szukaj
Komu można zabrać dziecko?
Spór na temat nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie
Co zrobić, by zagrożone rodziny potrafiły wywiązać się z obowiązku wychowania?
Leszek Zych/Polityka

Ponad 200 tys. dzieci w Polsce żyje pod kuratelą sądów rodzinnych w domach skażonych agresją, narkotykami, alkoholem i biedą. Jedna dziesiąta z nich co roku trafia do domów dziecka. Obecny system pomocy społecznej utrwala tę patologię za grube pieniądze podatników. Pierwszym krokiem do zmiany tej sytuacji ma być nowelizowana właśnie ustawa o przemocy w rodzinie.

Iskrą, która rozpaliła niesłychane emocje, jest artykuł 12, pozwalający pracownikowi socjalnemu w groźnej sytuacji zabrać dziecko z domu. Dotychczas ustawowe prawo miał do tego tylko policjant interweniujący w sytuacji kryzysowej oraz kurator z wyrokiem sądu rodzinnego w ręku. Rada Konferencji Episkopatu Polski apeluje więc do posłów, by nie uchwalali przepisów, które naruszają „prawo rodziny do wychowania według wyznawanych zasad oraz prawo do intymności życia rodzinnego”.

Protestujące pod Sejmem rodziny wielodzietne nawołują aparat państwowy, by „zabrał łapy precz” od ich dzieci. Niektórzy przeciwni rządowi internauci piszą wprost o „faszystowskim państwie”.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że protestujący walczą z jakimiś widmami. Wyjaśnijmy więc po kolei, o co chodzi w ustawie. I o co komu chodzi.

Po pierwsze.

Pracownik socjalny będzie mógł zabrać dziecko tylko wtedy, gdy zagrożone będzie bezpośrednio jego życie lub zdrowie. Gdyby protestujący zapytali któregoś z socjalnych, jak wygląda taka sytuacja, dowiedzieliby się o przypadkach, kiedy oboje rodzice są pijani lub naćpani, często w towarzystwie znajomych zajmują się sobą, a dziecko leży we własnych odchodach w łóżeczku. Albo nocą spaceruje w piżamie po ulicach. Socjalni nierzadko trafiają po prostu na awanturę i widzą akty przemocy.

Będąc świadkiem takiej sytuacji, żaden obrońca wartości rodzinnych nie pozbawiłby urzędnika socjalnego prawa do interwencji. Zwłaszcza że musi on to robić w towarzystwie policjanta lub lekarza. Nie może działać bez świadków, na własną rękę. Musi w ciągu 24 godzin zawiadomić sąd rodzinny, który natychmiast powinien zdecydować co dalej.

Posłanka Magdalena Kochan, która pilotuje nowelizację ustawy, dodaje, że w wielu przypadkach już teraz interwencja pracownika socjalnego, zamiast samodzielnej akcji policjanta, minimalizuje stres dziecka. Socjalny nie jest całkiem obcą osobą: zwykle zna rodzinę, także jej dalszych członków. Może zaprowadzić dziecko do ciotki, babki, kogoś zaprzyjaźnionego. Nie odstawia – inaczej niż policja – automatycznie do pogotowia opiekuńczego.

Po drugie.

Ustawa rzeczywiście godzi w święte prawo; w prawo własności. Na razie to kobiety z dziećmi – 90 proc. ofiar przemocy domowej – tułają się po hostelach i domach samotnej matki, płacąc niejednokrotnie za mieszkanie, w którym nadal przebywa sprawca współwłaściciel. Teraz w uzasadnionych przypadkach policja będzie mogła złożyć wniosek do prokuratury, żeby sprawcę przemocy odseparować od ofiar. Ma na to 48 godzin. Sprawca, otrzymując półroczny zakaz zbliżania się do ofiar, może być skierowany na obowiązkową terapię. O ten przepis – opowiada posłanka Kochan – posłowie walczyli z prawnikami Ministerstwa Sprawiedliwości pół roku.

Po trzecie.

Przeciwnicy nowelizacji dowodzą, że wprowadzenie przepisów zakazujących karcenia dzieci – to kolejny gorący punkt sporów – uniemożliwi „zapewnienie elementarnego bezpieczeństwa małemu dziecku”, a nawet utrudni wychowanie, w tym realizację obowiązku szkolnego. Jeden z ekspertów Rady Legislacyjnej przy Kancelarii Premiera pytał, czy gdyby np. szarpnął dziecko włażące pod samochód, to zostałby przestępcą. Oczywiście nie, ale sprowadzanie zakazu przemocy do absurdu to jedna z najchętniej tu stosowanych reguł polemicznych. Nie pójdzie do więzienia nawet ten rodzic, który wywiązując się z obowiązków rodzicielskich, dopuścił się udowodnionych kar cielesnych. Co najwyżej może zostać skierowany na warsztaty terapeutyczne, które pozwolą mu poznać konsekwencje swoich działań. Ale widocznie prof. Warylewski czy też osoby protestujące pod Sejmem wyrażają po prostu przywiązanie Polaków do zbawiennej roli tzw. tradycyjnego klapsa – akceptuje go 78 proc. dorosłych. Połowa ankietowanych jest przeciwna wprowadzeniu ustawowej ochrony nietykalności cielesnej dziecka. Co czwarty Polak akceptuje porządne bicie, niewiele mniej uważa, że kłótnie, pogróżki, rękoczyny są normalnym zachowaniem w każdym domu. Jedna dziesiąta jest nawet zdania, że zjawisko wykorzystywania seksualnego dzieci w ogóle nie istnieje – wymyślają je histeryczni dziennikarze, manipulujące żony lub same dzieci.

Po czwarte.

Przeciwnicy ustawy łączą nowe rozwiązanie z opisywanymi ostatnio przypadkami zabrania dzieci z rodzin ze względu na biedę, chorobę czy „złą historię współpracy” z opieką społeczną. Oto jacy bezduszni mogą być asystenci socjalni, mówią, dać im więcej uprawnień, to rozwalą każdą chwiejącą się rodzinę.

W ostatnich miesiącach opinię społeczną bulwersowały co najmniej trzy głośne historie: Róży spod Poznania (jej matkę po porodzie poddano sterylizacji); 9-letniego chłopca z Kobylej Góry, pod którego domem bez żadnych skrupułów warował TVN, kiedy socjalni z policją i kuratorem przyszli po dziecko, by przekazać je ojcu; wreszcie 11-letniego Sebastiana z Bystrzycy Nowej pod Lublinem, którego odstawiono ze szkoły do domu dziecka, bo matka w depresji i od lat w skrajnej nędzy nie zajmowała się nim w ogóle, a ojcu – cukrzykowi – odejmowano nogę w szpitalu.

Otóż w żadnym z tych przypadków pracownicy socjalni nie działali na własną rękę i nagle. Owszem, próbowali pracować z tymi rodzinami, jak umieli. Kiedy okazało się, że nie potrafią pomóc, wkraczali kuratorzy. Decyzję o zabraniu dziecka podejmował sędzia rodzinny. Każda taka decyzja to porażka rodziny, ale i służb socjalnych, kuratorów, sędziów, pedagogów i lekarzy. Także podatników, którzy utrzymują wszystkie te służby. Przeciwnicy przepisu 12a mówiąc: państwo ma pomagać, a nie rozwalać, mają rację. Ale skuteczne pomaganie chwiejącej się – a zwłaszcza patologicznej – rodzinie to zwykle jednak ingerencja. Pracownicy socjalni z Bystrzycy Nowej wiele miesięcy namawiali mamę Sebastiana na leczenie psychiatryczne, a tatę na branie leków przeciwcukrzycowych. Tłumaczyli, że trzeba gotować i prać, że głodne, źle pachnące dziecko będzie miało problemy w szkole, że zacznie chorować. Być może byli nieudolni, nie mieli dość czasu, być może traktowali rodzinę w sposób protekcjonalny. Gdy jednak nadeszły mrozy i znów zastali chłopca zamkniętego w zimnym domu z oknami z dykty, poddali się i ze strachu o zdrowie chłopca zawiadomili kuratora, który tymczasowo umieścił dziecko w placówce.

Historia Sebastiana to modelowy przykład nieskuteczności naszego systemu opieki społecznej. Skutecznie jest w stanie zadziałać jedynie najbardziej drastyczne rozwiązanie. Bo gdy sąd zabrał Sebastiana, a sprawą zainteresowały się media, odezwał się wreszcie wójt Bystrzycy, który obiecał pomoc w wyremontowaniu domu chłopca; ojciec wrócił ze szpitala i obiecał, że namówi matkę na leczenie. Nie pozwoli, by chłopiec długo pozostawał poza rodziną. Dopiero w kryzysie okazało się, że i wójt, i tato, i nawet mama mogą znaleźć siłę, by działać na rzecz tej rodziny. Dlaczego wcześniej nie kiwnęli palcem?

Weterani pracujący z rodzinami dysfunkcyjnymi przyznają smutno, że groźba utraty dziecka jest często jedynym motywem do zmiany zachowania rodziny. Kryzys sprawia, że próbują coś zmienić. Przerażające tylko, że dzieje się to kosztem traumy dziecka.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj