szukaj
Polska komisja zaprezentowała nagrania z wieży w Smoleńsku
Rosyjscy kontrolerzy zostawili polskich pilotów samych sobie w ostatniej fazie podchodzenia do lądowania – wynika z ich rozmów, upublicznionych przez polską komisję podczas podczas wtorkowej konferencji prasowej w Kancelarii Premiera.
Wieża kontroli lotów na lotnisku Siewiernyj pod Smoleńskiem
Agencja TVN24/PAP

Wieża kontroli lotów na lotnisku Siewiernyj pod Smoleńskiem

Podczas prezentacji, w której udział wzięło sześciu członków rządowej komisji badającej przyczyny katastrofy wraz z jej przewodniczącym, szefem MSWiA Jerzym Millerem, odtworzono nagrania rozmów w wieży, które polscy eksperci skopiowali z oryginalnej taśmy kilka dni po katastrofie. Nałożono je na rozmowy z kokpitu Tu – 154 (ale w przeciwieństwie do prezentacji MAK bez ostatnich, dramatycznych sekund, gdy katastrofa była już nieunikniona). Zapis tego, co działo się w kabinie odczytywali przez ostatnie miesiące polscy eksperci z Instytutu Ekspertyz Sądowych. Udało im się odczytać więcej, niż ekspertom rosyjskim. Dziennikarzom zaprezentowano również rekonstrukcję ostatnich minut lotu Tupolewa.

- Nie są to żadne nowe wątki, tylko pokazanie dowodów potwierdzających słuszność uwag przygotowanych w grudniu zeszłego roku przez polską komisję – mówił Jerzy Miller. Rzeczywiście zapisy rozmów, zdają się dowodzić tego, o czym mówiono od kilku dni - że Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) popełnił błąd ogłaszając, że praca kontrolerów nie miała wpływu na to, jak zakończył się lot. Nagrania z wieży świadczą o czymś innym. Choć - jak przyznał szef MSWiA - pochodzą tylko z jednego kanału, podczas gdy kontrolerzy korzystali z kilku.  

***

- Sam podjął decyzję, niech sam dalej… - mówił zastępca dowódcy bazy w Smoleńsku płk Nikołaj Krasnokutski kilka minut przed tym, jak prezydencki samolot uderzył o ziemię. - Sytuacja najprawdopodobniej przerosła zastępcę dowódcy bazy. Przyjął postawę bierną. Zostawia Tupolewa i załogę na własną odpowiedzialność. To karygodne postępowanie. Sygnał do podwładnych – niech sobie leci, sam będzie wykonywał podejście - komentował ekspert polskiej komisji badającej katastrofy major Robert Benedict.

Nagrania dowodzą po raz kolejny, że kontrolerzy prawie do ostatnich chwil potwierdzali pilotom, że są „na kursie, ścieżce”. Tymczasem ostatni z paru tego typu komunikatów z wieży padł w momencie, gdy maszyna znajdowała się 70 metrów poniżej ścieżki. Nie jest jasne, dlaczego Rosjanie nie zauważyli, że Polacy nie dość, że nie są na ścieżce, to jeszcze zboczyli z kursu. Pracę kontrolerów rejestrowała kamera, ale jak stwierdził MAK, z powodu awarii sprzętu obraz się nie zapisał. - Możemy powiedzieć tylko tyle, że gdyby kontroler pracował na właściwych wskaźnikach, nie miałby prawa mówić, że samolot jest na ścieżce i kursie – przyznał ekspert komisji Wiesław Jedynak. Zastrzegł też, że te urządzenia nawigacyjne, które były zainstalowane na wieży, nie pozwalały na odczytanie wysokości, na jakiej w danej chwili znajduje się samolot. Dawały jedynie możliwość stwierdzenia, czy maszyna jest na ścieżce do lądowania czy nie. 

Dopiero 18 sekund przed katastrofą z wieży padła komenda „horyzont 101”, co znaczyło natychmiastowe przejście na drugi krąg. Stało się to jednak trzy sekundy przed tym, gdy taką decyzję podjął kapitan Tupolewa, Arkadiusz Protasiuk. Wypowiedziane przez niego słowa „odchodzimy na drugi krąg”, potwierdzone przez drugiego pilota udało się odczytać polskim ekspertom (raport MAK tego faktu nie uwzględnił). Nie wiadomo jednak, jak szybko piloci zareagowali na komendę i dlaczego nie udało się wyprowadzić samolotu. Nad wyjaśnieniem tej zagadki polska komisja jeszcze pracuje. Wnioski mają znaleźć się w zapowiadanym na luty raporcie końcowym.

***

Zdaniem polskich ekspertów rosyjscy kontrolerzy w chwili, gdy Tu – 154 podchodził do lądowania byli u granic wytrzymałości psychicznej. - Działając pod dużą presją popełnili wiele błędów nie dając wystarczającego wsparcia załodze Tu – 154 podchodzącej do lądowania w ekstremalnie trudnych warunkach atmosferycznych – stwierdził major Benedict.

Z nagrań rozmów miedzy kontrolerami wynika jeszcze jedno – na wieży panował chaos. Kontrolerzy jeszcze przed startem Tupolewa z Warszawy wiedzieli, że pogoda uniemożliwia bezpieczne lądowanie.  Gdy prezydencki samolot stał jeszcze na płycie Okęcia, w Smoleńsku do lądowania dwa razy bezskutecznie podchodził rosyjski transportowiec Ił – 76. Przy pierwszym podejściu omal się nie rozbił. Wtedy w wieży pada zdanie: - Trzeba Polakom powiedzieć, że nie mają po co startować. Nikt jednak tego nie zrobił. Krasnokutski i jego podwładni zaczęli za to nerwowo wydzwaniać do przełożonych z prośbą o wytyczne, m.in. dotyczące ewentualnego skierowania na lotnisko zapasowe. Nie otrzymali ich, ale najwyraźniej pod wpływem tych rozmów, kontrolerzy, na początku przeciwni przyjmowaniu polskiego samolotu w Smoleńsku, zmieniają zdanie. Krasnokutski zdecydował w końcu, że pozwolą Tupolewowi zniżyć się jedynie do wysokości 100 metrów. Ale gdy maszyna była na wysokości 500 metrów, Krasnokutski złożył meldunek generałowi, którego nazwiska nie udało się ustalić: - Panie generale, podchodzi do trawersu. Wszystko włączone. Wszystkie reflektory w trybie dziennym. Wszystko gotowe.

Gdy samolot rozpoczął zniżanie, z nieznanych powodów kontrolerzy jakby zapomnieli o wcześniejszych ustaleniach by doprowadzić Tupolewa jedynie do wysokości 100 metrów. Choć widoczność cały czas się pogarszała i – jak twierdzą polscy eksperci – lotnisko nie było w stanie zapewnić bezpiecznego lądowania. Minister Miller nie chciał jednak powiedzieć, czy praca kontrolerów przyczyniła się do katastrofy. - To cały system czynników, jeśli jeden czy drugi zawiedzie, to na pewno pilotom nie pomogło - stwierdził. 

Kilka godzin po zakończeniu prezentacji zapis rozmów w wieży opublikował również MAK. Znaleźć je można tutaj.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj