Prezes PiS kandydatem na prezydenta
Va banque Jarosława Kaczyńskiego
Jarosław Kaczyński weźmie udział w wyborach prezydenckich. Decyzja wydaje się naturalna i spodziewana, ale mimo wszystko dziwi, gdy weźmie się pod uwagę, jakiego typu politykiem jest prezes PiS, gdzie dotąd postrzegał centrum władzy (w rządzie) i jak ważna była dla niego partia oraz układanie parlamentarnych puzzli.

Jeśli wierzy, że może zostać prezydentem, musi brać pod uwagę, iż oznacza to opuszczenie PiS, które w nowej konfiguracji personalnej pójdzie do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. A na sukcesję po prezesie PiS jest wielu chętnych.

Może jednak Jarosław Kaczyński uznał, że raczej nie wygra, że ma szansę na honorową, niewielką porażkę, która pokaże skalę wpływów jego partii, a jego samego usytuuje na pozycji polityka, który ma potężny elektorat, zebrany przez niego osobiście. I że nikt go nie mógł w tej roli jednoczącego polską prawicę zastąpić. Ma szansę może nie na zwycięstwo, ale na wyjście z getta polityków, wobec których społeczeństwo jest najbardziej nieufne, jak to było przez wiele ostatnich lat. I z tym kapitałem, wciąż jako szef partii, pójdzie do wyborów parlamentarnych.

Z drugiej strony tylko Jarosław Kaczyński może niejako spersonalizować żałobę i falę współczucia po tragedii smoleńskiej. Nikt inny z PiS nie potrafiłby tego unieść i być w tym szczery. Kaczyńskiego niezręcznie będzie ostro atakować, on sam zapewne też będzie unikał twardego pojedynku, ale zrobią to jego medialni sojusznicy. Sam Kaczyński w oświadczeniu, w którym deklaruje chęć kandydowania, pisze o konieczności kontynuowania misji „elity patriotycznej Polski”, która zginęła pod Smoleńskiem. To może być ton całej kampanii: nie atakowanie wprost Platformy Obywatelskiej i jej kandydata, ale mówienie, że trzeba walczyć o inną Polskę, lepszą, wspólnotową, patriotyczną, zakorzenioną w przeszłości, w wartościach, że trzeba „podnieść głowy”, jak to powiedział niedawno w kościele Mariackim, szef Solidarności Janusz Śniadek (przywołany zresztą w oświadczeniu Kaczyńskiego).

Będzie jasne, że to zupełnie inna Polska niż ta, której chce Platforma. Resztę zrobią dziennikarze zaprzyjaźnionej prasy i publicznej telewizji. Wraca więc w nowej, bardzo patetycznej, żałobnej postaci stary spór pomiędzy III a IV RP, wraca atmosfera z lat 2005-2007, tyle, że IV RP jest teraz uświęcona tragedią, obolała i atakowanie jej wydaje się, a raczej ma się wydawać podłością. Platformie wolno zaś mniej, jak słychać z propisowskich mediów, czy z ust okołopartyjnych ekspertów. Platforma ma się jawić jako de facto winny, powinna się – w tej poetyce – schować, nie drażnić, dać działać prawdziwym patriotom. Jeżeli Komorowski i Platforma dadzą sobie narzucić tę logikę, staną się przezroczyści, mogą przegrać.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj