szukaj
Debata nad odwołaniem Bogdana Klicha
Do ilu razy sztuka?
38 razy media donosiły o bliskim już odwołaniu ministra obrony narodowej.

Czasem odwoływany miał być w pakiecie z kilkoma innymi ministrami, przy okazji rekonstrukcji rządu, do której nigdy nie doszło. Czasem „odwoływano” go i indywidualnie.

Zarzuty stawiano mocne, choć nie zawsze równie mocno udokumentowane: nepotyzm (wspieranie instytucji, w której pracowała jego małżonka), kumoterstwo (obsadzenie kluczowych stanowisk w MON i przyległościach ludźmi z krakowskiego kręgu towarzyskiego), nieuzasadnione zakupy (kontrakt na samoloty Bryza za trudną do obrony cenę), czy brak uzasadnionych inwestycji (przeciągające się przetargi na lekki wóz opancerzony, czy samoloty bezzałogowe). Do tego zwykle dokładano  narażanie obronności państwa (uzawodowienie armii wprowadzone bez programów zmiany jej struktury i zdolności obronnych), narażanie żołnierzy na śmierć (braki sprzętowe w Afganistanie), doprowadzenie do upadku sił powietrznych (odpowiedzialność za kolejne katastrofy wojskowych samolotów i śmigłowców), czy wreszcie próba obarczenia go winą za katastrofę TU 154M.

Niech prokuratorzy ocenią, które z nich naprawdę obarczają Bogdana Klicha. Jednak trudno się dziwić, że 15 stycznia 2011 roku w programie RMF „Przesłuchanie” minister Klich wyznał: Przyzwyczaiłem się do życia w permanentnej dymisji. To jest moje doświadczenie przynajmniej od dwóch lat i jest to dla mnie stan naturalny. Zaskoczeniem dla mnie są te miesiące, w których nie mówi się o mojej dymisji bądź mojej rezygnacji.

Za to dziwić się można, że premier udaje, iż w takiej atmosferze można profesjonalnie przeprowadzić najważniejszy proces, przed jakim stoi polska armia od dziesiątek lat, czyli przejście na zawodowstwo. Wojsko to resort siłowy. Ile sił zostaje na działanie, kiedy ciągle trzeba bronić własnego stołka?

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj