Debata Komorowski – Sikorski
Ku chwale PO
Konfrontacja marszałka Sejmu z szefem MSZ nie przyniosła niczego specjalnie nowego.

Nie ma sensu nad tym ubolewać, bo jedynie naiwni mogli się spodziewać, że konfrontacja między Radosławem Sikorskim a Bronisławem Komorowskim przyniesie takie efekty, jak rasowe starcie „pod napięciem”. Władze Platformy doskonale o tym wiedziały, co więcej, takiego rezultatu oczekiwały.

Nie od dziś wiadomo, że Polacy nie lubią politycznych kłótni toczących się w obrębie jednego obozu. Nie życzą sobie, by politycy z tej samej partii wymierzali sobie soczyste ciosy, o hakach nie wspominając. Tymczasem, mimo wysiłków kierownictwa PO, w pewnym momencie tej kampanii doszło do paru poważniejszych zwarć między Sikorskim a Komorowskim, chętnie podchwytywanych i nagłaśnianych przez media. Istniało ryzyko, że taki obraz rywalizacji zostanie w pamięci wyborców, a na dodatek, zatruje relacje w PO, co w sytuacji, gdy walka toczy się nie tylko o Pałac Prezydencki, ale również o zwycięstwo w wyborach samorządowych, mogłaby przynieść przykre konsekwencje.

Przy wciąż stosunkowo dużym zainteresowaniu prawyborami ze strony opinii publicznej, debata transmitowana przez największe telewizje była wymarzonym narzędziem do zatarcia złych wrażeń. I to się chyba PO udało. Platforma pokazała się  jako partia dynamiczna i nowoczesna, nie unikająca wyzwań i ryzyka, jakimi są przecież prawybory.

Zobaczyliśmy więc dwóch popularnych polityków, demonstrujących poglądy akceptowalne dla większości wyborców, wyzbytych agresji wobec rywala. Obrazu całości dopełniała para atrakcyjnych prowadzących, dalekich od zadawania niewygodnych pytań, co zresztą bez większego trudu można im wybaczyć  zważywszy zarówno na dzień, porę, jak i scenerię uniwersyteckiej biblioteki, w której odbywał się ów „dżentelmeński pojedynek”.

Innych zwycięzców nie było. Radosław Sikorski, który w osobistych relacjach potrafi oczarować rozmówcę  poczuciem humoru i pewnym arystokratycznym sznytem, przed kamerą  nadal sporo traci – jest spięty i trochę irytujący w swej roli prymusa, który stara się przypodobać swemu nauczycielowi, czyli Donaldowi Tuskowi. Co jednak najważniejsze – wciąż nie potrafi zneutralizować atutów Komorowskiego. Marszałek, choć  staroświecki i mało konkretny w porównaniu z szefem MSZ, ze swą  naturalną swobodą i poczciwością wydaje się  być łatwiejszy do zaakceptowania zarówno dla głosujących w prawyborach członków PO, jak i dla zwykłych wyborców. I pewnie dlatego to on wygra tę rywalizację.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj