Platforma i pieniądze dla partii
PO i PR
Premier nie powinien zgłaszać pomysłów, których jedyną zaletą jest nadzieja na społeczny poklask.

Najnowszy sposób Platformy na ograniczenie wydatków z budżetu państwa dotyczy subwencji dla partii. Te pieniądze otrzymują co roku wszystkie ugrupowania polityczne, które w ostatnich wyborach parlamentarnych przekroczyły próg trzech procent zdobytych głosów.

Z przywileju korzysta obecnie siedem partii (PO, PiS, SLD, PSL, demokraci.pl, SdPl, UP), które w 2009 roku dostały w sumie 120 mln zł (co stanowi jakieś 0,4 proc. wydatków budżetu państwa). W tym roku suma będzie podobna. Do tego trzeba dodać rekompensaty za wydatki poniesione w kampaniach wyborczych do Sejmu i Senatu, europarlamentu i przed wyborami prezydenckimi.

Premier słusznie więc argumentuje, że jeśli już tniemy wydatki, to trzeba ciąć solidarnie. A więc nie tylko sięgać po pieniądze podatników np. podwyższając VAT, ale także uszczknąć coś politykom, tej – jak mówił kiedyś Tusk – „klasie próżniaczej”. Tyle tylko, że zapis w takim brzmieniu nie ma szans, bo nie zagłosuje za nim nawet koalicjant PO, czemu trudno zresztą się dziwić. Ludowcy, którzy mają problemy finansowe, zarzuciliby sobie na szyję pętlę, bo przy tak restrykcyjnych przepisach jak polskie, szczególnie małym partiom bardzo trudno byłoby przeżyć bez subwencji. Podobnie SLD, które zdecydowało się niedawno na sprzedaż swego matecznika przy Rozbrat.

Zarówno premier, jak i jego współpracownicy w PO zbyt długo są w polityce, by o tym nie wiedzieć. A skoro tak, to po co tracą czas i absorbują opinię publiczną pomysłami, które ocierają się o populizm i tani PR? Czyżby rzeczywiście w platformianych szufladach brakowało projektów, którymi można byłoby się pochwalić w ostatnim roku przed wyborami? „Skoro nie można ruszyć KRUS-u, emerytur górniczych czy mundurowych, walnijmy po kieszeni partie. A jak się nie uda, przynajmniej zapunktujemy w elektoracie” – tak zdaje się myśleć Platforma.

Gdyby miała w tej sprawie czyste intencje, dawno by się z nią uporała. Jakiś czas temu podobny pomysł – również forsowany przez PO - niemal został zrealizowany, i to z błogosławieństwem SLD i PSL. W kwietniu 2009 roku ich głosami parlament przyjął bardzo sensowną ustawę redukującą przez dwa lata wydatki na partie: od 44 proc. – jak w przypadku PO – do 7 proc. (PSL). Pomysłowi przeciwne było PiS i – co ważniejsze - prezydent Kaczyński, który zaskarżył go do Trybunału Konstytucyjnego. Ten zaś w styczniu tego roku orzekł, że ograniczanie subwencji jest zgodne z konstytucją, ale nie może obejmować okresu przed wejściem w życie ustawy.

Jednak Platforma przez dziesięć miesięcy nie zrobiła nic, by wadę usunąć. Tymczasem wystarczyło poprawić zakwestionowany przez TK przepis i partie dostałyby mniejsze subwencje i to już od 2011, a nie od 2012 roku jak chce PO. Bo to, że są zbyt wysokie, i to nie tylko w czasie kryzysu, jest poza dyskusją.   

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj