Coraz bliżej wyboru władz IPN
Rada nierychliwa, ale (może) sprawiedliwa
Długo trzeba było czekać na wyłonienie przez tzw. Kolegium Elektorów kandydatów do Rady Instytutu Pamięci Narodowej. A przecież może okazać się ona kluczowa dla przyszłości Instytutu.

Rada nie będzie w IPN ciałem li tylko doradczym: ustali jego priorytety badawcze i kierunki działań, wskaże parlamentowi kandydata na nowego prezesa (będzie też mogła wnosić o jego odwołanie), opiniować ma także obsadę szefów pionów Instytutu. Jej kompetencje będą więc dużo większe niż Kolegium IPN, które ma zastąpić.

Najpierw jednak długo nie można było powołać Kolegium Elektorów. Najdziwniejsze, że za zwłokę odpowiada sama branża. Elektorów rekomendowały bowiem wydziały historyczne renomowanych uczelni i stosowne Instytuty PAN, co miało służyć profesjonalizmowi i apolityczności Kolegium. Środowisko historyków nie potrafiło jednak sprawnie wyznaczyć jego składu. I to pomimo, że powinno być zainteresowane uzdrowieniem sytuacji w IPN, bo mocno ucierpiało wskutek poczynań Instytutu pod wodzą Janusza Kurtyki. Chodzi nie tylko o lustracyjną nagonkę, ale przede wszystkim o reputację samego zawodu – nie bez powodu sami historycy zaczęli wyróżniać pracowników Instytutu deprecjonującym określeniem „historycy z IPN”.

Co jednak najważniejsze: jest szansa, by skład przyszłej Rady był o niebo lepszy niż obsada Kolegium IPN (zwłaszcza ta ostatnia).

To efekt działań ustawodawcy, który ustawił kandydatom precyzyjną poprzeczkę w postaci tytułu naukowego z historii lub prawa. Dzięki temu na prace IPN nie będą już mogli wpływać – jak to się działo nie tak dawno – owładnięta nagłą polityczną misją socjolog wsi bądź korzystający z partyjnych koneksji inżynier. Znaczenie miały też wnioski płynące z obserwacji ostatnich lat funkcjonowania Instytutu. To wtedy w jego kierownictwie rej zaczęła wodzić grupa o radykalnie narodowo-prawicowej orientacji, która postanowiła na nowo napisać historię najnowszą Polski – a zwłaszcza dzieje opozycji i oporu wobec komunizmu.

Swoje robili też faworyzowani przez kierownictwo „młodzi gniewni”, dla których podstawowym i jedynie wiarygodnym źródłem okazały się SB-ckie teczki, a celem życia – zdemaskowanie choćby najmniejszych, a w rzeczywistości uzasadnionych bądź… nic nie znaczących, kontaktów z komunistyczną władzą i systemem ludzi uchodzących dotąd za niekwestionowane autorytety.

Nie przez przypadek bowiem przez sito Kolegium Elektorów (kierowanego przez prof. Jana Kofmana, za PRL redaktora naczelnego „Krytyki”, jednego z najpoważniejszych pism drugiego obiegu) nie przeszły osoby, które wprawdzie legitymują się formalnymi tytułami naukowymi, lecz w minionych latach dały dowody lekceważenia podstawowych reguł metodologiczno-etycznych, które powinny cechować historyka. Symbolami niech będą tu nazwiska Jana Żaryna i Sławomira Cenckiewicza.

Równocześnie nazwiska kandydatów dowodzą, że Rada nie musi być wcale ciałem o jednolitych poglądach. Szansę na wybór dostali przecież chociażby profesorowie Andrzej Choynowski, Antoni Dudek i Piotr Franaszek. Nie sposób wprawdzie porównać ich do IPN-owskich jastrzębi, ale też zwykle mniej lub bardziej akceptowali dotychczasowe poczynania tej instytucji.

Teraz wszystko – jednak! – zależy znowu od polityków. Bo przecież Radę wybiera ostatecznie parlament (i  prezydent).

 

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj