Barykady ciągle stoją
Spór o Powstanie Warszawskie toczy się od 1944 r. i – jak podobne debaty na temat kluczowych momentów w dziejach Polski – zawsze będzie otwarty. Bo każde pokolenie wchodzi do tej rzeki w innym momencie.
Musiał to być rok śmierci Stalina, gdy – mając osiem lat – po raz pierwszy usłyszałem od ojca, że nasz stryj zginął w Powstaniu Warszawskim. Mieszkaliśmy we Wrocławiu i w szkole nigdy o czymś takim nie słyszeliśmy. O kościuszkowskim było głośno. O listopadowym ciszej. O styczniowym – tyle, co z odczytu o malarstwie Grottgera.

Dla urodzonego w 1945 r. druga wojna światowa była abstrakcją, choć otaczały nas ruiny. Obowiązkowa lektura opowieści „O człowieku, który się kulom nie kłaniał” spływała jak po kaczce. Dzięki temu, że rodzice pilnowali się, by swojej wojennej traumy nie przerzucać na dzieci. Do świadomości ucznia peerelowskiej podstawówki wojna zaczęła docierać dopiero po Październiku 1956 r. wraz z „Czarnymi skrzydłami nad Polską” Skalskiego, „Dywizjonem 303” Fiedlera, „Torpedą w celu” Romanowskiego, a przede wszystkim „Kamieniami na szaniec” oraz „Zośką i Parasolem” Aleksandra Kamińskiego. Potem telewizyjna fikcja „Czterech pancernych” i „Klossa” nie była już w stanie przesłonić poczucia dumy z udziału polskich lotników w dywizjonach RAF, marynarzy małej floty w konwojach do Murmańska czy pancerniaków Maczka w bojach we Flandrii i żołnierzy II Korpusu we Włoszech.

Kolumbowie rocznik 20

Problemem było Powstanie Warszawskie. Nie dlatego, że tak przedstawiała je propaganda. W końcu nasze dojrzewanie przypadało – jak pisał Bohdan Zadura – na gomułkowskie „lata spokojnego słońca”. Wtedy żołnierzy Armii Krajowej nie nazywano już „zaplutymi karłami reakcji”. Jej dowódców nie skazywano na śmierć za rzekomą współpracę z Niemcami. Tych, którzy przeżyli stalinowskie represje, zrehabilitowano. A żołnierzom Powstania wystawiano świadectwo ofiarności i patriotyzmu. Więcej: Mieczysław Moczar, szef bezpieki i antygomułkowskiej frakcji tzw. partyzantów, przerzucał most między tymi z AK i tymi od Berlinga. Że niby wspólnie walczyli o Polskę.

Taką tezę w „Czterdziestym czwartym” nachalnie głosił pułkownik Zbigniew Załuski. A Roman Bratny, były żołnierz AK i autor rozrachunkowego bestsellera o wojennych i powojennych losach powstańców warszawskich – „Kolumbowie rocznik 20” – jawnie przystąpił do dworu bezpieczniackiego zakapiora. Obaj z pasją zwalczali „szyderców” – Wajdę, Munka, Mrożka – za krytykę bohaterszczyzny i groteskową prezentację polskiego zezowatego szczęścia...

Do nas lub raczej do mnie – od 1955 r. warszawiaka – te spory jeszcze nie docierały. Jednak Powstanie było problemem. Nie tylko dlatego, że nastolatkowi trudno się było uporać z jego klęską, której nie łagodziły hasła o „świadectwie oporu” i „moralnym zwycięstwie” zwyciężonych. O tym, że klęska nie była abstrakcją, przekonywał mnie starannie zaprasowany pusty rękaw marynarki wujka Steńka. Przestrzeloną na Żoliborzu rękę amputowano mu w powstańczym szpitalu, gdy miał 15 lat.

W ZHP, odtworzonym w 1957 r., czuliśmy się spadkobiercami Szarych Szeregów. Z „Kamieniami na szaniec” chodziliśmy po Warszawie śladami „Zośki” i „Parasola”. Jednak były to ślady klęski, którą zakrzykiwaliśmy buńczucznym: „choć na Tygrysy mamy Visy”. Mój własny „Marsz Mokotowa” nie był jednak już tak zadziorny, gdy dowiedziałem się, że babka z okna swego mieszkania przy ul. Puławskiej codziennie oglądała miejsce, w którym 26 września 1944 r. własowcy rozwalili stryja Bogusia. „Jaksa” wraz z innymi niedobitkami „Baszty” nie szedł wtedy „pod rękę przez cały Mokotów”, lecz – wycofując się kanałami – wyszedł przez niewłaściwy właz. Może dlatego tak trafił do nastolatka zarówno „Kanał” Andrzeja Wajdy, jak i jego „Popiół i diament”. Przerażał zakratowany labirynt historii i dramat znerwicowanego Maćka Chełmickiego, a nie kulawego komunisty Szczuki. W Wajdzie nie widzieliśmy szydercy, lecz nauczyciela polityki realnej. Budził współczucie dla pokolenia ojców, ale też niejasne przekonanie, że z tego polskiego labiryntu musi być jakieś inne wyjście niż poprzez gruzy stolicy, zagładę dorobku pokoleń i „strzelanie diamentami” do wroga.

W przekonaniu, że nie tędy droga, umacniały nas nie tylko gorzkie wiersze Tadeusza Różewicza i los Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, lecz przede wszystkim atmosfera polskiego Października. To było nasze pierwsze, niejasne jeszcze, poczucie polskiego sukcesu. Nawet dzieciak wyczuwał wówczas napięcie i ulgę, że Gomułka stawił czoła Chruszczowowi; odczuwał też solidarność z Węgrami, dla których jesienią 1956 r. warszawiacy oddawali krew. Dwunastolatek nie łączy faktów, ale odbiera nastrój. Te epizody zapadały w pamięć dlatego, że na koloniach letnich w Międzywodziu nakładały się na opowieści chłopaków z Poznania o strzelaninie także w ich mieście.

Peerelowskie kolonie i obozy harcerskie uczyły jeszcze tego, że Polska jest bardzo różna, że krakowiacy, Ślązacy czy bydgoszczanie wcale nie żyją tym samym co warszawiacy. My już byliśmy przyzwyczajeni do powstańczej aury Warszawy, którą co roku można było dostrzec na Zaduszki, jako krwawą łunę znad kwatery akowców na Powązkach. Koledzy spoza Warszawy słuchali o tym zwykle jednym uchem. Byliśmy zaskoczeni, że ta nasza powstańcza legenda jest tak przygnębiająco lokalna. Dopiero w latach 70. wieloletni dyrektor bydgoskiej filharmonii Andrzej Szwalbe tłumaczył mi, że na Kujawach niepodobna dobrze wystawić „Kordiana” i „Noc Listopadową”, bo heroiczny kanon powstańczy nie przystaje do tamtejszej mentalności. Wtedy zresztą wiedziałem już z eseistyki Kazimierza Wyki i opowieści Andrzeja Ziemilskiego, że zimą 1944–45 r. w Krakowie niechętnie przyjmowano niedobitków z Warszawy, sarkając, że i tam spowodują zniszczenie miasta.

Czytelnicy „Pamiętnika z Powstania Warszawskiego” Mirona Białoszewskiego wiedzieli, że również w Warszawie nastroje wcale nie były takie, jak nam się wydawało na podstawie młodzieńczych lektur. Powstańców wspierano, ale też miano do nich pretensje za bezsilność wobec zagłady miasta. Białoszewski był lekturą dla dorosłych, zmuszał do chłodnego rozważania za i przeciw, do kalkulacji zysków i strat, do przypisania odpowiedzialności za skutki uboczne błędnych decyzji.

Polskie drogi

Powstanie przestawało być patriotycznym fajerwerkiem, a stawało się dramatem na miarę antycznej tragedii. Kto z nas w latach późnego Gomułki i wczesnego Gierka miał oko i ucho, ten sięgał do debat z pierwszych lat powojennych. I odkrywał, że wokół Powstania od początku toczył się zasadniczy spór, którego najlepszym symbolem był pierwszy numer „Tygodnika Powszechnego” z dwoma tekstami: za i przeciw. I nawet nie chodziło w nich o to, kto w 1944 r. miał historyczną rację: Londyn czy Lublin, lecz o polskie losy, między oporem a przetrwaniem, otwartą walką a ratowaniem biologicznej i materialnej substancji narodu.

W tych samych czasach Gierka, gdy telewidzowie za najbardziej sympatyczną postać „Polskich dróg”, serialu o życiu codziennym w czasie okupacji, uznali Kurasia, apolitycznego handlarza, dorabiającego się na czarnym rynku, trochę kolaborującego z Niemcami, trochę współpracującego z ruchem oporu, czytelników tygodników kulturalnych zelektryzowała książeczka Tomasza Łubieńskiego „Bić się czy nie bić”. Autor w równie efektowny, co subtelny sposób odsłaniał straszliwe koszty tradycji powstańczej. Wprawdzie szkic o Powstaniu Warszawskim cenzura zatrzymała, ale czytelnik domyślał się, że główna teza Łubieńskiego dotyczy zarówno 1944 r., jak i niedalekiej przyszłości – czy Polacy jeszcze raz mają się porywać z motyką na słońce, powtarzając zbrojny zryw, czy jednak dokonać krytycznego bilansu strat poprzednich powstań i zmienić paradygmat wybijania się na niepodległość?

Solidarność była kontynuacją i zarazem zaprzeczeniem. Młodzi opozycjoniści z końca lat 70. tak dalece swym stylem bycia przypominali młodzież akowską, że Tadeusz Konwicki miał wrażenie, iż oto wraca jego własna młodość. Z drugiej jednak strony – ten ogromny ruch przyjął zasadę samoograniczenia, która wykluczała kolejne powstanie. Toteż mimo skrytobójstw SB w stanie wojennym, ze środowiska Solidarności nie wyszły żadne akty terrorystyczne.

Zaś Okrągły Stół w 1989 r. był nie tylko cofnięciem akcji polskiego powojennego dramatu przed stan wojenny, lecz również przed wojnę domową lat 40., kiedy to po katastrofie Powstania Warszawskiego okazało się, że alianci zachodni nie są w stanie ochronić suwerenności Polski, zajmowanej przez prącą na zachód Armię Czerwoną i amputowanej na wschodzie przez Stalina.

Od lat 70. również pokolenie powojenne już dość dobrze znało geopolityczne uwarunkowania polskiego dramatu w czasie II wojny. Kto nie miał dostępu do paryskiej „Kultury”, ten dowiadywał się co nieco z Wolnej Europy. A od 1977 r. – z drugiego obiegu. „Zniewolony umysł” Czesława Miłosza przewracał nam do góry nogami peerelowską harmonię przedustawną polskiej historii, a „Kurier z Warszawy” Jana Nowaka-Jeziorańskiego burzył ślepą dumę z oporu zbrojnego za wszelką cenę.

Miłosz, pokazując złamane kręgosłupy czterech znanych pisarzy, odsłaniał ten fragment polskich losów, których my – z powodu łaski późnych urodzin – nie znaliśmy; traumę po klęsce 1944 r., która niejednego z akowców popchnęła do wyparcia się nie tylko ideałów młodości, ale i kolegów wywożonych do gułagu. Jednak „Umysł” czytany ćwierć wieku po stalinizmie mógł pozostawić niedosyt. Znając późniejsze biografie starszych kolegów, na własną rękę musieliśmy dopowiadać sobie, czy przejście po klęsce 1944 r. z AK do PPR było wynikiem oportunizmu, olśnienia marksistowskimi „prawidłowościami historycznymi”, czy wreszcie – jak u Marii Dąbrowskiej – sceptyczną akceptacją nowych realiów? Ale to Nowak-Jeziorański pozwalał wniknąć w realia. Przed wyprawą do Londynu w 1944 r. rozmawiał z przywódcami państwa podziemnego. W Londynie konferował z prezydentem, premierem i wodzem naczelnym rządu emigracyjnego. Poznał rzeczywisty stosunek aliantów do sprawy polskiej. I wrócił do Warszawy tuż przed Powstaniem, by przekazać dowództwu AK wiadomość, że nie ma szans na wsparcie Zachodu. I był przy dowództwie do końca. Jego relacja wspiera tych, którzy mieli wątpliwość co do słuszności Powstania – przed jego wybuchem, w trakcie i po upadku...

Ten spór toczy się od 1944 r. i – jak podobne debaty na temat tak kluczowych momentów w dziejach Polski: rozbiory, stracone szanse – zawsze będzie otwarty. Tyle że każde pokolenie wchodzi do tej rzeki w innym momencie. Politycy II RP, a także Kolumbowie, prowadzili ten spór w czasie realnym. Włączyć się czy nie do konspiracji? Wydać rozkaz czy nie? A po wojnie: czy nasz wybór był trafny? I jakie wnioski wynikają z naszej klęski?

W tym sporze nie chodziło tylko o wyważenie politycznych racji. Kto ma jakie zasługi i kto jest winien katastrofy stolicy? Hitler i Stalin, to pewne. Ale czy tylko oni? A alianci, którzy pozostawili polskiego sojusznika sam na sam z tymi dwoma, którzy już w 1939 r. podzielili się między sobą polskim łupem? A co z odpowiedzialnością dowództwa, które podjęło decyzję o Powstaniu – zaledwie przewagą jednego głosu – znając losy AK po zajęciu Wilna i Lwowa przez Rosjan oraz wiedząc, że nie będzie wystarczającego poparcia z Zachodu? A co z odpowiedzialnością dowódców liniowych, którzy wiedzieli, jak słabo uzbrojonych i wyszkolonych żołnierzy rzucają na niemieckie bunkry?

Strażnicy narodowej pamięci

W PRL spór o Powstanie był również sporem o to, kto jest prawowiernym strażnikiem narodowej pamięci – ugodowcy czy nieprzejednani. W połowie lat 80. toczył się on już otwarcie na ulicach Warszawy, gdy harcerze dwóch różnych organizacji zbierali pieniądze na dwa konkurencyjne pomniki. Jeden miał powstać na placu Bohaterów Warszawy – i szybko okazał się kazionny. Drugi na placu Krasińskich – i ten okazał się słuszny. Opryskliwe reakcje przechodniów na potrząsanie niewłaściwą puszką było dla jednego lub drugiego piętnastolatka, także uważającego się za następcę Alka, zimnym prysznicem i lekcją realnej wojny o pamięć.

Po 1989 r. debaty wokół Powstania nabrały nowego impetu. Ale teraz nie były już kryptonimem egzystencjalnego pytania: co robić?, lecz sporu o narodową tożsamości i roszczenia wobec sąsiadów. Najpierw była próba odbrązowienia mitu Powstania. W 1994 r. „Gazeta Wyborcza” wywołała burzę raportem Michała Cichego o antysemityzmie niektórych oddziałów powstańczych, które wyłapywały Żydów ukrywających się po stronie aryjskiej. Autorowi zarzucono, że w ferworze krytycznego rozrachunku z przeszłością pokalał ikonę polskiej ofiary całopalenia. W istocie Cichy dotknął rany piekącej niejednego warszawiaka od grudnia 1970 r., kiedy to Willy Brandt uklęknął przed pomnikiem Bohaterów Getta, a nie przed Warszawską Nike.

Ten uraz znalazł swe potwierdzenie latem 1994 r., gdy prezydent Niemiec, w przededniu wyjazdu na 50 rocznicę Powstania, pomylił je z powstaniem w getcie (znamienne, że jedno piszemy z dużej, a drugie z małej litery). Dziś mało kto pamięta, że Roman Herzog nie tylko się skorygował, ale i w czasie uroczystości na placu Krasińskich wypowiedział słowa, na które warszawiacy czekali pół wieku: „Proszę o wybaczenie za to, co Niemcy wam wyrządzili...”. Mimo to dziesięć lat później prezydent Warszawy Lech Kaczyński wystawi Niemcom rachunek za zniszczenie Warszawy i zachowa się tak, jakby to dopiero od niego świat dowiadywał się o Powstaniu Warszawskim. W 2004 r. otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego będzie faktycznym początkiem kampanii prezydenckiej, pomyślanej jako konfrontacja z Niemcami – odwiecznym wrogiem.

Jednak o polskim zrywie z sierpnia 1944 r. świat dowiedział się nie od Lecha Kaczyńskiego, lecz od Normana Daviesa, który swym „Powstaniem 44” wystawił polskiemu ruchowi oporu hagiograficzny pomnik, a sprzymierzonym – akt oskarżenia o zdradę Polski na rzecz silniejszego partnera na wschodzie, jakim był ZSRR. Trudno powiedzieć, czy Davies zmienił w krajach anglosaskich stosunek do Powstania. W zachodniej pamięci II wojny światowej było ono długo spychane w niepamięć – zresztą jak cały polski wkład w walkę z III Rzeszą. Z wyrzutów sumienia i dla wygody. Na moje pytanie, czy w latach 1944–45 Zachód zdradził Polskę, Henry Kissinger odpowiedział, że tak by tego nie nazwał, bo taka była polityka realna, a Amerykanie i Anglicy nie mieli możliwości przeciwstawić się Stalinowi w sytuacji, gdy to armia radziecka brała na siebie główny ciężar walk z III Rzeszą.

To samo od Anglików słyszał wiosną 1944 r. Jan Nowak-Jeziorański. Stąd wieloletnia cisza wokół dramatu Warszawy, który nie wpłynął na losy wojny, ale przypominał o przehandlowaniu przez Zachód Europy Wschodniej za utrzymanie Stalina w koalicji antyhitlerowskiej. Bo przecież po Stalingradzie teoretycznie możliwy był kolejny pakt Ribbentrop-Mołotow.

Również w podzielonych Niemczech długo tłumiono pamięć o Powstaniu Warszawskim. W RFN amnezji sprzyjało to, że Polska znajdowała się za żelazną kurtyną i kojarzyła się głównie z wypędzeniami Niemców, a nie z niemieckimi zbrodniami, których sprawcy – jak Reinefarth – byli teraz obywatelami Republiki Federalnej. Natomiast w NRD polską Akcję Burza prezentowano jako perfidny spisek polskich nacjonalistów, którzy za poduszczeniem Anglii chcieli przywrócić w Polsce rządy obszarników i burżuazji, hamując wyzwoleńczy marsz armii radzieckiej, która samotnie zmagała się z faszyzmem. Taki był sens wydanej w 1954 r. powieści Wolfganga Schreyera „Unternehmen Thunderstorm” (angielska nazwa „Burzy” miała podkreślić agenturalną rolę AK). Autor był w czasie wojny żołnierzem Wehrmachtu, a w NRD wziętym autorem propagandowych powieści sensacyjnych.

W równie antypatycznym tonie naszkicował Powstanie Warszawskie Rainer Kerndl, w czasie wojny wierzący członek Hitlerjugend, potem kierownik działu kulturalnego „Neues Deutschland” (organ prasowy wschodnioniemieckich komunistów). W kuriozalnej sztuce „Dziwna podróż Alojzego Paluszka”, granej przez lata w teatrach niemal wszystkich większych miast NRD, prowadził swego bohatera, Niemca z Lubelszczyzny, poprzez kolejne stacje antyhitlerowskiego ruchu oporu. Alojz był w polskiej partyzantce, pomagał Żydom walczącym w getcie, jednak odmówił udziału w fałszywym, bo „pańskim” Powstaniu Warszawskim. A spokojną przystań znalazł dopiero w NRD. Tak propagandowej tandety nie było chyba nawet w ZSRR, gdzie w potocznej pamięci wojny Powstanie Warszawskie pokrywał mur milczenia. W klasycznej piosence Utiosowa z lat 40. o marszu Armii Czerwonej na Berlin Warszawy nie ma. Żołnierze radzieccy wyzwalają Smoleńsk, Brześć, Lublin, a potem już od razu Berlin...

Kamienie na szaniec

Również na europejskiej mapie pamięci II wojny światowej Powstanie Warszawskie długo było pomijane. Symbolami zbrodni na ludności cywilnej stały się masakry o wiele mniejszych rozmiarach, ale o bardziej wyrazistych konturach: Oradour, Lidice. Natomiast symbolem najbardziej zaciekłych walk miejskich stał się Stalingrad, jako bitwa, która zadecydowała o losach wojny. Barbarzyńskie tłumienie Powstania w Warszawie wymknęło się tak plakatowej prezentacji.

Pewnie dlatego, że z militarnego punktu widzenia Powstanie miało dla przebiegu II wojny znaczenie marginesowe. Zaś politycznie szybko zostało wytarte z pamięci zarówno przez aliantów zachodnich, jak i przez Moskwę. Ponieważ obie strony były współwinne polskiej katastrofy – Stalin przez swą bierność, Zachód przez bezsilność. Z kolei Niemcy, upokorzeni klęską i ujawnieniem hitlerowskiego ludobójstwa, którego symbolem stały się obozy zagłady, a nie planowe zniszczenie polskiej stolicy na zapleczu frontu, nie mieli żadnego moralnego klucza do rozpamiętywania swego ostatniego zwycięstwa. Toteż w europejskiej ikonografii symbolem zniszczenia Warszawy stały się raczej zdjęcia z września 1939 r.

Powstanie Warszawskie nie wryło się w niemiecką historiozofię XX w. Niemcom zresztą od początku wojny brakowało klucza do wpisania polskiego ruchu oporu do niemieckiej mitografii wojennej. Polenfeldzug (kampania wrześniowa) przez długi czas uchodził jedynie za Kavaliersdelikt (zachowanie niehonorowe). A okupowana Polska utkwiła w pamięci niemieckich landserów jako etap w podróży na front wschodni. Po wojnie Niemcom zajmującym się Polską imponował nie tyle polski opór militarny, ile sprawność w budowie państwa podziemnego, zwłaszcza szkolnictwa. Z kolei w polskiej pamięci opór cywilny ma dziś znaczenie drugorzędne.

Dopiero od niedawna pojawiają się zapiski żołnierzy niemieckich o Powstaniu. Znany z „Pianisty” Wilm Hosenfeldt (oficer Wehrmachtu, który pomógł Władysławowi Szpilmanowi), w listach do rodziny nazwał niszczenie Warszawy i mordowanie warszawiaków kamieniem nagrobnym niemieckiej polityki wschodniej. Zaś porucznik Stölten straceńczy opór polskich powstańców uważał za przykład dla Niemców, „jak należy umierać”, gdy niebawem padać będzie III Rzesza. Dość mizerne świadectwo zrozumienia tego, do czego sam przyłożył rękę...

O ile jednak w powojennej Europie Powstanie Warszawskie szybko stało się wypartym w podświadomość epizodem, o tyle w Polsce (i na emigracji) jego pamięć dotyka splotu słonecznego polskiej tożsamości. Zniszczenie stolicy. Wymordowanie 200 tys. mieszkańców. Strata najbardziej ofiarnej i świadomej młodzieży i elity przywódczej. Wszystko to nie pozwala na prostą heroizację czynu zbrojnego i wciąż budzi wątpliwości, czy jednak nie podjęto błędnej decyzji? I nie ma zgody wśród historyków. Norman Davies jest entuzjastą Powstania. Jan Ciechanowski – sceptycznym analitykiem. A Tomasz Łubieński – namiętnym przeciwnikiem.

Nierozstrzygnięty jest też spór o psychopolityczne konsekwencje. Teza powtarzana jak staccato przez Aleksandra Marka Rymkiewicza w „Kinderszenen”, że Powstanie uratowało tożsamość Polaków, jest równie palcem na wodzie pisana jak twierdzenie, że grzech zaniechania pomocy w czasie Powstania – obok Katynia i paktu Ribbentrop-Mołotow – był dla Kremla po śmierci Stalina ryglem moralnym, który nie pozwalał z Polakami postępować tak bezceremonialnie jak z Węgrami i Czechami. Być może. Bardziej przekonująca jest jednak teza, że 1944 r. zamknął ostatecznie cykl militarnych zrywów rozpoczętych w 1768 r. konfederacją barską i, w konsekwencji, katastrofą pierwszego rozbioru Polski. Ani w 1956 r., ani w 1980 r. nie pojawiła się pokusa powstańcza. Bo realną reakcją na klęskę Powstania było długofalowe „wybijanie się” PRL na niepodległość, poprzez oddolny nacisk społeczeństwa i stopniowe ustępstwa władzy pozbawionej demokratycznego nadania, a nie rzucanie kamieni na powstańcze szańce.

Na szczęście społeczeństwo polskie z klęski Powstania wyciągnęło naukę, jak żyć, a nie, jak umierać. I dlatego wreszcie odniosło sukces.


Legenda czy jej nadmiar? Jakie znaczenie dla pokolenia dzisiejszych 20, 30-latków ma Powstanie Warszawskie? Zapraszamy do dyskusji na forum!


Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj