szukaj
DEBATA: Politycy w czasach tabloidów
Polityk, celebryta, banita
Janusz Palikot podczas IX Reality Shopka Szoł w krakowskim Teatrze Groteska. Luty 2009 r.
ZZ/BEW

Janusz Palikot podczas IX Reality Shopka Szoł w krakowskim Teatrze Groteska. Luty 2009 r.

Sami celebryci

Gołym okiem widać, że po stu latach takiej ewolucji prawa, mające umacniać wolność, demokrację i rynek – przetworzone w coraz mniej rozumną doktrynę – coraz bardziej im szkodzą i coraz gorzej służą. Problem jest poważniejszy niż tylko prawo do intymności czy prywatności członków elit nazywanych teraz celebrytami. Uruchomione przez tę ewolucję mechanizmy społeczne powodują erozję systemu i to co racjonalne bezlitośnie zmieniają w absurdalne.
Pierwszy z nich to stopniowe rozszerzanie pojęcia celebryty. Dziesięć lat temu niepokój budziło nadanie celebrytom statusu autorytetów. Teraz zdążyliśmy już przywyknąć do tego, że aktorzy, piosenkarze, styliści, konferansjerzy, sportowcy nie tylko obnażają całe swoje życie w popularnych mediach, ale też zachęcani przez media uczą innych, jak żyć, co jest dobre, jak powinien być świat urządzony i jakie są właściwe hierarchie wartości. Tym sposobem popularność zaczęła się bezpośrednio przeliczać na wpływ i autorytet. Ale obsadzanie gwiazdek jednego sezonu i jednego serialu w roli autorytetów to był dopiero początek nieszczęścia.

Zajęcie przez celebrytów pozycji autorytetów spowodowało reakcję groźniejszą od jej przyczyny. Zlanie się autorytetu i popularności sprawiło, że osoby z rozmaitych powodów cieszące się autorytetem (formalnym czy społecznym) zaczęły w popularności szukać legitymizacji i umocnienia wpływu. Gdy celebryci stali się autorytetami, autorytety zapragnęły (lub uznały, że muszą) stać się celebrytami. Politycy, intelektualiści, poważni komentatorzy, pisarze i naukowcy zaczęli jako celebryci konkurować z gwiazdami szoł-biznesu. Dla popularnych mediów był to oczywiście niebywały prezent. Nareszcie wyrwały się z rozrywkowego getta. Na ich okładkach zaczęły się pojawiać najgodniejsze głowy opowiadające o rodzinnych szczęściach i dramatach, chorobach, załamaniach, miłościach, z których wcześniej ludzie kulturalni zwierzali się tylko najbliższym, księżom i psychoterapeutom.

Wejście autorytetów w rolę celebrytów ma istotne plusy. Pomaga innym wyrwać się z depresyjnego poczucia wyjątkowego naznaczenia problemami, kłopotami, cierpieniem i daje czytelnikom czy widzom nieco szerszy przegląd możliwych strategii wobec życiowych wyzwań. Prezydent tak sobie z tym problemem poradził, wybitny filozof tak, znana publicystka w jeszcze inny sposób, to ja też dam radę. W epoce postępującej erozji wszelkich społecznych więzi nie wolno tego mechanizmu bagatelizować. Ale cena jest duża. I jej też bagatelizować nie wolno.

Autorytet czy profesjonalista stając się celebrytą, ryzykuje utratę części powagi, z jaką jest słuchany. Ale to jego ryzyko, z którym wiele poważnych osób umie sobie poradzić. Gorsze straty ponosi ich otoczenie. Po pierwsze dlatego, że o hierarchii autorytetów w coraz większym stopniu decyduje talent piarowski, a w coraz mniejszym trafność głoszonych sądów i profesjonalna biegłość.

Sensowność programu politycznego tym bardziej traci na znaczeniu, im większa część kampanii wyborczej rozgrywa się na parkietach, w redakcjach tabloidów, w kuchniach, alkowach czy salonach kandydatów. Im więcej w kampanii jest o żonach i dzieciach, tym mniej jest o doradcach. Im więcej o grze w piłkę, tenisa czy salonowca, tym mniej o kompetencji i wiedzy kandydatów. Kryteria publicznego wyboru przesuwają się z programów i kompetencji ku sympatii i taniej popularności.

Tabloidalna kultura tworzy oczywiście racjonalizacje mające wykazać wagę talentów kuchennych albo tenisowych w sprawowaniu władzy. Argument mówiący, że sposób gotowania, relacje rodzinne, hobby mówią coś o kandydatach na wysokie urzędy, jest nie do podważenia. Ale takie informacje mówią nieporównanie mniej niż weryfikacja wiedzy. A w życiu jest coś za coś. Im więcej wiemy o kuchni i alkowie polityka czy profesjonalisty, tym mniej wiemy o jego wiedzy, kompetencji, predyspozycjach organizacyjnych. W rezultacie coraz wyraźniej stawiamy raczej na tych, którzy dobrze gotują, grają, gawędzą, udają szczęście małżeńskie, niż tych, którzy są zdolni do dobrego rządzenia, stawiania trafnych diagnoz i budowania sensownych programów.

Coraz gorszy wybór

Rozszerzanie pola publicznego zainteresowania na sprawy wcześniej mające status prywatności, a nawet intymności, może tworzyć pozory większej transparentności i lepszego dostępu do informacji, ale w istocie rzeczy zmniejsza transparentność i ogranicza prawo do informacji, bo stawia dymne zasłony sensacji i zamula kanały informacyjne. Dzięki tabloidyzacji bez wątpienia wiemy coraz więcej, ale w zdecydowanej większości nie jest to ta wiedza, której wymagają rynek i demokracja. Tej wiedzy zaś ubywa, bo wypierają ją tak zwane miękkie informacje mające niewielki lub żaden udział w procesie podejmowania racjonalnych decyzji.

Odracjonalizowanie wyboru politycznego nie jest jednak jedyną poważną ceną, jaką w dłuższym okresie demokracja zapłaci za tabloidyzację. Nie mniej groźne jest to, że naszych coraz bardziej przypadkowych wyborów musimy i będziemy musieli dokonywać z coraz gorszej próby. Bo polityka to – nawet w demokracji bliskiej ideału – kariera ryzykowna, ciężka i raczej słabo płatna.

To już wystarcza, żeby większość utalentowanych osób trzymało się od niej z daleka. A tabloidyzacja tworzy dodatkową barierę. Kandydatowi do politycznych funkcji każe pogodzić się z tym, że będzie bezkarnie odzierany z prywatności, intymności, a często też (jak senator Piesiewicz) z godności.

Dlaczego wykształcony, zdolny, mądry i uczciwy człowiek, który z powodzeniem może robić karierę i majątek w biznesie lub wolnym zawodzie, miałby się na to godzić? Do pewnego momentu odpowiedzią może być ambicja, idealizm, altruizm, patriotyzm. Ale do którego? Myślę, że ten punkt już chyba osiągnęliśmy, a może przekroczyliśmy. Bo nie ma już specjalnie istotnej różnicy między politykiem jako celebrytą a wyzutym z ludzkich praw średniowiecznym banitą, którego byle kmiotek mógł bezkarnie upokarzać i zabić.

Ze starych czasów została nam jeszcze w polityce grupka rozumnych osób. Ale dziś ludzie mądrzy, zdolni i uczciwi, jakich w polityce dramatycznie potrzeba, w zdecydowanej większości trzymają się od niej jak najdalej. Idą zaś do niej przede wszystkim ci, którzy niewiele umieją, ale dla kariery gotowi są tańczyć na rurze, obnażać się, godzić na poniżanie, odarcie z intymności.

Demokracja zaś, która opiera się na negatywnej selekcji kandydatów i pozbawionych racjonalności decyzjach wyborców, nie ma większego sensu ani jasnej przyszłości. Lepiej byłoby ją już zastąpić losowaniem na najwyższe urzędy. Przynajmniej mniejsze by było ryzyko, że w ławach poselskich zobaczymy tłum złotoustych idiotów, cwaniaków, karierowiczów. Bo mielibyśmy tam statystyczną reprezentację całego społeczeństwa zamiast uzupełnionej o nieliczne rodzynki reprezentacji tej części społeczeństwa, która nic nie potrafi, więc nigdzie indziej się nie umiała załapać. Jeśli tak dalej pójdzie, zamiast demokracji jako najlepszych rządów, ku pożytkowi ogółu, będziemy mieli demokrację jako władzę najgłupszych, ku naszej wspólnej zgubie.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj