1939 – prawdy i nieprawdy
Historyk, którego badania od lat koncentrują się na genezie II wojny światowej, musiał prowadzoną w ostatnim okresie wymianę ciosów przyjmować z zakłopotaniem, a nawet z pewnym zażenowaniem.
Polskie wojsko wkracza na Zaolzie, październik 1938 r. Aneksji Zaolzia nie można porównywać z agresją radziecką z 17 wrzesnia 1939 r.
Wikipedia

Polskie wojsko wkracza na Zaolzie, październik 1938 r. Aneksji Zaolzia nie można porównywać z agresją radziecką z 17 wrzesnia 1939 r.

Czytaj także

Niemało pojawiających się w ostatnich tygodniach w Rosji wypowiedzi na temat genezy II wojny światowej niektórych oburza, innych irytuje lub po prostu śmieszy. Zwrócić jednak trzeba uwagę, iż autorami tych wystąpień nie byli historycy uchodzący tam za naukowe autorytety. Z drugiej strony także w Polsce dostrzegalna jest skłonność do upowszechniania i wręcz narzucania partnerom interpretacji z naukowego punktu widzenia ryzykownych lub jednostronnych. Zbyt często brakowało po obu stronach nie tylko pogłębionej wiedzy o dyskutowanych zagadnieniach, ale także woli analizowania poruszanych problemów w całej ich złożoności.

Przyjrzyjmy się niektórym kwestiom, które w ostatnich dniach tak bardzo poruszały umysły. Zacząć wypada od sprawy najbardziej dziwacznej, jaką było określenie ministra spraw zagranicznych II Rzeczpospolitej na portalu rosyjskiego wywiadu mianem niemieckiego agenta. Może zastanawiać, skąd ten nonsens się wziął. Otóż oskarżenia te pojawiły się najpierw w… międzywojennej Polsce. Józef Beck i realizowana przez niego polityka była w kraju mocno niepopularna, a przez opozycyjnych polityków i publicystów zwalczana jako proniemiecka i antyfrancuska. Opinię, że Beck działa w gruncie rzeczy niezgodnie z polską racją stanu, podzielało wiele osobistości nieangażujących się bezpośrednio w politykę. Wystarczy sięgnąć po dzienniki Marii Dąbrowskiej, która w listopadzie 1934 r. pisała o „kanaliowatym Becku”, a dwa lata później wręcz o „hitlerowskim fagasie Becku”. Ministrowi zarzucano krótkowzroczność, ale tu i ówdzie pojawiały się również twierdzenia (gen. Władysław Sikorski, Wincenty Witos, gen. Józef Haller), jakoby szef polskiej dyplomacji był po prostu niemieckim agentem. Te pozbawione jakichkolwiek podstaw insynuacje powtarzane były po wojnie w stalinowskiej Polsce.

Zwrot, jaki dokonał się w latach 1933/34 w skrajnie dotychczas napiętych stosunkach polsko-niemieckich, stanowił zaskoczenie tak duże, że za granicą dość powszechnie zaczęto zastanawiać się, w jaki sposób Warszawie udało się tego manewru dokonać. Nawet wiceminister spraw zagranicznych faszystowskich Włoch Fulvio Suvich mówił bez ogródek ambasadorowi Rzeczpospolitej o swych przypuszczeniach, iż Polska musiała coś dać Niemcom w zamian za odejście Berlina od żądań rewizji zachodniej granicy Rzeczpospolitej. Pojawiły się podejrzenia, że do oficjalnego tekstu polsko-niemieckiej deklaracji o nieagresji z 26 stycznia 1934 r. dołączono jakieś tajne porozumienie. Celowały w tym gazety francuskie, ale rzekomy tekst wymierzonego przeciwko ZSRR polsko-niemieckiego tajnego sojuszu pojawił się także w prasie szwajcarskiej.

Załącznik, którego nie było

Były to spekulacje bez pokrycia. Układowi z 26 stycznia 1934 r. żaden poufny załącznik nie towarzyszył. Umowa ta była zupełnie czym innym niż pakt Ribbentrop-Mołotow i towarzyszący mu tajny protokół. Nie może jednak dziwić, iż pogłoski o tajnym porozumieniu polsko-niemieckim były w Moskwie pilnie rejestrowane. Plotki te znalazły się w osławionym filmie „Sekrety tajnych protokołów” telewizji Rossija oraz w tak bardzo w Moskwie reklamowanym zbiorze dokumentów „Sekrety polskiej polityki”, wydanym przez rosyjski wywiad pod redakcją gen. Lwa Sockowa. Zbiorze, dodajmy, ciekawym, chociaż niezawierającym rewelacji, a przy tym bardzo tendencyjnie dobranym, z licznymi wadami edytorskimi, opatrzonym przedmową, jakby żywcem przeniesioną z czasów breżniewowskich.

Układ o nieagresji z Niemcami niezwykle wzmocnił międzynarodową pozycję Rzeczpospolitej, dawał Polsce odprężenie w relacjach z zachodnim sąsiadem i pozwalał odsunąć choćby na parę lat groźbę rewizji jej zachodniej granicy. Akt ten stanowił przy tym swoistą odpowiedź na politykę Paryża, coraz bardziej skłonnego do szukania porozumienia z Berlinem i coraz mniej liczącego się z żywotnymi interesami polskiego sojusznika. Niemniej utrzymanie przymierza z Francją miało pozostać fundamentem polskiej strategii. O ile jednak dla Piłsudskiego stanowić miał prowizorium na kilka lat, to po śmierci Marszałka Beck zaczął utwierdzać się w przekonaniu, że „linię 26 stycznia” będzie można kontynuować znacznie dłużej.

Ponieważ wcześniej (w 1932 r.) Warszawa zawarła pakt o nieagresji ze Związkiem Radzieckim, polskie MSZ ukuło formułę o polityce równowagi, prowadzonej przez Rzeczpospolitą w stosunku do obu mocarstw. Zasada równowagi miała również oznaczać, że Polska z założenia nie sprzymierzy się z jednym z potężnych sąsiadów przeciwko drugiemu. Na tym jednak polityka równowagi się wyczerpywała. Tymczasem na kartach polskich podręczników termin ten występuje na ogół jako charakterystyka rzekomo podobnego nastawienia Polski tak wobec hitlerowskiej Rzeszy, jak i stalinowskiego ZSRR. W niedawnym artykule prezydenta Lecha Kaczyńskiego dla „Rzeczpospolitej” znalazły się słowa o „polityce równego dystansu wobec obu totalitaryzmów”. Określenie to ma się nijak do roli Polski w stosunkach międzynarodowych lat 30.

W rzeczywistości z Warszawy było nieporównanie bliżej do Berlina niż do Moskwy, nie tylko w sensie geograficznym. Częste wizyty hitlerowskich dygnitarzy w polskiej stolicy stały się zewnętrznym przejawem nie tylko odprężenia między dwoma krajami, lecz także politycznego zbliżenia. Stosunki między partnerami tego dialogu stawały się coraz bardziej zażyłe. Przy wszystkich zastrzeżeniach wobec ideologii narodowosocjalistycznej polscy przywódcy widzieli w Trzeciej Rzeszy państwo, z którym można umacniać relacje dobrosąsiedzkie, a nawet doraźnie współdziałać. Zwłaszcza gdy chodziło o torpedowanie projektów zakładających włączenie ZSRR do wielostronnych układów międzynarodowych. Warszawa zwalczała ideę tzw. paktu wschodniego [sojuszu wojskowego z udziałem ZSRR, zaproponowanego w 1934 r. przez francuskiego ministra spraw zagranicznych Louisa Barthou – red.] we własnym dobrze pojętym interesie (ZSRR w roli sojusznika mógł być dla Polski równie niebezpieczny jak Niemcy w roli nieprzyjaciela), ale nie można nie zauważyć, iż ułatwiała tym samym grę Berlinowi.

Koniec równowagi 

Zbliżenie polsko-niemieckie następowało równolegle z pogorszeniem relacji polsko-radzieckich. Od ZSRR Polskę dzieliło niemal wszystko. W połowie 1936 r. ambasador RP w Moskwie usłyszał z ust radzieckiego wicekomisarza spraw zagranicznych Władimira Potiomkina, że Polska właściwie w każdej sprawie zajmuje stanowisko zupełnie przeciwstawne niż to, które reprezentuje ZSRR. Rosjanin mówił: „Stosunki polityczne między nami nie mogłyby być gorsze. My pracujemy nad umocnieniem prestiżu Ligi Narodów i nad bezpieczeństwem zbiorowym, zwalczamy wszelkie formy agresji i wszelkie formy faszyzmu. Prowadzimy obecnie antyniemiecką, antywłoską i antyjapońską politykę. Polska prowadzi politykę diametralnie przeciwną, starając się osłabić Ligę Narodów, zwalczając próby stworzenia bezpieczeństwa zbiorowego, popierając Włochy i sympatyzując z Japonią. Polska jest w orbicie polityki niemieckiej”. Opinię tę podzielano dość powszechnie na Zachodzie. Zwracano tam zwłaszcza uwagę na fakt, że po 1933 r. Warszawa pozostawała w najlepszych stosunkach z państwami najmocniej kwestionującymi wersalskie status quo: z Niemcami, Włochami, Japonią, Węgrami.

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij