Macierewicz i Fotyga w USA – nic rzeczywiście nie załatwią?
Wyprawa pisowskich śledczych
Niewykluczone, że wyprawa Antoniego Macierewicza i Anny Fotygi do Waszyngtonu nie jest wcale pozbawiona sensu. W szaleństwie tym prawdopodobnie jest metoda, która nazywa się rezolucją Izby Reprezentantów.
Antoni Macierewicz
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Antoni Macierewicz

Szef pisowskiej komisji, która wyjaśnia przyczyny katastrofy smoleńskiej i główna ekspertka od spraw zagranicznych w partii Jarosława Kaczyńskiego mieli wyruszyć za ocean w poniedziałek. Oprócz przekazania listu – przesłania od prezesa, mają rozmawiać o projekcie rezolucji w sprawie powołania niezależnej międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn katastrofy. Ich głównym rozmówcą ma być Peter T. King – prominentny przedstawiciel Republikanów w Izbie Reprezentantów, który już w czerwcu apelował o to, by nad katastrofą pochylili się międzynarodowi eksperci. Sprawa wówczas nie miała dalszego ciągu, ale zapewniła mu w Polsce pewien rozgłos. Co zresztą Peter King najwyraźniej lubi. Przez lata słynął z popierania Irlandzkiej Armii Republikańskiej.

Nie wiadomo do końca, o co więc może teraz chodzić Macierewiczowi, oprócz tego, że zależy mu na maksymalnym rozgłosie, by przebić się do opinii publicznej ze swoją spiskową wizją przyczyn katastrofy prezydenckiego tupolewa. Ani poseł, ani była szefowa polskiego MSZ, nie zabrali w tej sprawie głosu, pozostają więc domysły. Niektórzy eksperci twierdzą, że dwójka polityków PiS walczy o rezolucję Izby Reprezentantów, którą miałby im załatwić właśnie kongresmen King, który kilka dni temu wygrał wybory w swym nowojorskim okręgu. – Moment wybrali dobry, bo kadencja kongresu dobiega końca, więc kongresmeni mają więcej czasu. Także na załatwianie tego typu mniej istotnych z ich perspektywy spraw – mówi amerykanista, prof. Zbigniew Lewicki.

Taką sprawą byłaby właśnie rezolucja dotycząca powołania komisji, z której uchwaleniem nie byłoby większego problemu. – Takich rezolucji Izba Reprezentantów uchwala w każdej kadencji mnóstwo, średnio nawet sześć dziennie. A to dlatego, że nie mają one żadnej mocy prawnej – twierdzi Lewicki. Tylko w ciągu ostatnich dwóch lat izba niższa amerykańskiego parlamentu uchwaliła ich ponad tysiąc. – Kongresmeni załatwiają to koleżeńsko – dziś ty zagłosujesz za moją, a ja jutro za twoją. Samo uchwalanie zajmuje minutę, najczęściej odbywa się ono przez aklamację. Poza wydźwiękiem propagandowym taki dokument nie znaczy nic – dodaje profesor. Na przykład ostatnio Izba Reprezentantów uczciła w ten sposób niejakiego Samuela Wilsona, żyjącego w XiX wieku masarza, będącego pierwowzorem słynnego "Wuja Sama".

Zdaniem niektórych komentatorów, taki „sukces” zupełnie usatysfakcjonuje PiS, który chwaliłby się rezolucją w każdy możliwy sposób. – Bo tak naprawdę, ta wizyta to jest gra na nerwach polskiego rządu i nic więcej. Oprócz spotkania w kongresie, Macierewicz z Fotygą mogą odbyć jedną, drugą konferencję prasową, pojawić się w jakimś think-tanku i tyle. Nie spodziewam się, by amerykańska, mainstreamowa prasa poświęciła im choć trochę miejsca – mówi prof. Henryk Szlajfer, ekspert od spraw amerykańskich.

 

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj