Wygłosowana niepodległość
Napisany pod koniec maja 1989 r. artykuł Timothy’ego Gartona Asha kończył się następująco: „Polska dzisiaj jawi mi się jak człowiek, który skoczył na głęboką wodę. Na samym końcu jeziora – za pięć? dziesięć? dwadzieścia lat? – są złociste plaże oznakowane: »demokracja parlamentarna«, »wolny rynek« i po prostu »Europa«. Czy dopłynie? Trzymamy kciuki”.

Tego dnia w mieszkaniu Krzysztofa Kozłowskiego dźwięk telefonu rozległ się jeszcze przed świtem. „Zadzwonił do mnie mój przyjaciel Jan Maria Rokita i mówi: słuchaj Krzysiek, mam pierwsze informacje z zamkniętych obwodów wyborczych. Jeżeli tam jest tak, to znaczy, że ruszyła lawina. Jeżeli oni zachowali resztę zdrowego rozsądku i oleju w głowie, powinni nas wszystkich przed ranem wygarnąć. Przygotuj sweter i szczoteczkę do zębów".

Od kilku godzin był już 5 czerwca 1989 r. i - jak wkrótce miało się okazać - rozpoczynała się nowa epoka w historii Polski.

Ucieczka do przodu

Chociaż żądanie wolnych wyborów stanowiło tradycyjny postulat opozycji antykomunistycznej, tym razem to władza wyszła z taką inicjatywą. Od połowy lat 80. ekipa Wojciecha Jaruzelskiego uważnie i jednocześnie z niepokojem śledziła wyniki badań opinii społecznej. Przewaga pesymistów nad optymistami rosła w zastraszającym tempie: w 1984 r. 38 proc. respondentów uznało sytuację gospodarczą za złą, trzy lata później odsetek ten urósł do 69. Jednocześnie coraz więcej badanych nabierało przeświadczenia, że przyszłość nie przyniesie im niczego dobrego. Malało poparcie dla partii i rządu.
 

Skokowe pogarszanie się nastrojów było odpowiedzią na coraz większą zapaść gospodarczą. Próby pobudzenia produkcji i wprowadzenia nowych zasad rozliczeń między fabrykami, kopalniami i hutami skończyły się fiaskiem - przemysł nadal cierpiał na braki surowców, półproduktów, a zaopatrzenie rynku nie zaspokajało elementarnych oczekiwań społecznych. Pod naciskiem załóg i licencjonowanego Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych władze rozluźniały dyscyplinę budżetową. Rezultatem był galopujący wzrost cen; pod koniec 1988 r. inflacja przekroczyła 100 proc., nakręcając spiralę roszczeń płacowych.

Ok. 1987 r. w elicie władzy zaczęła wyodrębniać się grupa działaczy mających świadomość, że kontynuowanie nieskutecznych reform - wzorem minionych dekad - doprowadzi do erupcji społecznego niezadowolenia i upadku kolejnej ekipy.

W styczniu 1988 r. rzecznik rządu Jerzy Urban, sekretarz KC Stanisław Ciosek i wiceminister spraw wewnętrznych Władysław Pożoga skierowali na ręce gen. Jaruzelskiego poufny memoriał. „Nastroje spadły poniżej czerwonej kreski, czyli przekroczony został wyliczony przez socjologów, a oparty o doświadczenie punkt krytyczny wybuchu. Nie następuje on, gdyż skłonności wybuchowe są w społeczeństwie przytłumione przez różne stabilizatory (doświadczenie historyczne, w tym głównie 13 grudnia 1981 r., rola Kościoła, spadek wpływów opozycji, apatia). (...) Poczucie dokonującej się przemiany gospodarczej nie może w bliskim czasie spowodować pozytywnej zmiany nastrojów".

Rozwiązaniem miała być ucieczka do przodu. Skoro 98-proc. poparcie uzyskiwane w fikcyjnych wyborach nie przekładało się na rzeczywistą popularność rządzących, a propagandowy rytuał niszczył autorytet państwa, postanowiono uciec się do rozwiązań nadzwyczajnych. Okazję stwarzał zbliżający się koniec kadencji parlamentu. „Lepiej spróbować śmiałym posunięciem zmienić sytuację na naszą korzyść i zyskać mandat do rządzenia - pisali autorzy memoriału. - Jeżeli mamy przegrać rywalizacyjne wybory za 4 lata, to lepiej spróbować je wygrać teraz. Jeżeli za 4 lata mamy rywalizować z dobrze już uformowaną i różnorodnie zorganizowaną opozycją, to lepiej zmierzyć się z nią teraz, kiedy jest jeszcze słabo zorganizowana i oddziałuje na opinię publiczną w zakresie ograniczonym jej nikłymi środkami propagandowymi. Proponujemy: ogłosić wybory konfrontacyjne w końcu lutego 1989 r. (...) Sądzimy, że duże pozytywne znaczenie będzie miało rozbicie i skłócenie opozycji. Nie starczy jej czasu, aby się zespolić w jednym bloku wyborczym. Rozproszenie kandydatur, programów, a potem rozbicie głosów da nam przewagę. Gdyby do wyborów nie stawała żadna siła nosząca nazwę »Solidarność«, wybory nie byłyby uznane przez część społeczeństwa i przez Zachód za w pełni wolne i autentyczne. Można sobie wyobrazić więc stworzenie klubu wyborczego »Solidarność« jako bazy do kandydowania Wałęsy i in.".

Pierwsze podejście

Dwie fale strajków, które przetoczyły się przez kraj wiosną i latem 1988 r., ponownie uzmysłowiły władzom, że czas działa na ich niekorzyść. W drugiej połowie sierpnia przystąpiono do negocjacji z podziemną „S" w sprawie zorganizowania Okrągłego Stołu władzy i opozycji. Wtedy też Ciosek i Kazimierz Barcikowski (członkowie Biura Politycznego KC PZPR) spotkali się z sekretarzem pomocniczym Konferencji Episkopatu ks. Alojzym Orszulikiem i przedstawili pierwszą spójną propozycję reform politycznych: „Na szczycie byłby prezydent, poniżej Senat (w którym byłby podział sił: 1/3 - koalicja rządząca, 1/3 - ludzie Kościoła, 1/3 - ludzie niezależni), jeszcze niżej parlament, w którym koalicja rządząca miałaby 60%, a opozycja i »nasi bezpartyjni przyjaciele« 40%".

Solidarność od początku odnosiła się do tej koncepcji nieufnie. Otoczenie Wałęsy zdawało sobie sprawę, że partia chce podzielić się odpowiedzialnością, ale zachować monopol na rządzenie. Przedstawiciele opozycji zasiedliby w parlamencie, uwiarygodniając komunistów w oczach społeczeństwa, a kluczowe decyzje jak dawniej zapadałyby na posiedzeniach Biura Politycznego. Najbardziej nieufni wietrzyli podstęp: spodziewano się, że wybory zostaną i tak unieważnione, a całą operację zaplanowała SB, by zdekonspirować podziemne struktury i w jedną noc aresztować wszystkich działaczy.

W dodatku „S" - choć dziś wydaje się to trudne do wyobrażenia - była równie sceptyczna w ocenie swoich szans wyborczych co partyjni analitycy. Już pod koniec 1987 r. Jacek Kuroń - powołując się na Andrzeja Wielowieyskiego - mówił podczas narady przedstawicieli środowisk niezależnych zaproszonych przez Lecha Wałęsę: „Gdyby dziś odbywały się wybory, najbardziej wolne wybory do gminnej rady, to w tych wyborach wygra miejscowy aparat. Wygra ten aparat, ponieważ on przecież jest organizatorem życia społecznego i gospodarczego, on ma doświadczenie, on to umie robić. On to robi bardzo źle, są to bardzo złe doświadczenia, ale prawie jedyne. On ma jakieś zaplecze społeczne niewątpliwie. I to samo dotyczy zakładów, no a nie mówiąc już o koncernach i »wspólnotach«. (...) I to niebezpieczeństwo trzeba teraz, moim zdaniem, rozpoznać - to jest wielkie zadanie, olbrzymie zadanie. Bo, oczywiście, ja nie wątpię, że ruch społeczny da sobie z tym radę, ale tylko może dać sobie radę w procesie. Drugie niebezpieczeństwo jest po stronie społeczeństwa. I to jest nasze... zmęczenie społeczne olbrzymie, nieufność w skuteczność działania, a więc nieufność do opozycji. I wreszcie totalna niechęć i nieufność do czerwonego, z której wyciąga się postawy negacji. (...) Taka konstrukcja właśnie: że skoro temu »czerwonemu« nie można wierzyć, a wierzyć mu w żadnym razie nie można, to i nie ma sensu działać w taki sposób i w takich miejscach, które on proponuje".

Mimo wszystko przywódcy podziemia gotowi byli zaryzykować. Władysław Frasyniuk powiedział podczas pierwszego spotkania w Magdalence, we wrześniu 1988 r.: „Trzeba jasno powiedzieć, że my, siadając razem z panami do stołu, działamy nie we własnym interesie: zabiegamy w ten sposób o wasz interes. Dla dobra kraju, dla dobra społeczeństwa, które wam nie wierzy i które nie chce was słuchać, staramy się zapewnić waszą wiarygodność".

W zamian oczekiwano zgody na ponowną legalizację „S". Początkowo był to warunek nie do przyjęcia dla strony rządowej, toteż jesienią 1988 r. negocjacje utknęły w martwym punkcie. Dopiero przesilenie polityczne podczas styczniowych obrad X Plenum pozwoliło na zmianę stanowiska partii i w konsekwencji rozpoczęcie obrad Okrągłego Stołu. (Szczegółowo dekadę lat 80., linie postępowania władzy i opozycji oraz okoliczności, jakie doprowadziły do obrad Okrągłego Stołu, opisaliśmy w poprzednim „Pomocniku Historycznym", POLITYKA 9, w artykule Jana Skórzyńskiego „Wojna i Stół. Od zniewolenia ku wolności" - przyp. red.).

Targ o ordynację

Towarzyszące Okrągłemu Stołowi zakulisowe negocjacje w dużej mierze poświęcone były właśnie kształtowi przyszłej ordynacji wyborczej. Temperatura rozmów rosła, w miarę jak na światło dzienne wychodziły różne haczyki ukryte w partyjnej ofercie. Okazało się, że we wstępnej umowie, dzielącej mandaty w proporcji 60 proc. („partyjni") do 40 proc. („bezpartyjni"), słowo „bezpartyjni" określać miało, w intencji strony rządowej, wszystkie organizacje polityczne spoza koalicji; pula mandatów obsadzanych w wolnych wyborach tak naprawdę wynosiła zatem 35 proc.

Negocjatorzy opozycji byli oburzeni i wprost podawali w wątpliwość sens dalszych rozmów: „I tak gotowi jesteście złamać każdą obietnicę". Z kolei strona rządowa zasłaniała się oporem „bazy partyjnej", przede wszystkim frakcji twardogłowych w KC i strukturach lokalnych. „Jeśli przyjmiemy ten podział [60:40], to stracimy sekretarza KC. Ciosek może pakować swoje papiery i iść do domu" - oświadczył prof. Janusz Reykowski. Ostatecznie Solidarność zgodziła się na oferowane przez rząd 35 proc., a także prezydenta wybieranego przez Sejm i Senat. Przystała na taką cenę, ponieważ druga strona zgłosiła - ustami Aleksandra Kwaśniewskiego - wyjątkowo atrakcyjną ofertę całkowicie wolnych wyborów do Senatu. Było to istotne ustępstwo rządu, choć mające wartość bardziej moralną niż polityczną - partyjni negocjatorzy wiedzieli, że nawet gdyby opozycja zdobyła wszystkie 100 miejsc w Senacie i 160 w Sejmie, koalicja rządząca zachowa większość niezbędną do wyboru prezydenta.

7 kwietnia 1989 r., dwa dni po zakończeniu obrad Okrągłego Stołu, Sejm uchwalił ustawę Ordynacja wyborcza do Sejmu X kadencji 1989-1993 - w ten sposób władza chciała sobie zagwarantować, że w ciągu następnych czterech lat żadne zmiany do politycznego kontraktu nie zostaną wprowadzone. Wybory miały odbyć się w systemie większościowym. Utworzono 108 okręgów wyborczych do Sejmu i 49 do Senatu. Przeważały okręgi 4- i 5-mandatowe, a przy rozdziale mandatów Rada Państwa starała się przydzielać najwięcej miejsc „bezpartyjnych" okręgom, w których „S" uchodziła za najsłabszą - zwłaszcza we wschodniej części kraju.

Następnym etapem było zbieranie podpisów na listach wyborczych - każdy kandydat musiał zdobyć poparcie co najmniej 3 tys. obywateli. W praktyce uzyskanych głosów było więcej: „S" chciała zapewnić swoim kandydatom margines bezpieczeństwa na wypadek, gdyby władza zdecydowała się unieważnić część podpisów, z kolei PZPR traktowała procedurę rejestracji prestiżowo i osiągnięte wyniki nagłaśniała. Ponieważ kandydaci partyjni nieraz grali nieczysto - dyrektor zakładu zbierał podpisy wśród pracowników przy okazji kwitowania wypłaty, prezes spółdzielni mieszkaniowej wysłał pracowników swojego sztabu do lokatorów - liczba zdobytych przez nich podpisów nie ustępowała wynikom opozycji. Raporty KC tchnęły optymizmem: mamy dowód, że siły są wyrównane.

Ostatecznie zarejestrowano 1760 kandydatów - w przytłaczającej większości wystawionych przez koalicję rządzącą (PZPR, ZSL, SD), ponieważ „S" od początku przyjęła zasadę: jeden kandydat na jedno miejsce.

Listy kandydatów

Rozpoczął się gorący czas poprzedzający wybory. „Spędziłem dwa tygodnie w Polsce obserwując pierwszą od pół wieku mniej lub bardziej wolną kampanię wyborczą - pisał angielski historyk Timothy Garton Ash. - Porównując z brytyjską kampanią wyborczą, ta jest - kogo by to mogło zadziwić? - jednym wielkim bałaganem. W porównaniu z kampanią wyborczą, którą obserwowałem w El Salwador (strzelanina na ulicach, strach na każdej twarzy), ta jest wzorem europejskiej kultury politycznej, porządku i dojrzałości".

Gdy 8 kwietnia w podziemiach kościoła przy ul. Żytniej powołano Komitet Obywatelski Solidarność - oficjalną reprezentację opozycji w wyborach - wśród zebranych dominował niepokój o przyszłość. Obawiano się kompromitacji podziemia, pesymiści wieszczyli, że wybory mogą się okazać dla opozycji większym ciosem niż stan wojenny. „Sytuacja jest bardzo trudna: nie mamy struktur organizacyjnych, czasu, dostępu do mass mediów" - przyznał prof. Bronisław Geremek. „Do wyborów były niecałe dwa miesiące - wspominał ówczesne nastroje prof. Andrzej Stelmachowski. - Wielu ludzi było przerażonych tą perspektywą: »nie wyrobimy się w tak krótkim czasie«".

Wałęsa, uważając, że ryzyko porażki jest duże, odmówił kandydowania. Argumentował, że w razie jego porażki upadnie cały autorytet „S". Henryk Wujec mówił dziesięć lat później: „Nagle się okazało, że właściwie nikt nie chce w tych wyborach startować. To była bardzo dramatyczna sytuacja. Wtedy wstał Kuroń i powiedział, że jeśli nie przystąpimy do tych wyborów, to tak, jakbyśmy światu pokazali goły tyłek".

Frekwencja jawiła się jako kolejny problem. Co będzie, jeśli Polacy, zmęczeni i znudzeni polityką, nie pójdą do urn? Czy szali zwycięstwa nie przeważą wówczas głosy członków partii? Andrzej Łapicki apelował, by w kampanii wykorzystać przedwojenny slogan: „Nie głosujesz przez lenistwo, sprawiasz radość komunistom".

Nawet oficjalny „Program wyborczy Solidarności" odzwierciedlał rozterki układających go działaczy: „Wiemy, że tysiące ludzi zadaje sobie pytanie: dlaczego mielibyśmy uczestniczyć w tych wyborach? Co nam to da? Przecież to nie są w pełni demokratyczne wybory? (...) Niezależna mniejszość w parlamencie nie sformuje rządu i nie zdoła powołać prezydenta po naszej myśli. Będzie jednak prawomocnie i głośno wyrażać wolę społeczeństwa polskiego i mobilizować opinię publiczną. Już nie będzie można rządzić całkowicie wbrew jej zdaniu. Będzie ona mogła uzyskać informacje dotąd nieujawniane, bez których trudno kontrolować władze i reformować państwo".

Jednak to nie manifesty ani dokumenty ideowe miały stanowić o sile opozycji w tych wyborach. Zgodnie z decyzją Komitetu Obywatelskiego listy kandydatów przygotowane zostały na szczeblu centralnym. Odstępstwo od reguł demokratycznych uzasadniały okoliczności: w starciu z koalicją rządową, mającą do dyspozycji wszystkie zasoby materialne i organizacyjne państwa, opozycja nie mogła sobie pozwolić na wewnętrzne konflikty. Ta strategia znalazła odbicie w sposobie prowadzenia kampanii: wizytówką wszystkich kandydatów stało się wspólne zdjęcie z Lechem Wałęsą. Wyborcy otrzymywali jasny sygnał, że ich głos będzie poparciem drużyny Solidarności i jej legendarnego przywódcy. Zwartość szeregów opozycji podkreślała też jednolita szata graficzna plakatów.

Raczkująca kampania „S"

Solidarność szybko uczyła się abecadła politycznego marketingu. Zbigniew Hołdys, szef kampanii wyborczej Stołecznego Komitetu Obywatelskiego, mówił w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej": „Mechanizmy promocyjne i marketingowe są takie same - czy chcemy wylansować nowy model roweru, nowy koncert, nowy smak czekolady czy polityka. Zawsze mnie te mechanizmy interesowały. Dużo czytałem na ten temat, dużo widziałem w USA. Bujak z Lityńskim wysłuchali moich uwag, poznali pomysły i to wszystko. (...) Pragnę pokazać społeczeństwu, że »Solidarność« to nie tylko związek zawodowy lub ruch polityczny. To przede wszystkim nowa jakość. Niosą ją ludzie niezwykli, dynamiczni i uczciwi. (...) Z przyjściem tych ludzi skończy się zdolność manipulacyjna i demagogiczna różnych grup u władzy. Stu sześćdziesięciu naszych posłów i senatorów to mur kompetencji, zdolny do odparcia sejmowych dziwolągów proponowanych przez drugą stronę".

8 maja ukazał się pierwszy egzemplarz „Gazety Wyborczej" - w następnych tygodniach jej egzemplarze były dosłownie rozchwytywane w kioskach Ruchu i ulicznych punktach kolportażowych. Solidarność otrzymała także własny, niespełna godzinny program telewizyjny, bez wątpienia bijący rekordy oglądalności. Do produkcji materiałów wyborczych włączyły się podziemne drukarnie, a ich kolportaż oraz spotkania z kandydatami organizowały wychodzące z konspiracji lokalne struktury związku. Plakaty Solidarności pokryły mury miast, ale sięgano też po bardziej nowatorskie formy reklamy, np. umieszczanie haseł wyborczych na burtach autobusów i tramwajów.

Zakrojona na szeroką skalę kampania była możliwa dzięki ofiarności społeczeństwa, które masowo wykupywało rozmaitego rodzaju cegiełki wyborcze: znaczki, koszulki, a także drugoobiegowe wydawnictwa - m.in. książki Sołżenicyna, Brzezińskiego i broszurę o Katyniu.

Do Komitetów Obywatelskich w całym kraju zgłaszały się też dziesiątki tysięcy wolontariuszy. Studenci i uczniowie rozklejali plakaty, nieraz narażając się na dotkliwe szykany ze strony milicji (o czym za chwilę). Kierowcy prywatnymi samochodami przewozili sprzęt i materiały wyborcze, ochotnicy zasiadali w punktach informacyjnych, pomagali w pracach biurowych, odbierali telefony. Stołeczny Komitet Obywatelski ulokowany w kawiarni Niespodzianka przy placu Konstytucji (patrz następny artykuł - przyp. red.) stał się wówczas najbardziej charakterystycznym punktem Warszawy. Do późnego wieczora tłumy młodzieży kłębiły się w lokalu i na chodniku, czekając na kolejne dostawy plakatów i ulotek, by roznieść je po mieście.

W pamięci polityków „S" utrwaliła się niezwykła atmosfera wyborczych wieców. Wbrew wcześniejszym obawom o frekwencję, na spotkaniach kandydatów opozycji niemal zawsze panował ogromny ścisk. Nawet na odległej prowincji, gdzie nie sięgały dotąd wpływy „S". „Pamiętam takie przedwyborcze spotkanie zorganizowane przy okazji wielkiego odpustu, na który z okolicznych wsi zjechało kilkadziesiąt tysięcy ludzi - mówił prof. Geremek w wywiadzie udzielonym Jackowi Żakowskiemu. - Kiedy po nabożeństwie tłum odpustowy zaczął wylewać się na pola, stanęliśmy na platformie samochodowej - my, solidarnościowi kandydaci na parlamentarzystów i nasz gitarzysta. Poza gitarzystą było nas czterech: Andrzej Wajda, Stanisław Bernatowicz, Jerzy Pietkiewicz i ja. Wokół nas garstka ciekawych, a dokoła, na polach, tysiące innych, którzy mogli do nas przyjść albo odejść. Stopniowo jednak podchodzili do naszej przyczepy i zostawali, bo słyszeli wolne słowo, prawdę". Starsi wyborcy podchodzili do polityków „S" i mówili, że przypominają im się wiece wyborcze PSL z 1947 r.

Lista krajowa

Na przebiegu kampanii w dużej mierze zaciążyła sprawa tzw. listy krajowej. Przy podziale mandatów strona rządowa zdecydowała, by 35 miejsc w parlamencie z gwarantowanej puli 65 proc. obsadzanych było nie w okręgach, lecz w głosowaniu ogólnopolskim. Na liście umieszczono nazwiska czołowych polityków koalicji rządzącej - m.in. premiera Mieczysława Rakowskiego, ministra spraw wewnętrznych (i gospodarza Okrągłego Stołu) Czesława Kiszczaka, ministra obrony narodowej Floriana Siwickiego.

Wbrew namowom „S" nie zgodziła się dołączyć swoich kandydatów do tego grona - rozumiejąc, że oferta PZPR jest podstępem obliczonym na zatarcie różnicy między władzą i opozycją. Co więcej, hasło „skreślić listę krajową" stało się jednym z motywów przewodnich jej kampanii wyborczej. W ten sposób otoczenie Wałęsy odpierało zarzut podziemnych radykałów, że „sprzedało się komunistom". Niebagatelne znaczenie miał także kapitał polityczny, jaki można było zgromadzić mobilizując społeczeństwo przeciwko znienawidzonym dygnitarzom. Podczas spotkania Komisji Porozumiewawczej (stanowiącej przedłużenie Okrągłego Stołu) Władysław Frasyniuk oświadczył członkom BP: „Ja ze zdziwieniem przeczytałem listę krajową. To wyście panowie nie wiedzieli, że lista będzie traktowana jako pozostałość systemu stalinowskiego? Jak ja zobaczyłem, kto tam jest, to pomyślałem, no nie, albo ktoś was w jajo robi, mówiąc ordynarnie, i skazuje was na wycięcie, a może panowie nie mieliście czasu się zastanowić?".

Na ulicach zaroiło się od ulotek i afiszy instruujących, w jaki sposób głosować przeciwko politykom koalicji. W telewizji wyjaśniał to ze szczegółami Jacek Fedorowicz. Zalecano, by wyborcy nie szli po linii najmniejszego oporu i skreślali każde nazwisko z osobna, gdyż przekreślenie karty „na krzyż" może być potraktowane jako pretekst do unieważnienia głosu.

Propaganda rządowa demonstrowała oburzenie z powodu „złamania umowy o niekonfrontacyjnym charakterze wyborów". Jednak to właśnie ona notorycznie sięgała w grze wyborczej po brudne chwyty.

Rutyna i agresja PZPR

Kampania PZPR prowadzona była nieudolnie i bez polotu. Dominowała urzędowa rutyna: na spotkania i wiece ściągano partyjnych aktywistów, plakaty utrzymane były w konwencji pierwszomajowych dekoracji, sami kandydaci zaś starali się ukryć swoją przynależność do PZPR. Zabrakło nośnych haseł. Slogany takie jak „PZPR - my dotrzymujemy słowa", „PZPR - z nami pewniej", „PZPR - postęp i porozumienie" w uszach wyborców musiały brzmieć groteskowo. Jeszcze gorzej wypadały infantylne rymowanki: „Okazja nie byle jaka - głosuj na Grzesia Woźniaka", „Chcesz mieć posła bez usterek - kandydatem twym Tuderek". Poza tym partyjni agitatorzy nie potrafili uwolnić się od starych nawyków: ich wystąpienia bardziej przypominały referaty na plenum niż wiecowe mowy.

Brak charyzmy starano się zrekompensować agresją. Na łamy gazet wrócił język z czasów Gomułki, Gierka i stanu wojennego, powtarzano wszystkie zarzuty wysuwane dotąd przeciwko działaczom opozycji. Znów pisano o „anarchii", „wojnie psychologicznej", „określonych kołach na Zachodzie", „kreciej robocie Wolnej Europy", „nieodpowiedzialnym podburzaniu nastrojów", a przede wszystkich - o „dolarach z USA".

„Głosuj na mądrego bez wkładu dewizowego" - zachęcali dziennikarze „Trybuny Ludu", zapewniając czytelników: „my pracujemy za złotówki". W partyjnej publicystyce coraz częściej pojawiały się pogróżki. „Z okopów opozycji płyną bez przerwy postulaty wymierzone w porządek prawny, wojsko, milicję, służbę bezpieczeństwa" - ostrzegał organ KC w artykule pod niedwuznacznym tytułem „Czy grozi nam powtórka z historii?".

W nocy nieznani sprawcy metodycznie, ulica po ulicy, zrywali lub niszczyli afisze kandydatów opozycji. Mnożyły się przypadki zatrzymywania plakaciarzy „S" przez milicję. W sklepach i urzędach, w których umieszczono plakaty z Wałęsą, pojawiali się smutni panowie i przypominali, że „wypadki chodzą po ludziach". Opisy podobnych incydentów zawierał niemal każdy numer „Gazety Wyborczej".

Nic dziwnego, że opozycja nie bardzo chciała wierzyć w dobre intencje i słowność partyjnych przywódców. Na kilka dni przed wyborami w Komitecie Obywatelskim zaczęto ustawiać komputery z oprogramowaniem przeznaczonym do liczenia głosów. Opozycja przygotowała własny system sprawdzania wyników, niezależny od Państwowej Komisji Wyborczej - mężowie zaufania „S" mieli telefonicznie przekazywać rezultaty ze swoich obwodów natychmiast po przeliczeniu wszystkich kart. „Nie będzie cudu nad urną", pisała „Gazeta Wyborcza".

Alert dla partii

Teraz rozpoczęło się wielkie czekanie. Głosowanie przebiegło w spokojnej atmosferze, niektórzy niepokoili się tylko, czy padający deszcz nie odbije się na frekwencji. W lokalach ustawiały się kolejki, wiele osób na długo znikało za kotarą. „Kreślą listę krajową" - cieszyli się sympatycy opozycji.

Tomasz Gąsowski, działacz krakowskiej „S", napisał we wspomnieniu: „Pierwsze rezultaty głosowania w tzw. obwodach zamkniętych (szpitale, domy opieki etc.) oraz najmniejszych okręgach wiejskich odbieraliśmy nie tylko w ogromnym napięciu, ale i - nie ma co ukrywać - z niedowierzaniem. Gdy po paru godzinach okazało się, że wszystkie są do siebie bliźniaczo podobne, ustąpiło ono zbiorowemu entuzjazmowi. Gorączka wyborczej nocy udzieliła się bez wyjątku wszystkim, którzy w liczbie dwudziestu kilku osób tłoczyli się w ciasnych pomieszczeniach naszego sztabu. Rezultaty głosowania, jakie napłynęły w pewnym momencie z koszar wojskowych, dawały niczym niezachwianą pewność ostatecznego sukcesu. Nasi kandydaci mieli mandaty w kieszeni. W głosie Jurka Zdrady, który przebywał z nami do rana, słychać było dobrze wyczuwalne odprężenie. Nim słońce wzeszło, byliśmy całkowicie pewni zwycięstwa".

Nie mniej gwałtowne emocje przeżywali tego ranka działacze PZPR. „Pamiętam doskonale dzień 5 czerwca 1989 r. - napisał we wspomnieniach Wojciech Wiśniewski. - Był to poniedziałek. W oczekiwaniu na wynik wyborów kierownictwo partii zwołało naradę centralnego aktywu partyjnego i rządowego w gmachu KC. Przewidywano zwycięstwo i zamierzano od razu na gorąco zastanowić się nad nowymi kierunkami działania. Spotkanie było zaplanowane na godzinę dziewiątą rano. Zanim jeszcze wypełniła się sala, na korytarzach wśród gromadzących się osób słychać było szepty: »Katastrofa - nikt nie przeszedł - klęska - Czarzasty [sekretarz KC] zawalił - co teraz będzie...«. Po długim wyczekiwaniu, grubo po dziewiątej, wszedł w końcu na salę premier Rakowski w towarzystwie sekretarzy KC (towarzysz Jaruzelski, co rzucało się w oczy, bo to on był przecież pierwszym sekretarzem, gdzieś zniknął) i grobowym głosem oznajmił: »Towarzysze, wybory wypadły źle, ogłaszam alert dla partii!«. Po czym opuścił salę".

Sam Rakowski tak opisał ten dzień w osobistym dzienniku: „Posiedzenie rozszerzonego Sekretariatu KC. Miny towarzyszy niewesołe. Od rana wiadomo, że wybory zakończyły się naszą klęską. Nikt z naszych kandydatów na senatorów nie przeszedł. Wojciech Jaruzelski - wyniki są bardzo złe; szybko opracować formułę oceniającą wyniki wyborów (kwestia interpretacji); trzeba ustalić dzień posiedzenia BP (proponuje jutro); jutro też spotkanie z sekretarzami KW. Konieczne jest pilne spotkanie Komisji Porozumiewawczej. Trzeba ustalić, na kiedy zwołać plenum KC. Zaleca jeszcze dziś telekonferencje. Nawiązać kontakt z Kościołem po to, by w sposób dramatyczny przedstawić sytuację".

Co za wyniki!?

Już wstępne, nieoficjalne rezultaty pokazywały, że „S" zwyciężyła w wielkim stylu, władza zaś poniosła klęskę, której nie przewidziała w najczarniejszym ze snów. Z poufnych analiz sporządzanych w KC wynikało przecież, że partia bez problemu wprowadzi swoich kandydatów do parlamentu, a nawet odbierze opozycji część mandatów. Zygmunt Czarzasty niepokoił się wręcz, czy porażka „S" nie będzie zbyt dotkliwa.

Opublikowany po kilku dniach komunikat BP informował lakonicznie: „I tura wyborów nie była pomyślna dla partii, dla koalicji. Nie ma jeszcze wystarczających danych, by wnikliwie ocenić wszystkie przyczyny takiego wyniku. Wstępna analiza wskazuje, że jest on następstwem złożonego splotu czynników politycznych, gospodarczych, historycznych i psychologicznych".

W I turze opozycja zdobyła 160 ze 161 zakontraktowanych dla niej miejsc w parlamencie i 92 fotele senatorskie. Koalicja rządząca zdołała wprowadzić zaledwie trzech posłów z okręgów i dwóch z listy krajowej - na resztę zarezerwowanych mandatów musiała czekać do II tury. Upokarzająca dla władzy była konieczność zmiany ordynacji, by ocalić miejsca na liście krajowej - zajmowane przez polityków z samego jądra władzy.

Radość opozycji zmącona była niską frekwencja - tylko 62 proc. - ale także lękiem o konsekwencje własnego sukcesu. W instrukcjach dla lokalnych komitetów zalecano unikać triumfalizmu. „Z dzisiejszego punktu widzenia to nasze asekuracyjne myślenie wydaje się przesadne - mówił później Bronisław Geremek. - W roku 1989 wiedzieliśmy jednak, że dla komunistów akt wyborczy nie znaczy wiele. Nie takie rzeczy zdarzało się komunistom przekreślać. W ich naturze leżała pogarda dla »demokracji formalnej«. Wciąż pamiętaliśmy, że rezultatem naszego sukcesu wyborczego musi być - wcześniej czy później - przewrót ustrojowy. A na groźbę przewrotu odpowiada się kontrprzewrotem. Cały czas mieliśmy poczucie, że żyjemy z dnia na dzień, że wszystko może się w każdej chwili rozlecieć jak domek z kart. Obowiązkiem naszym było więc przygotowanie się na różne scenariusze".

Ponurym memento były doniesienia z Chin. W tym samym dniu, w którym w Polsce wyborcy odrzucili komunizm, władze w Pekinie dokonały masakry protestujących studentów. Makabryczne doniesienia przez kolejne dni zajmowały połowę pierwszej strony w „Gazecie Wyborczej" - obok komunikatów o zwycięstwie „S".

8 czerwca doszło do pierwszego po wyborach spotkania przywódców partii i opozycji. Gen. Kiszczak pogratulował przeciwnikom wyborczego sukcesu i jednym tchem zwalił na nich winę za niepowodzenie PZPR („Opozycja przyjęła taktykę zmierzającą do przekształcenia wyborów w plebiscyt, w swoiste referendum przeciwko koalicji"). Podniesionym głosem pytał: „Co sobie myślicie: kontrakt polityczny chcecie zerwać, system chcecie zmienić, władzę przejąć chcecie, rząd chcecie obalić?". O unieważnieniu wyborów nie było jednak mowy.

Działacze „S" (być może oddychając z ulgą) zapewnili, że respektują ustalenia Okrągłego Stołu i nie zamierzają naruszać istniejącego układu politycznego - w każdym razie do czasu następnych wyborów przewidzianych na 1993 r. Trzy miesiące później powołano rząd Tadeusza Mazowieckiego. Sześć miesięcy później z konstytucji zniknęły słowa „socjalizm", „Polska Rzeczpospolita Ludowa" i „przewodnia rola partii". Siedem miesięcy później rozwiązano PZPR.
 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj