szukaj
DEBATA: Politycy w czasach tabloidów
Polityk, celebryta, banita
Podczas gdy politycy stają się celebrytami, coraz mniej liczy się program, coraz bardziej pozycja w plotkarskich mediach.
Janusz Palikot podczas IX Reality Shopka Szoł w krakowskim Teatrze Groteska. Luty 2009 r.
ZZ/BEW

Janusz Palikot podczas IX Reality Shopka Szoł w krakowskim Teatrze Groteska. Luty 2009 r.

Tegoroczna telewizyjna jesień przypadnie politykom. Lech Kaczyński wystąpi w „Tańcu z gwiazdami” (TVN). Donald Tusk w „Tańcu na lodzie” (TVP2). Urzędnicy obu kancelarii zapewniają, że udział ich szefów w popularnych programach nie ma związku z rozpoczynającą się kampanią prezydencką. Kancelaria Prezydenta przesłała nam oświadczenie w tej sprawie: „W dzieciństwie Lech Kaczyński trenował taniec sportowy. Był finalistą turniejów na Żoliborzu i Uniwersytecie Gdańskim. Rok temu podczas urlopu na Helu wraz z bratem, Pierwszą Damą i grupą współpracowników wrócił do zarzuconych w latach 80. treningów”.

Z kolei biuro prasowe premiera w odpowiedzi na nasze pytanie przypomniało, że „Donald Tusk od wczesnej młodości uprawiał liczne sporty, w tym dyscypliny łyżwiarskie. Był w kadrze panczenistów powiatu wejherowskiego, grał w hokejowej drużynie Spółdzielni Pracy Świetlik, wraz z żoną współorganizował środowiskowe zawody jazdy figurowej parami”.

Prezydent i premier nie są pierwszymi znanymi politykami, którzy zdecydowali się na występ w programie tanecznym. Posłanka Samoobrony Sandra Lewandowska i poseł LPR Krzysztof Bosak nie przyciągnęli jednak aż tak wiele uwagi jak córki byłego prezydenta i urzędującego premiera – Ola Kwaśniewska i Kasia Tusk. Wielkiego zainteresowania nie wzbudziła też zapowiedź udziału Nelly Rokity i Joanny Senyszyn w wiosennym „Tańcu z gwiazdami” (TVN). Mimo to medioznawcy sądzą, że udział premiera i prezydenta przyniesie programom ogromną oglądalność. Politolodzy zwracają uwagę, że udział prezydenta i premiera w bardzo popularnych programach tanecznych „umocni polaryzację sceny politycznej”. Nie wierzycie Państwo, że to prawda? I słusznie. Chwilowo to tylko czarny sen autora. Kłopot w tym, że nie jest to sen daleki od prawdy. Jeśli sprawy będą dalej szły w tym kierunku, to za pięć lat... Kto wie?

Patriotyczna popularność

To dla naszych dzieci, dla Polek i Polaków politycy każdego dnia wszelkimi sposobami walczą o popularność, sympatię, uznanie, wiarygodność… Dla dobra nas ubierają się, jak każą styliści, malują się, jak chcą wizażyści, mówią, jak radzą piarowcy, pokazują się tam, gdzie zalecają stratedzy, uchwalają prawa. Dla nas się odchudzają, zmieniają kolor oczu, dają się zamykać w oblężonych przez paparazzich klatkach. I nie z próżności dzielą się z nami swoimi prywatnymi troskami. A już z całą pewnością nie po to pozują fotografom z żonami, dziećmi, kotami i opowiadają o gotowaniu albo wychowywaniu pociech, by zrobić rodzinom przyjemność, zrzucić z siebie ciężar doświadczenia lub dać upust dumie z sukcesów, wiedzy i umiejętności. Robią to, by mocniej zakorzeniając się w świecie naszych emocji, zyskać większy wpływ na świat rzeczywisty i dać nam wszystkim szczęście.

Myślicie Państwo, że Donald Tusk dla przyjemności poświęcił kiedyś dzień na redagowanie „Faktu”? A co to za przyjemność? Mógł przez ten czas grać w piłkę. Myślicie, że premier i jego żona nie mają lepszych pomysłów na spędzanie czasu, niż fotografowanie się w swojej własnej kuchni? Myślicie, że Maria i Lech Kaczyńscy dla własnej satysfakcji godzinami pozowali fotografom plotkarskich tygodników? Uwierzcie mi: to nic przyjemnego. „Jeszcze tu proszę spojrzeć, i tu, i na siebie, bardziej w górę, trochę w moją stronę, a teraz z uśmiechem, odrobinę poważniej, ale nie tak smutno. I trochę wyżej ręka albo niżej. Teraz doskonale, tylko kołnierzyk trzeba trochę poprawić. I jeszcze makijaż. Troszeczkę musimy panu przypudrować czoło, a pani lewe ucho... Powtórzmy tę scenę na kanapie. Już było prawie idealnie. Tylko może pani odrobinę podciągnie spódniczkę, a pan może by zechciał troszkę niżej rozpiąć sobie koszulę. Będzie bardziej sexy...”.

Nic w tym przyjemnego. Naprawdę. Ale niestety trzeba. Takie czasy, taka polityka. Media się stabloidyzowały. Polityka się stabloidyzowała. Bez tego się do ludzi nie dotrze. A jeśli polityk chce zrobić coś dla kraju, to jakoś musi się do społeczeństwa przebić.

Autorytet tańczy na rurze

Wszyscy już wiedzą, że inaczej się nie da. Wszyscy w to uwierzyli. I to właśnie jest problem. Żyjemy w przekonaniu, że byt – czyli istnienie tabloidów – ukształtował w nas taką świadomość. Ale zanim prezydent, premier, marszałkowie, ministrowie, posłowie, a może też burmistrzowie i radni dla zdobycia lub zachowania władzy będą musieli z całymi rodzinami tańczyć przed redaktorami „Faktu” i „Super Expressu” na linie, rurze lub stole, warto może postawić pytanie, czy rzeczywiście to tabloidalny byt ukształtował naszą tabloidalną świadomość, czy też może to raczej tabloidalna świadomość kształtuje nasz tabloidalny byt?

Inaczej mówiąc: czy rzeczywiście musimy wciąż dalej iść w tę upiorną stronę, czy też zbliżamy się może do punktu, w którym krzywa kultury politycznej powinna – jak przystało porządnej sinusoidzie – odwrócić kierunek i przywrócić życiu publicznemu choćby część powagi.

Oczywiście, możemy dalej iść w kierunku, w którym świat podążał przez większość XX w. Ale, prawdę mówiąc, bardzo dużo nam już tej drogi nie zostało. Co prywatnego może jeszcze okazać się publiczne? Co więcej kolejna generacja tabloidalnego świata mogłaby publicznie pokazać, ujawnić, obnażyć? Tajemnice alkowy? Detale kart zdrowia i rachunków bankowych? Myśli, sny, rojenia, fantazje odczytywane wprost z mózgu i transmitowane na popularnych stronach internetowych? Zgoda, kilka kroków jest jeszcze przed nami. Ale na ile to wystarczy, jeśli będziemy szli w tempie ostatniej dekady? Na kolejną dekadę?

A co potem, gdy już się zbiorowa wyobraźnia nasyci prezydenckim seksem, erotycznymi fantazjami ministrów, fikołkami posłów? Intymność i godność tym się jednak różnią od kosmosu, że mają swoje limity. Więc kiedy szparko gnamy w stronę coraz większej jawności życia coraz większej grupy znanych szerokiej publiczności osób, gdy pękają kolejne zapory i znikają granice, warto może przez chwilkę się zastanowić, dokąd my tak właściwie pędzimy.

Wszystkie trzy strony tego kulturowego procesu, czyli opisywani, opisujący i odbiorcy opisów (tekstów, zdjęć, filmów) coraz głębiej wnikających w prywatność – milcząco przyjęły, że jest to jakaś dziejowa konieczność, podobnie jak kiedyś marksiści przyjęli, że komunizm to dziejowa konieczność, a nacjonaliści, że dziejową koniecznością jest państwo jednonarodowe. Historia jednak uczy, że każda „dziejowa konieczność” jest tylko złudzeniem albo prawdą chwili i razem z nią znika.

Kult jawności nie spadł na nas z nieba. Powstał jako narzędzie społecznej samoobrony przed nieuczciwością, egoizmem, hipokryzją, podwójnymi standardami i alienowaniem się elit sprawujących różne rodzaje władzy. W tym sensie miał racjonalne przesłanki, bo – podobnie jak wczesny komunizm i nacjonalizm – odpowiadał na realnie istniejące zło świata. Wolność słowa, prasy, publikacji powstały jako narzędzie chroniące interesy większości, których realizacja wymaga dostępu do informacji. Bez nich demokracja i rynek nie byłyby możliwe, bo ludzie nie byliby w stanie podejmować racjonalnych decyzji.

Problem polega na tym, że podobnie jak komunizm, idąc zbyt daleko i ewoluując w nieodpowiednim kierunku, zwrócił się przeciw najsłabszym, których miał ochronić przed ekonomiczną opresją, tak wolność słowa, prasy, publikacji, idąc zbyt daleko i w nieodpowiednim kierunku, zwróciła się przeciw prawu do informacji i interesom większości, bo zamiast odkrywać prawdę, zaczęła służyć jej efektywnemu zakryciu.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj