Kim są współpracownicy Komorowskiego
Mały dwór
Bronisław Komorowski musi się zmierzyć z trzema rolami: marszałka Sejmu, kandydata na prezydenta, a od tygodnia również – osoby pełniącej obowiązki głowy państwa. Kto mu w tym pomaga, jacy ludzie go otaczają?
W Sejmie od lewej: Jaromir Sokołowski, Bronisław Komorowski i Jerzy Smoliński
Seweryn Sołtys/Fotorzepa

W Sejmie od lewej: Jaromir Sokołowski, Bronisław Komorowski i Jerzy Smoliński

Choć Bronisław Komorowski w partii zawsze był politycznym singlem, to  posiada cechę, która w dużym stopniu mu to rekompensuje - potrafi słuchać tych, którym ufa. To w dużym stopniu ułatwi mu przejście przez najbliższe tygodnie, w których - zgodnie z konstytucją - będzie pełnił obowiązki głowy państwa.

I tak - idąc za sugestiami bliskich współpracowników premiera Tuska - dał się przekonać do osoby Jacka Michałowskiego, z którym zresztą zna się od dawna. W jego ręce oddał prezydencką kancelarię. Nowy p.o. szefa kancelarii zasłynął w końcówce lat 90. jako świetny organizator, prawa ręka premiera Jerzego Buzka. Zapewne dlatego jednym z jego pierwszych zadań były sprawy organizacyjne związane z pogrzebem pierwszej pary.

W podobnych okolicznościach mianowany został nowy szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Stanisław Koziej, choć w tym akurat przypadku obaj panowie znają się od lat. – Gdy marszałek był ministrem obrony, kierowałem departamentem systemu obronnego MON – mówi gen. Koziej.

Gość pokoju 109

Wszyscy nasi rozmówcy w PO są zgodni, że Komorowskiego w partii lubi się i ceni, ale on sam nie przekuwa tego w realną siłę. Przez lata nie zbudował sobie silnego politycznego zaplecza. Choć ma wszystko, czego potrzeba, aby stać się liderem konserwatywnego skrzydła PO, nigdy jednak się o to nie starał. – Kiedy w ścisłym gronie zarządu partii była mowa o skrzydłach Platformy, marszałek zawsze wskazywał, że najważniejsze jest centrum, a nie, jak mówił, skrzydełka, które deprecjonował – opowiada Sławomir Nitras, europoseł i członek zarządu partii. Dodaje, że choć w tak zwanym dworze Tuska Komorowski nie miał swojego miejsca, to jednak zaliczał się do tych, którzy czasami byli dopraszani do wieczornych pogawędek ścisłego kierownictwa przy winie, w słynnym sejmowym pokoju 109. Dziś, jak mówi poseł Waldy Dzikowski, dworu nie ma, a Komorowski wciąż pnie się w górę. – Tusk wie, że Bronek w imię własnych interesów nie zrobi nic przeciwko partii i liderowi. Niektórzy nazywają to bojaźliwością, ja wskazywałbym na szacunek – mówi Dzikowski.

Trzej organizatorzy

Nitras proszony o wskazanie osób, które są najbliżej marszałka, mówi: – To nie są ludzie kojarzeni przez opinię publiczną z Platformą. Na pewno zaliczają się do nich Jaromir Sokołowski, Jerzy Smoliński i Tomasz Tywonek.

Najwięcej do powiedzenia w otoczeniu Komorowskiego ma Jaromir Sokołowski, szef jego gabinetu. Postawny trzydziestoparolatek, z wykształcenia germanista i były pierwszy sekretarz ambasady RP w Berlinie. – On organizuje pracę marszałka. Bez jego akceptacji nic się nie może wydarzyć. Jeśli Komorowski zostanie prezydentem, Sokołowski będzie kimś takim jak Wachowski przy Wałęsie – mówią ci, którzy znają sekrety sejmowej kuchni.

Sokołowski został asystentem Komorowskiego w 2006 r. Przyszedł z biura krajowego PO. Obecny marszałek Sejmu odpowiadał wówczas w Platformie za sprawy międzynarodowe, więc Sokołowski ze znajomością niemieckiego i angielskiego był przydatny. Rola tłumacza jednak go nie satysfakcjonowała. Bardzo ambitny, w krótkim czasie stał się najbliższym doradcą Komorowskiego, a nawet przyjacielem rodziny, bardzo szanowanym przez żonę marszałka – Annę.

W zdobywaniu wpływów nie przeszkodziło mu nawet to, że na Wiejskiej nie cieszy się zbyt dobrą opinią. Ci, którzy go znają, albo mówią o nim źle, albo wcale. – Nadaje sobie zdecydowanie większe znaczenie, niż faktycznie ma – mówi polityk z zarządu PO. Medialnie wypłynął trzy lata temu, jeszcze za rządów PiS. W nie najlepszym kontekście – miał wówczas zaczepić na korytarzu dwóch znanych dziennikarzy i proponować im materiały kompromitujące ówczesną minister spraw zagranicznych Annę Fotygę. – To w jego stylu. Potrafi wyciągnąć jakiś drobiazg i zrobić z tego pierońską aferę, a do tego odpowiednio nakręcić Komorowskiego. To duża umiejętność – mówi Jarosław Szczepański, były doradca marszałka i szef biura prasowego Sejmu, który rok temu porzucił ekipę Komorowskiego. Jak mówią wtajemniczeni, Szczepański nie mógł się porozumieć z Sokołowskim, który nie toleruje wokół siebie nikogo, kto mógłby znacząco wpływać na marszałka. W tym przypadku dopiął swego – kolejny szef biura prasowego Sejmu Krzysztof Luft dogaduje się z nim doskonale.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj