie sprzedają im. Bony, dolary, marki, ruble, forinty – wszystko. Kupują też u nich. Bo niby gdzie mają kupić?”.

Epoka kantorowa

Rok później już mieli gdzie. Sztywne, pełne ograniczeń prawo dewizowe było jedną z istotniejszych przeszkód w realizacji uchwalonych 23 grudnia 1988 r. ustaw o wolności gospodarczej. W nowej ustawie dewizowej z 15 lutego 1989 r. dla obywateli z zacięciem do interesów najważniejszy był artykuł 10, mówiący, że „osoby krajowe mogą prowadzić za zezwoleniem dewizowym i na warunkach określonych przez Prezesa NBP, w drodze zarządzenia, działalność gospodarczą polegającą na kupnie i sprzedaży wartości dewizowych oraz na pośrednictwie w kupnie i sprzedaży tych wartości”.

Większość waluciarzy – którym nowe przepisy podcinały rację bytu – postanowiło stosować dotychczasową, partyzancką taktykę: „Oni będą na pewno płacili podatki, a ja nie – mówił dziennikarzowi warszawski cinkciarz. – Oni będą mieli tę całą swoją biurokrację, a ja nie. Oni będą mieli kurs dnia, a ja godziny, oni kurs godziny, ja minuty. Radiotelefony zdrożeją”.

Niektórzy myśleli o zalegalizowaniu dotychczasowej działalności, na razie jednak czekając na rozwój sytuacji. Tylko jeden człowiek – Aleksander Gawronik – nie zasypywał gruszek w popiele. Trudno z całą pewnością stwierdzić, czy działał z inspiracji służb specjalnych, czy też potrafił je przekonać, iż legalny obrót „wartościami dewizowymi” jest interesem, w który warto się zaangażować. Nie ulega jednak wątpliwości, że wykorzystując kontakty zarówno ze służbami, jak w sferach rządowych (był zaprzyjaźniony z wicepremierem Ireneuszem Sekułą), dostał zezwolenie na handel walutami praktycznie z chwilą opublikowania odpowiedniego zarządzenia prezesa NBP. Zostało ono bowiem wydane 13 marca 1989 r. i mimo że przewidywało skomplikowaną procedurę sprawdzającą, Gawronik mógł ruszyć z biznesem dwa dni później, dosłownie w pierwszej minucie obowiązywania przepisów.

Pierwszy w powojennej Polsce prywatny kantor wymiany walut otworzył swoje podwoje (a raczej okienko) tuż przy przejściu granicznym w Świecku 16 marca 1989 r. o godzinie 0.01. Inauguracyjny klient pojawił się kwadrans później – był nim oficer enerdowskiej straży granicznej, który wymieniając stumarkowy banknot sprawdzał działanie polskiego, kapitalistycznego wynalazku. Działał doskonale, tym bardziej że od 1 stycznia 1989 r. Polacy mogli trzymać paszporty w domach i wyjeżdżać praktycznie bez żadnych ograniczeń. Skrupulatnie też z tego korzystali, pokazując mieszkańcom Berlina (Zachodniego) czy Wiednia, że są równie dobrymi jak oni kapitalistami. Zanim też pojawiła się konkurencja, zmuszona do załatwiania formalności bardziej formalną drogą, Gawronik – który wkrótce otworzył nowe punkty wymiany – zarobił fortunę.

Polacy szybko zwietrzyli doskonały interes. Dosłownie w ciągu kilku miesięcy NPB wydał ok. 2 tys. zezwoleń na prowadzenie kantorów. Otwierały je banki, Orbis, Pewex, Baltona, biura turystyczne i – jak przed 20 laty pisał w „Polityce” Paweł Tarnowski – „przede wszystkim indywidualni obywatele z gotówką i żyłką biznesmena, którzy doszli do wniosku, że właśnie tą drogą najlepiej i najszybciej pomnożą i tak już niemały (ocenia się, że na rozruch trzeba mieć kilkadziesiąt milionów złotych) kapitał”. Konfitur w tym szalonym 1989 r. rzeczywiście starczało dla wszystkich – inflacja przerodziła się w hiperinflację i posiadacz złotych natychmiast zamieniał je na trwalsze walory, systematycznie je potem sprzedając „na życie”.

Kantory musiały też podzielić się zyskami z cinkciarzami, którzy bynajmniej nie zamierzali oddawać pola bez walki. Zwłaszcza bankom pokazywali, że lepiej niż one opanowali handel walutą i na początku kwietnia 1989 r., oferując znacznie korzystniejsze warunki wymiany, doprowadzili do wstrzymania przez trzy warszawskie oddziały PKO (ul. Sienkiewicza, Rotunda, pl. Powstańców) sprzedaży amerykańskiej waluty. Jeszcze przez kilka lat wydeptywali chodniki przed kantorami czy bankami, informując, że taniej sprzedadzą, ale za to drożej kupią. Stopniowo tracili jednak klientów, dla których coraz bardziej liczyła się nie tyle minimalna różnica w cenie, co bezpieczeństwo i wygoda. O ile bowiem gazety pełne były (zwłaszcza w 1989 i 1990 r.) informacji o oszustwach (nieraz na olbrzymie sumy), dokonanych przez cinkciarzy, to na kantory z zasady nie narzekano.

Nie narzekali też – przynajmniej przez pierwsze lata – właściciele kantorów. Choć wraz ze stabilizacją kursu dolara w 1990 r. skończyły się kokosowe interesy, szeroka szara strefa gospodarcza pozwalała godnie żyć (biznesmeni z walizkami pieniędzy do wymiany nie należeli do rzadkości). Polscy handlarze nie byli już co prawda tak aktywni na międzynarodowych szlakach, ale straty rekompensowali klienci z rozpadającego się Związku Radzieckiego (a potem z państw powstałych na jego gruzach). Rozwijał się handel przygraniczny i już – bynajmniej nie handlowa – turystyka zagraniczna. Nic też dziwnego, że liczba kantorów rosła: w 1990 r. było ich już 2521, w 1991 r. prawie 3700, a rok później tysiąc więcej.

Najwyższe obroty (kilkanaście miliardów dolarów) odnotowano w 1991 r., potem zaczęły one systematycznie spadać. Wrogiem kantorowego biznesu stawała się stabilizacja gospodarki, spadek inflacji, rozwój nowoczesnej bankowości, upowszechnienie kart kredytowych. Ochrona przed kryminalistami, dla których kantory okazały się łatwym łupem, również pochłaniała coraz większą część zysków. Już w połowie lat 90. wróżono małym punktom wymiany nieciekawą przyszłość, a przed wprowadzeniem w państwach UE wspólnej waluty – wręcz eurozagładę. Czarny scenariusz na razie się nie sprawdził, jednak zastąpienie za kilka lat (miejmy nadzieję) złotego przez euro będzie zapewne końcem kantorów (przynajmniej w ich dotychczasowym kształcie).
 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj