Wyrok w sprawie prywatyzacji szpitali
Kłamstwo osądzone
Zgodnie z przewidywaniami sąd rozstrzygnął spór między sztabami wyborczymi PiS i PO na korzyść Bronisława Komorowskiego. Ale czy to nauczy czegoś polityków?

Kwadrans po godzinie 12.00 Sąd Okręgowy w Warszawie zakazał Jarosławowi Kaczyńskiemu rozpowszechniania kłamliwej informacji, jakoby Bronisław Komorowski dążył do sprywatyzowania służby zdrowia i nakazał sprostowanie tej informacji w mediach.

Było to do przewidzenia, bo już podczas ostatnich wyborów parlamentarnych w 2007 r. reklamówka Prawa i Sprawiedliwości, strasząca prywatyzacją służby zdrowia - a pogotowia ratunkowego w szczególności - została w podobnym trybie zaskarżona do sądu. I ten przyznał rację Platformie Obywatelskiej, że nie ma ona w swoim programie takich zamiarów.

Prawo i Sprawiedliwość nie wyciąga więc żadnych wniosków z wyborczych doświadczeń. Od początku nie należało spodziewać się innego rozstrzygnięcia. Jarosław Kaczyński mógł od razu przyznać, że zagalopował się zarzucając Bronisławowi Komorowskiemu program naprawy służby zdrowia poprzez prywatyzację szpitali, gdyż to oczywiste, że takich planów nie ma. Mówi się jedynie o komercjalizacji, a w wyniku tej np. szpital staje się spółką. Której większościowym właścicielem może być gmina lub podmiot prywatny (i wtedy jest to właśnie prywatyzacja, choć taki szpital może mieć podpisany kontrakt z NFZ i leczyć pacjentów tak jak szpital publiczny).

Prywatyzacja służby zdrowia jest przez PO omijana szerokim łukiem z kilku powodów. Po pierwsze ze strachu przed wyborcami (w Polsce prywatyzacja to wciąż straszak i politycy doskonale to wiedzą, więc lepiej nie prowokować). Po drugie kandydat Platformy Obywatelskiej najzwyczajniej w świecie nie ma w zanadrzu żadnego programu naprawy systemu ochrony zdrowia. Partia Tuska od wczesnej wiosny zwleka nawet z ujawnieniem jego założeń. Po trzecie wreszcie, to nie prezydent będzie prywatyzował w Polsce szpitale, bo nie on jest ich właścicielem.

Cyniczna gra PiS, obliczona na poklask tych środowisk, które boją się prywatyzacji jak ognia, na szczęście kończy się dla tego ugrupowania porażką (choć apelacja nie jest wykluczona). Ale niestety, w tej wojence przegrywamy wszyscy. Obawiam się, że na kolejne kilka miesięcy trzeba będzie odłożyć wszelkie dyskusje o przekształceniach szpitali. Podstawowa opieka zdrowotna, czyli mówiąc w uproszczeniu gabinety lekarzy rodzinnych, w 95 proc. zdążyły się już sprywatyzować. Blisko 100 szpitali (spośród ok. 700) zostało skomercjalizowanych – reszta czeka na decyzje organów założycielskich i zdaje się, że zastygnie w tym letargu na dłużej. Czekają nas przecież wkrótce wybory samorządowe, po nich przyjdzie czas w przyszłym roku na kampanię parlamentarną – nie będzie atmosfery do poważnej dyskusji o przyszłości nieefektywnych placówek medycznych.

Cieszę się z wyroku sądu głównie z tego powodu, że nazywa rzecz po imieniu: uproszczenia szkodzą. Nie można tematu prywatyzacji przedstawiać tak, jak zawsze robi to PiS: spłycać, przekłamywać, manipulować. Licząc na to, że uda się wmówić wyborcom, iż można dalej utrzymywać placówki medyczne bez pieniędzy, a wszystkie świadczenia mogą w nich być za darmo.

[w piątek 18 czerwca sąd wyższej instancji, po odwołaniu wniesionym przez sztab PiS, skierował sprawę prywatyzacji szpitali do ponownego rozpatrzenia]

Paweł Walewski

 

KŁAMSTWO OSĄDZONE

Zgodnie z przewidywaniami sąd rozstrzygnął spór między sztabami wyborczymi PiS i PO na korzyść Bronisława Komorowskiego. Ale czy to nauczy czegoś polityków?

 

Kwadrans po godzinie 12 Sąd Okręgowy w Warszawie zakazał Jarosławowi Kaczyńskiemu rozpowszechniania kłamliwej informacji, jakoby Bronisław Komorowski dążył do sprywatyzowania służby zdrowia i nakazał sprostowanie tej informacji w mediach. Było to do przewidzenia, bo już podczas ostatnich wyborów parlamentarnych w 2007 r. reklamówka Prawa i Sprawiedliwości - strasząca prywatyzacją służby zdrowia, a pogotowia w szczególności - została w podobnym trybie zaskarżona do sądu i ten przyznał rację Platformie Obywatelskiej, że nie ma ona w swoim programie takich zamiarów.

Prawo i Sprawiedliwość nie wyciąga więc żadnych wniosków z wyborczych doświadczeń. Od początku nie należało spodziewać się innego rozstrzygnięcia. Jarosław Kaczyński mógł od razu przyznać, że zagalopował się zarzucając Bronisławowi Komorowskiemu program naprawy służby zdrowia poprzez prywatyzację szpitali, gdyż to oczywiste, że takich planów nie ma. Po pierwsze ze strachu przed wyborcami (w Polsce prywatyzacja to wciąż straszak i politycy doskonale to wiedzą, więc lepiej nie prowokować), po drugie kandydat Platformy Obywatelskiej najzwyczajniej w świecie nie ma w zanadrzu żadnego programu naprawy systemu ochrony zdrowia, a jego partia od wczesnej wiosny zwleka nawet z ujawnieniem jego założeń. Po trzecie wreszcie, to nie prezydent będzie prywatyzował w Polsce szpitale, bo nie on jest ich właścicielem.

Cyniczna gra Kaczyńskiego, obliczona na poklask tych środowisk, które boją się prywatyzacji jak ognia, na szczęście kończy się dla niego porażką. Ale niestety, w tej wojence przegrywamy wszyscy, bo obawiam się, że na kolejne kilka miesięcy trzeba będzie odłożyć wszelkie dyskusje o przekształceniach szpitali. Podstawowa opieka zdrowotna, czyli mówiąc w uproszczeniu gabinety lekarzy rodzinnych, w 95 proc. zdążyły się już sprywatyzować, blisko 100 szpitali (spośród ok. 700) zostało skomercjalizowanych – reszta czeka na decyzje organów założycielskich i zdaje się, że zastygnie w tym letargu na dłużej. Czekają nas przecież wkrótce wybory samorządowe, po nich przyjdzie czas w przyszłym roku na kampanię parlamentarną – nie będzie atmosfery do poważnej dyskusji o przyszłości nieefektywnych placówek medycznych.

Cieszę się z wyroku sądu głównie z tego powodu, że nazywa rzecz po imieniu: uproszczenia szkodzą. Nie można tematu prywatyzacji przedstawiać tak, jak zawsze robi to PiS: spłycać, przekłamywać, manipulować. Licząc na to, że uda się wmówić wyborcom, iż można dalej utrzymywać placówki medyczne bez pieniędzy, a wszystkie świadczenia mogą w nich być za darmo. Niezależnie czy kogoś na nie stać, ma wykupione ubezpieczenie albo w portfelu kartę kredytową. Być może Jarosław Kaczyński tak bardzo się tego boi, bo taką kartę ma dopiero od niedawna i nie nauczył się jeszcze z niej korzystać?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj