szukaj
Odtrącone zaloty
Gdy w pierwszym roku kończącego się stulecia Wyspiański pisał „Wesele” – Polska była jedynie pojęciem geograficznym i historyczną notką w europejskich leksykonach. W ostatnim roku wieku jest nie tylko państwem wyraźnie zaznaczonym na mapie, lecz członkiem najsilniejszego sojuszu w dziejach. Ta perspektywa pozwala nieco inaczej spojrzeć nie tylko na Wrzesień 1939, ale i na cały tamten straszny rok.
Joachim von Ribbentrop i Józef Beck w Warszawie, styczeń 1939 roku.
Wikipedia

Joachim von Ribbentrop i Józef Beck w Warszawie, styczeń 1939 roku.

W 1939 r. Europa wypróbowywała wiele możliwych wariantów zarówno utrzymania pokoju, jak i wielkiej konfrontacji o hegemonię na kontynencie i w świecie. Polska była wówczas zarówno pionkiem w grze wielkich mocarstw, jak i aktorem wpływającym na bieg wydarzeń. Czy można było uniknąć katastrofy? Czy były jakieś lepsze warianty polskiej polityki, czy raczej wszystko musiało się odbyć tak, jak się odbyło, ponieważ Hitler i Stalin nie godzili się z porządkiem wersalskim, którego Polska była głównym beneficjentem w Europie Środkowo-Wschodniej, a mocarstwa zachodnie nie były gotowe umierać za Gdańsk?

Polska, skłócona niemal z wszystkimi sąsiadami ze względu na niedawne wojny graniczne i konflikty wokół mniejszości narodowych, mogła się oprzeć jedynie na Francji, dla której była zwornikiem „kordonu sanitarnego", skierowanego zarówno przeciwko Rosji radzieckiej, jak i Niemcom. Ten kordon stracił jednak dla Francji na znaczeniu, gdy w Locarno (1926) Francja uzyskała uznanie swojej wschodniej granicy. Ten sam Gustav Stresemann, niemiecki minister spraw zagranicznych, a potem kanclerz, który za pojednanie z Francją otrzymał pokojową Nagrodę Nobla, był zarazem zwolennikiem izolacji Polski i pokojowej lub wojskowej rewizji granicy polsko-niemieckiej. I przez cały okres republiki weimarskiej nie było w Niemczech nikogo liczącego się, kto byłby gotów dokonać przełomu w stosunkach polsko-niemieckich.

Paradoksalnie, szansą okazało się przejęcie władzy przez Hitlera. Podpisaną 26 stycznia 1934 r. polsko-niemiecką deklarację o nieagresji polski minister spraw zagranicznych Józef Beck nazwał „jedną z najradykalniejszych przemian w polityce europejskiej od czasów wojny".

Marzenie o Lebensraum

Celem Hitlera nie była wojna na Zachodzie. Chciał podbić Rosję. W swych wspomnieniach Albert Speer opisuje snute przez Hitlera wizje germańskiego „nowego wspaniałego świata". Na Uralu miały stanąć gigantyczne kurhany ku pamięci germańskich żołnierzy padłych w wojnie. Na bezkresnych rosyjskich stepach miały stanąć niemieckie grody warowne, połączone arteriami nowoczesnych, superszybkich kolei, ludność miejscowa miała być zdziesiątkowana, wygnana za Ural, a pozostali obróceni w helotów germańskiej rasy panów. Gdyby represje sprowokowały powstania miejscowej ludności - w czasie ich tłumienia hartować się miały następne generacje niemieckich wojowników. Ta wizja niemieckiej Europy była dziwacznym połączeniem technicznej nowoczesności i rasistowskiego feudalizmu. Lekceważąc Słowian, gardząc Rosjanami i nie znosząc Czechów, pierwotnie w swych obłąkanych wizjach Hitler przewidywał dla Polski rolę wasala ćwiartującego i pacyfikującego Rosję.

Spośród państw „Międzyeuropy" Polska była nie tylko największa i najsilniejsza, ale była też zwornikiem całego „kordonu". Wyłuskanie jej z sojuszu z Francją i przyciągnięcie do Niemiec było - obok zyskania na czasie - głównym celem Hitlera „gry o Polskę", którą prowadził przez pięć lat. Mówiąc o „jednej z najradykalniejszych przemian w polityce europejskiej od czasów wojny" Józef Beck miał rację, tyle że ta przemiana nie opierała się na strategicznej wspólnocie interesów, lecz na wyraźnej ich sprzeczności. O ile Polska chciała poprzez zbliżenie do Niemiec uzyskać chwilę wytchnienia i swobodę manewru na parkiecie dyplomatycznym, o tyle Hitler chciał z czasem zwasalizować Polskę, odciąć ją od Zachodu i „przesunąć na wschód". W zamian za Gdańsk, „korytarz" i korekty granicy polsko-niemieckiej Polska miała uzyskać kompensatę na wschodzie, albo w formie przyłączenia do Polski Litwy i łotewskiego portu, albo Kamieńca i Żytomierza kosztem radzieckiej Ukrainy. Ten właśnie model wasalizacji Polski zastosował w 1945 r. Stalin, przesuwając Polskę w odwrotnym kierunku - na Zachód. W żadnym wypadku polscy stratedzy nie chcieli iść na wschód z Niemcami, zgodnie z nakazem Piłsudskiego „na Ukrainę pójdę sam".

Niemieckie oferty dla Polski 

A jednak jesienią 1938 r. mogło się wydawać, że Polska stała się niemieckim sojusznikiem, gdy po Monachium i przyłączeniu Sudetów do Niemiec w porozumieniu z Niemcami zajęła Zaolzie, powołując się na bezprawne zagarnięcie w latach 1919/20 przez Czechów tego zamieszkanego w większości przez Polaków terytorium. To współdziałanie nie wynikało jednak z rzeczywistej polsko-niemieckiej wspólnoty interesów. Zajęcie Zaolzia było nie tylko haniebne, ale i samobójcze. Prasa francuska i brytyjska nazwała zimą 1938 r. Polskę hieną lub szakalem monachijskim. Gdyby Niemcy w tym samym czasie - podobnie jak Kłajpedę - siłą przyłączyły Gdańsk, to Polska - nawet gdyby wystąpiła zbrojnie w obronie swych praw - byłaby bardziej osamotniona niż Czechosłowacja. (To się marzyło sekretarzowi stanu w niemieckim MSZ Ernstowi von Weizsäckerowi).

Na szczęście Hitler się spóźnił. Zabiegał o polskiego sojusznika w zamian za, jak uważał, „śmieszne ustępstwa". Hitler ponawiał swe oferty, niemieccy dyplomaci dawali do zrozumienia swym polskim kolegom - o czym wspomnieliśmy - o możliwości przyłączenia do Polski bądź Litwy, bądź Kamieńca i Żytomierza, a Ribbentrop powiedział w Warszawie wprost, że „Morze Czarne to też morze". Metoda była okropna: z jednej strony syrenie śpiewy wspólnych zdobyczy w przyszłości, z drugiej ciągłe łamania własnych zobowiązań. Gdy na początku 1939 r. Hitler wkroczył do Pragi likwidując okrojoną Czechosłowację i wzmógł nacisk na Polskę w sprawie Gdańska, mocarstwa zachodnie uznały, że wreszcie powinny zareagować. Oferta gwarancji dla Polski - nad których przyjęciem Józef Beck nie zastanawiał się dłużej niż trzeba „na strząśnięcie papierosa" - miała zatrzymać Hitlera. Polska wyszła z izolacji, nawet jeśli w praktyce jej bezpieczeństwo pozostało jedynie na papierze.

Dla Hitlera brytyjskie gwarancje dla Polski były pretekstem do przestawienia strategii wobec Polski. Zamiast wspólnej wyprawy na Rosję - wojna. W końcu od dwustu lat istniał sprawdzony scenariusz prusko-niemieckiej „negatywnej polityki wobec Polski" we współdziałaniu z Rosją. Wystarczyło teraz przywrócić „ducha Rapallo" i nawiązać kontakt ze Stalinem. To pół roku, od marca do września 1939 r., to szkolny przykład strategicznego odwracania sojuszów i dyplomatycznej taktyki oszukiwania partnera. Szykując wojnę z Polską Hitler bynajmniej nie porzucił swego zasadniczego zamiaru wielkiej wojny z Rosją. Z kolei Anglicy dając Polsce gwarancje, a jeszcze bardziej Francuzi - ani przez moment nie planowali latem 1939 r. rzeczywistej ofensywy na froncie zachodnim, odciążającej Polskę, natomiast próbowali w sierpniu zmontować sojusz z udziałem ZSRR, nie mając Stalinowi - przy zasadnej nieufności Polaków - nic do zaoferowania. W przeciwieństwie do Hitlera, który mógł zaoferować wszystko - strefę wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej, zdobycze terytorialne w Polsce - wierząc, że później wszystko to sobie odbierze. Wspólna granica rozbiorowa w każdej chwili dla obu kompanów mogła się stać linią frontu.

Polska będzie pierwsza 

Wojnę z Polską Hitler potraktował z jednej strony jako wprawkę przed swym właściwym wielkim przedsięwzięciem, z drugiej natomiast jako akcję karną. Właśnie dlatego, że Polska odrzuciła jego awanse, potraktował ją od początku wojny z barbarzyńskim okrucieństwem odtrąconego zalotnika. Czy Hitler swój cel osiągnął? Zamiast wojny z ZSRR, przy wsparciu Włoch, Japonii i Polski, i bierności Anglii i Francji, Hitler znalazł się „nie w tej wojnie". Wprawdzie odniósł błyskotliwe zwycięstwo w Polsce, ale miał za sojusznika Rosję, którą chciał podbić, a za przeciwnika Anglię, swego „wymarzonego sojusznika".

Również Stalin się przeliczył. W sierpniu 1939 r. mógł wybierać: Zachód, Hitler lub neutralność. Wybrał Hitlera, ale nie przewidział, że już za rok Hitler będzie panem Europy i będzie gotów do ataku na Wschodzie.

Sojusz Hitlera ze Stalinem był pozorny, nawet jeśli Polska była jego całkiem realną ofiarą. Wytrzymał do zimy 1940 r., gdy obaj beneficjenci rozbioru Polski po raz pierwszy pokłócili się o łup, a Hitler wydał rozkaz przygotowania ofensywy przeciwko ZSRR. O to, czy Stalin również planował wojnę ze swym sojusznikiem - po dziś dzień spierają się historycy. W każdym razie zmienne dzieje „wspólnoty interesów" w początkowym stadium drugiej wojny światowej potwierdzają starą zasadę, że w polityce nie ma przyjaźni, lecz tylko zmienne interesy.

Pytanie, czy Polska mogła uniknąć tragicznego losu?

W wieku XX wypróbowywane zostały niemal wszystkie możliwe warianty w polsko-niemiecko-rosyjskim trójkącie.

Był tradycyjny wariant niemiecko-rosyjskiej zmowy przeciwko Polsce, której symbolem jest pakt Hitler-Stalin, wspólna defilada Wehrmachtu i Armii Czerwonej w Brześciu i konferencja NKWD i gestapo w Zakopanem na początku 1940 r., gdzie obaj zaborcy zgodnie omawiali wspólne działania przeciwko polskiemu ruchowi oporu. Za ostatni ślad tej radziecko-niemieckiej współpracy kosztem Polski można uznać bierność Stalina w czasie Powstania Warszawskiego.

Było „polsko-radzieckie braterstwo broni", którego symbolem był udział polskich żołnierzy w szturmie Berlina 1945 oraz cała legenda „czterech pancernych".

I była też - w I wojnie światowej - faza faktycznego polsko-niemieckiego sojuszu przeciwko Rosji, którego symbolem było utworzenie satelickiego Królestwa Polskiego w 1916 r. Na nawiązanie do tej linii liczył pod koniec lat trzydziestych Hitler.

Po Monachium przed Polską dyplomacją teoretycznie były trzy warianty.

Przyjąć „hojną ofertę" Hitlera, ustąpić w sprawie Gdańska i eksterytorialnej autostrady, której warianty zresztą w największej tajemnicy już w 1937 r. rozważano w Warszawie i - jak Rumunia czy Węgry - wziąć udział w krucjacie przeciwko ZSRR, która przebiegałaby pewnie inaczej niż wojna 1941 r., niemniej też byłaby przegrana, ponieważ Anglia, Francja i USA w końcu nie przyglądałyby się bezczynnie powstawaniu niemieckiej potęgi. Dalsze istnienie Polski zależałoby od tego, czy Polska potrafiłaby porzucić Niemcy, jak Włochy w 1943 r. po przesileniu na wschodzie. Byłaby jednak moralnie zdyskredytowana i pewnie zostałaby okrojona nie tylko ze zdobyczy na zachodzie, ale i z przedwojennych Kresów.

Z kolei, gdyby latem 1939 r. Polska zgodziła się na udział w anglo-francuskim aliansie z ZSRR, to być może Hitler uderzyłby najpierw na zachód, ale Polska byłaby nie tylko terenem wojny, ale - mimo uczestnictwa w zwycięskim aliansie - byłaby zdemoralizowana i wyniszczona, zajęta przez wojska radzieckie i najpewniej na wschodzie okrojona.

Oba te warianty były jednak o tyle nierealne, że Polska - choć państwo autorytarne - nie była państwem totalitarnym, w którym wódz według własnego widzimisię może z dnia na dzień zmieniać strategię, odwracać sojusze, a społeczeństwo ślepo w niego wierząc poparłoby każdą woltę. Żaden polski rząd, który - po przyłączeniu Austrii, okrojeniu i zdruzgotaniu Czechosłowacji i zajęciu Kłajpedy przez Hitlera - postawiłby na niemiecką kartę, nie utrzymałby się ani chwili. W polskim społeczeństwie nie było najmniejszej zgody na sojusz z Hitlerem, podobnie jak i na awans ZSRR do roli gwaranta polskiego bezpieczeństwa.

Pozostawał wariant trzeci, ożywienie sojuszu z Francją i Wielką Brytanią w nadziei na to, że „kwestia polska" tym razem stanie się kwestią europejską, a niemiecka agresja na Polskę będzie - inaczej niż w XVIII w. - początkiem wojny europejskiej. I ten wariant wybrano.

W tym pełnym grozy 1939 r. dyplomacja polska (jak wynika ze świetnie udokumentowanej książki Stanisława Żerko „Stosunki polsko-niemieckie 1938-39", Instytut Zachodni 1998) nie miała żadnego pola manewru. Hitler nie był zdolny do nawiązywania równorzędnych stosunków ze słabszymi partnerami. W Polsce rzeczywistego partnera nie widział, jedynie wasala, którego potraktowałby w wypadku porażek na froncie tak, jak potraktował Włochów, Węgrów czy Finów, gdy próbowali się usamodzielnić i bronić własnych interesów.

W 1939 r. Polska wyjścia nie miała, choć być może należało zastosować nieco inną strategię obronną. Może mogło być mniej bałaganu i mniej tromtadracji w stylu „w dwa tygodnie będziemy w Berlinie", ale w sumie wybrany został wariant o tyle optymalny, że - inaczej niż w XVIII w. - polskiej dyplomacji od początku udało się sprawę polską uczynić sprawą europejską, a z czasem nawet i światową.

I o tym warto pamiętać w czasie kolejnej rocznicy polskiej jesieni.
 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj