Jest raport nt. katastrofy smoleńskiej
Powrót do kokpitu
Niezależnie od tego, co znajdzie się w rosyjskim projekcie raportu i polskiej do niego glosie, zwolennicy teorii zamachu muszą udowodnić jedną z dwóch rzeczy: że były warunki pogodowe do lądowania na Siewiernym lub że Tupolew nie lądował.

Międzypaństwowy Komitet Lotniczy przekazał Polsce projekt raportu na temat przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem. Polskie władze mają 60 dni na ustosunkowanie się do jego ustaleń. Prawdopodobnie dopiero po tym fakcie liczący 210 stron dokument zostanie upubliczniony.

Zapowiedzi przedstawienia pierwszych oficjalnych ustaleń co do przyczyny smoleńskiej katastrofy spowodowały ożywienie wśród zwolenników teorii zamachu lub też „prawie zamachu”. Obowiązuje wersja, którą zaproponował prezes PiS: piloci zostali wprowadzeni w błąd. Nie brak w tym zmasowanym zaporowym ogniu dziwnych historii, jak to ranny funkcjonariusz BOR telefonuje z miejsca wypadku do żony, która co prawda temu zaprzecza, ale być może „została zastraszona”. Te setki hipotez, pobocznych wątków, zarzutów wobec polskiego i rosyjskiego śledztwa, sprawa brezentu na wraku, zacierały od wielu miesięcy główną kwestię: dlaczego piloci lądowali bez wymaganej widoczności, wiedząc, że na lotnisku nie ma elektronicznego systemu naprowadzania.

Jest jasne, i tego nikt nie neguje, że nie było warunków do bezpiecznego przyziemienia, a nie byłoby katastrofy bez decyzji o lądowaniu. To był ten krytyczny moment, na który Tusk, Klich, Sikorski i Platforma czy sytuacja zagrożenia moralnego w kraju, nie miały żadnego wpływu. Podobnie jak w przypadku tragicznego zderzenia samochodu, w którym zginęło 18 osób. Sytuacja materialna tych ofiar, bieda, to że państwo nie dało im szansy na lepszą pracę niż zbieranie jabłek, miało trzeciorzędne znaczenie wobec faktu podjęcia nieszczęśliwej decyzji o wyprzedzaniu długiego pojazdu przy bardzo złej widoczności.

W jaki sposób „piloci zostali wprowadzeni w błąd”? Przecież widzieli, że nic nie widzą. Czy wieża kontrolna podawała, że warunki są lepsze niż w rzeczywistości? Nie. Nie wiemy, dlaczego decyzja o lądowaniu została podjęta. To jest zasadnicze pytanie smoleńskiego śledztwa, reszta to detale. Gdyby nie to postanowienie, żadne ewentualne zakusy rosyjskie z rozpylaniem mgły, zakłócaniem systemów elektronicznych, a potem dobijaniem rannych czy mataczeniem w śledztwie nie miałyby szans na realizację. Całego zła Rosji, polskich zaniedbań czy też błędów wieży kontrolnej nie byłoby, gdyby nie było lądowania. W stenogramach z czarnej skrzynki jest zapis odliczania w metrach odległości od ziemi: „50, 40, 30”, a piloci o tragicznym położeniu dowiadują się dopiero po uderzeniu w pierwsze drzewa. Czyli świadomie zeszli na wysokość, na którą nie powinni schodzić, nic nie widząc.

Sprawa katastrofy, po miesiącach spiskowego szumu, wraca na właściwe tory. Niezależnie od tego, co znajdzie się w rosyjskim projekcie raportu i polskiej do niego glosie, zwolennicy teorii zamachu muszą udowodnić jedną z dwóch rzeczy: że były warunki pogodowe do lądowania na Siewiernym lub że Tupolew nie lądował. Katastrofa powraca z krainy ideologii do kokpitu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj