szukaj
Wyższa zasada nienawiści
Pierwsza wojna zaczęła się tak jak druga - w trakcie wakacyjnych upałów. I tak jak wojny poprzedniego stulecia - od wymiany stosownych not między panami we frakach.
Kartka pocztowa z symboliczną Europą z 1914 r. Fot EAST NEWS

Kartka pocztowa z symboliczną Europą z 1914 r. Fot EAST NEWS

Żołnierze brytyjscy obsługujący karabin maszynowy Vickers. Źródło Wikipedia
Wikipedia

Żołnierze brytyjscy obsługujący karabin maszynowy Vickers. Źródło Wikipedia

Stefan Zweig, austriacki powieściopisarz, frankofil i jeden z niewielu pacyfistów owej epoki, spędzał właśnie urlop w Belgii. Powagę sytuacji zrozumiał dopiero w chwili, gdy na nadmorskiej promenadzie zobaczył zmobilizowanych Belgów i ich karabiny maszynowe – a był to wówczas bardzo ciężki sprzęt – ciągnięte przez psy. Nie było mu do śmiechu: wraz z innymi turystami z państw, które z dnia na dzień stały się tzw. państwami centralnymi, zdążył jeszcze na pociąg do Niemiec. Tej wojny, której potem się wypierano, w istocie chciały wszystkie strony. Cała Francja żyła pragnieniem odzyskania Alzacji i Lotaryngii, utraconych w 1871 r. na rzecz Niemiec. Niemcy natomiast domagali się „swojego miejsca pod słońcem”; obejmowało ono wiele brytyjskich i francuskich kolonii, praktycznie całą Europę Środkową oraz Ukrainę i ewentualnie państwa nadbałtyckie.

 

Przede wszystkim jednak Niemców zżerało pragnienie, aby stać się najpotężniejszymi na świecie. Od zjednoczenia ich ojczyzny przez Bismarcka niemiecka gospodarka, technika i nauka prześcignęły wszystkie kraje europejskie, a mimo to Anglicy i Francuzi wciąż mieli się za lepszych od nich i panoszyli się w swych olbrzymich koloniach. Cesarz Wilhelm II – pełen, jak się wydaje, rozmaitych kompleksów – nie mógł ścierpieć, że międzynarodowa arystokracja wciąż wolała odwiedzać Paryż niż Berlin. Aby ostatecznie zaimponować światu, zainicjował gigantyczny program budowy floty morskiej, najdroższego wówczas rodzaju broni, pozwalającego atakować odległe kontynenty.

Rosja chciała zjednoczyć pod swoją władzą wszystkich Słowian i prawosławnych. Aby tego dokonać, należało jednak zabrać Austro-Węgrom oraz Niemcom szmat ziemi (w tym wypadku: polskiej), a na dodatek odebrać Turkom Stambuł, ponieważ tam narodziło się prawosławie. Włosi domagali się ziem zamieszkanych przez Włochów, rządzonych jednak przez Habsburgów: południowego Tyrolu, Istrii i Dalmacji, gdzie większość stanowili wprawdzie Słoweńcy i Chorwaci, ale jako narody niecywilizowane nie byli brani pod uwagę. Japonia pragnęła – po wypchnięciu Rosjan z Chin i zawarciu sojuszu z Anglią – słabo bronionych posiadłości Niemiec w Chinach i na Pacyfiku.

Dwa śmiertelne strzały

Z wielkich mocarstw właściwie tylko Austro-Węgry nie pragnęły podbijać niczyich ziem. Te, które wraz z zamieszkującymi je narodami już wchodziły w skład monarchii, sprawiały jej tyle kłopotów, że myśl o włączeniu w tę konstrukcję jeszcze jednego niepokornego ludu głęboko niepokoiła wiedeńskich polityków. Ich ambicje zaspokoiła aneksja w 1907 r. Bośni-Hercegowiny, którą zarządzali już od 1878 r. Aneksja ta stanowiła poważny cios dla Serbii, niewielkiej, ale bardzo pragnącej się powiększyć właśnie o Bośnię, zamieszkiwaną w znacznym stopniu przez Serbów.

Austriacy świadomi, że Serbowie i Włosi czyhają na ziemie, będące w ich posiadaniu, szykowali się – jak wszyscy, tylko nieco niemrawo – do wojny. Energiczni sztabowcy doradzali, żeby zaatakować w dogodnym momencie. Okazało się nim upalne lato 1914 r., a pretekstu dostarczył zamach terrorystyczny. 28 czerwca austriacki następca tronu z małżonką wizytowali Sarajewo. Podczas przejazdu przez miasto serbski zamachowiec z organizacji Czarna Ręka, powiązanej z Belgradem, rzucił w kierunku arcyksiążęcej pary bombę, która raniła jednego z oficerów ze świty arcyksięcia. Samochód z dostojnymi gośćmi pognał w stronę siedziby lokalnych władz, gdzie arcyksiążę zrugał ogłupiałych miejscowych notabli i zażądał, aby zawieźć go do szpitala, w którym przebywał ranny oficer. Niełatwo jednak było zawrócić arcyksiążęcą limuzynę na ulicy otoczonej wiwatującym tłumem. Stojący w pierwszym rzędzie drugi zamachowiec, Gavrilo Prinčip, miał dostojną parę przed nosem, unieruchomioną na tylnym siedzeniu kabrioletu. Oddał dwa śmiertelne strzały.

Casus belli

Śmierć arcyksięcia początkowo wydawała się jedynie kolejnym kryzysowym incydentem. Jednak tygodnie, które nastąpiły po strzałach w Sarajewie, nie należały do dyplomatów, lecz do rozgorączkowanych tłumów, których gniew skutecznie podgrzewała prasa. Dyplomaci musieli zareagować stosownie do panujących nastrojów, czyli twardo. Nie istniały jeszcze sondaże opinii publicznej, istniały tylko gazety i tłumy na ulicach Wiednia, Berlina i innych niemieckich miast, skandujące „Precz z Serbią!”. Demonstracje wywołały pokojowe kontrdemonstracje, o wiele jednak słabsze, a poza tym organizowane przez socjalistów, a więc poniekąd antyrządowe. Ludzie zamożni, których stać było na urlop, porozjeżdżali się do wypoczynkowych kurortów.

Dopiero 23 lipca Austro-Węgry przedstawiły Serbii ultimatum, którego nieprzyjęcie miało stanowić casus belli. W ultimatum zawarto wyniki własnego śledztwa w sprawie zamachu, wskazujące na Czarną Rękę i serbski wywiad oraz żądanie prawa do kontynuowania tegoż śledztwa na terenie Serbii, ale pod austriacką jurysdykcją. Żona austriackiego ministra spraw zagranicznych wspominała potem, że jej mąż całą noc po dostarczeniu ultimatum nie mógł spać zamartwiając się, czy aby zostało sformułowane w sposób dostatecznie obraźliwy dla Serbów.

 

Mimo poparcia Niemiec, rząd monarchii wciąż jednak nie był pewien, czy na pewno chce tej wojny; ostateczna decyzja należała do 84-letniego cesarza Franciszka Józefa. Austro-węgierski, a potem także i polski minister finansów Leon Biliński udał się więc do cesarskiego pałacyku myśliwskiego w Bad Ischl, aby upewnić się, że cesarz jest świadomy, iż wojna z Serbią grozi także wojną z jej sojuszniczką i protektorką Rosją. W przeciągu tygodnia Austro-Węgry i Niemcy z jednej oraz Rosja, Francja, Wielka Brytania, Serbia i Belgia z drugiej strony znalazły się w stanie wojny.

Jak się miało okazać, ani Franciszek Józef, ani nikt inny nie zdawał sobie sprawy, jaka to miała być wojna. W sierpniu 1914 r. wojenny entuzjazm ogarnął wszystkie stolice walczących państw; także socjalistyczna opozycja uległa patriotycznemu uniesieniu, zjednoczona z rządami, jak miał to ująć Winston Churchill, wyższą zasadą nienawiści. Niemiecki kanclerz Bethmann-Hollweg wspominał potem, że kiedy Wilhelm II miał przemówić do tłumu, oszalałego ze szczęścia na wieść o wybuchu wojny austriacko-serbskiej, obawiał się, że ekscentryczny cesarz może zacząć nawoływać do opamiętania i spowodować rewolucję. Pierwszego sierpnia przed Feldherrnhalle w Monachium demonstrował, wraz z tysiącami rodaków, 25-letni Adolf Hitler. Obie strony traktowały wojnę jako konflikt ideowy i moralny i obie wyobrażały sobie, że będzie to wzniosłe przeżycie dla jego uczestników. Obie uważały się za zmuszone do wojny.

Anglicy i Francuzi walczyli w imię „wolności”, Niemcy w imię „kultury”, wszyscy bronili narodowego honoru. Przede wszystkim jednak tysiące europejskich intelektualistów oraz setki tysięcy ich wychowanków wierzyły, że wojna zjednoczy ich narody i dzięki aktowi zbiorowego poświęcenia stanie się zarzewiem duchowej odnowy, przezwyciężenia społecznych i politycznych podziałów oraz ogólnej miałkości i pospolitości dnia powszedniego w czasach pokoju. Zwłaszcza Niemcy wyobrażali sobie wojnę jako – jak to ujął poeta – „oczyszczającą, stalową kąpiel” i celowali w militarystycznych ideach, mglistych i podniosłych.

Na początku wojny także Francuzi wyobrażali sobie, że będzie ona konfliktem tyleż realnym, co i moralnym, i po głębszym namyśle doszli do wniosku, że francuskiemu żołnierzowi nie godzi się nosić munduru w barwach ochronnych, gdy do dyspozycji miał czerwień i błękit – barwy narodowe. Naprzeciw dumnie rzucającym się w oczy błękitnym kurtkom i czerwonym spodniom stanęły jednak karabiny maszynowe i pola pierwszych bitew 1914 r. zamieniły się w kolorowe dywany, utkane z fantazyjnie ubranych poległych.

Bilans wojennej katastrofy

Czteroletnie zmagania przyniosły ponad 30 mln poległych i rannych, z których wielu nigdy nie odzyskało zdrowia, oraz bankructwo europejskiej gospodarki, która poziom z 1914 r. osiągnęła właściwie dopiero w latach 50. Po czterech latach walk nienawiść przygasła i Wielka Wojna nie była już, tak jak II wojna, postrzegana jako starcie dobrych ze złymi – skończyła się wielkim kacem moralnym obu stron. Historycy są na ogół zgodni, że zrodziła zarówno bolszewizm, jak i faszyzm – ruchy radykalnego sprzeciwu wobec starego porządku, który sprowadził na Europę wojenną katastrofę. To ta wojna, toczona w imię celów, które po latach nie wydawały się już nikomu warte gigantycznej ceny, jaką za nie zapłacono, skompromitowała w oczach wielu Europejczyków ideę wojny jako takiej i dała potężny impuls pacyfizmowi oraz idei zjednoczenia Europy. Potrzeba było jednak jeszcze jednej, aby do tych pomysłów przekonać również rządy.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj