szukaj
Ustawa medialna knebluje sieć
Deja vu, czyli kaganiec na Internet
Sejm z niezwykłą dla Wysokiej Izby zgodnością przyjął nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji (w środę zajmie się nią Senat). Tylko jeden głos wstrzymujący wyraził wątpliwości do zmian w prawie dotyczącym olbrzymiej - i rosnącej - części przestrzeni medialnej.

Bo wbrew nazwie, ustawa dotyczy także Internetu. Chce uporządkować sferę tzw. medialnych usług audiowizualnych - również w sieci - w tym również usług na żądanie. Pod tymi skomplikowanymi nazwami kryją się m.in. coraz popularniejsze w Internecie materiały wideo. Jeśli ustawa w tym kształcie przejdzie przez Senat i podpisze ją prezydent, nadawcy treści wideo będą musieli się rejestrować. Nałożone też zostaną na nich inne obowiązki, podobnie jak dziś na nadawców telewizyjnych.

Autorzy nowelizacji zastrzegają, że nowe prawo to jedynie adaptacja przepisów unijnej dyrektywy 2010/13/UE dotyczącej właśnie tego typu usług. Jako członek UE Polska nie ma wyjścia i prawo unijne musi wdrażać. Rzeczywiście, przepisy polskiej ustawy w wielu punktach są niemal dosłownie przepisane z dyrektywy. Część jest jednak twórczo rozwinięta. I tak, gdy dyrektywa mówi, że jej stosowanie nie powinno obejmować elektronicznych wersji gazet i czasopism, polski ustawodawca nie wytrzymuje i pisze, że ustawa nie dotyczy “elektronicznych wersji dzienników i czasopism oraz prasy udostępnianej w systemie teleinformatycznym pod warunkiem, że nie składają się w przeważającej części z audycji audiowizualnych.” Różnica niby niewielka, a jednak umożliwia potencjalnie rozszerzenie państwowej kontroli nad wszystkimi mediami, z prasą włącznie.

To jasne, że musimy stosować unijne prawo, czy jednak musimy być w Polsce gorliwsi od eurokratów? Unijna dyrektywa powstawała przez wiele lat i przez cały ten czas była krytykowana. Ślady tej krytyki można znaleźć m.in. w powstałej niedawno strategii regulacyjnej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (miałem przyjemność uczestniczyć w pracach eksperckich nad tym dokumentem). Wydawałoby się więc, że na poziomie legislacji krajowej można wady prawa unijnego przytępić, a nie zaostrzyć.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego tłumaczy w opublikowanym 14 marca oświadczeniu, że w nowelizacji chodzi tak naprawdę o coś innego, niż wyczytują krytycy nowego prawa. Owszem, jak tłumaczy resort, usługi audiowizualne na żądanie będą musiały być zgłaszane do ewidencji prowadzonej przez przewodniczącego KRRiT. Nie ma się jednak czego obawiać, bo przewodniczący nie będzie mógł wpisu odmówić.

To prawda, ale prawdą jest także uprawnienie KRRiT do kontroli sposobu udostępniania usług i możliwość zakazania świadczenia takiej usługi, gdy nadawca nie spełni określonych wymogów. We wspomnianej strategii regulacyjnej KRRiT nakłada na siebie wiele ograniczeń. Przede wszystkim zamierza korzystać ze swych prerogatyw przy jak największym udziale kontroli społecznej. Tyle tylko, że strategia to dokument wewnętrzny Rady, przyjęty na kilka lat. Wcześniej może zmienić się Rada i przyjąć inną, mniej liberalną strategię kontroli przestrzeni medialnej. Ćwiczyliśmy to tuż po 2005 r., za rządów PiS.

Zarówno unijna dyrektywa, jak i jej polska emanacja w postaci nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji to po prostu złe prawo. Zarówno w swym duchu, jak i literze. O zagrożeniach wynikających z próby regulacji mediów zmieniających się pod wpływem nowych technologii pisałem w “Polityce” już sześć lat temu (“Podregulować potwora”), przywołując niezwykle przenikliwe opinie Ithiela de Sola Pool.

Amerykański badacz nowych technologii medialnych pisał w 1983 r., w książce „Technologies of Freedom” (Technologie wolności), że rewolucja techniczna doprowadziła do paradoksalnego skutku: rozwój radia i telewizji spowodował regres w obszarze wolności wypowiedzi. „Wolność obywatelska funkcjonuje dziś w zmieniającym się kontekście technicznym. Przez pięćset lat toczona była walka - i tylko w nielicznych krajach skończyła się zwycięstwem - o to, by ludzie mogli mówić i drukować swobodnie, bez licencji, bez cenzury, bez kontroli. Ale nowe technologie komunikacji elektronicznej mogą dziś zepchnąć stare i wolne media komunikacji, takie jak czasopisma i pamflety, do narożnika publicznego forum. Elektroniczne formy komunikacji przesuwają się na środek sceny”.

Internet jeszcze wówczas praktycznie nie istniał, choć już powoli rozwijały się nowe formy komunikacji polegające na wymianie informacji między komputerami połączonymi w sieć. W formach tych de Sola Pool dostrzegł potencjał wolności, przedłużenie dorobku twórców obywatelskiej prasy drukowanej, która stała się jedną z podstaw demokracji. Ale też już wtedy, blisko ćwierć wieku temu, ostrzegał przed gorliwością biurokratów, którzy będą chcieli regulować wolność: „Łatwy dostęp, tani koszt, rozproszona inteligencja nowoczesnych środków komunikacji pozwalają żywić nadzieję. Powodem do obaw jest, paradoksalnie, jak ostrzegał Alexis de Tocqueville, demokratyczny impuls, by regulować zło. Największym powodem do niepokoju jest brak zrozumienia techniki przez polityków i ich skłonność, by rozwiązywać problemy prywatności, konfliktu, monopolu, praw własności intelektualnej przez zastosowanie biurokratycznej rutyny”.

Większość polskich parlamentarzystów nie zna zapewne analiz Poola. To pół biedy. O wiele bardziej obawiam się, że wielu z nich ciągle nie ma pojęcia o Internecie traktując to medium jak posłanka Iwona Katarasińska-Śledzińska - jako przestrzeń bałaganu i bezhołowia. Rzeczywiście, wystarczy popatrzeć, co dzięki takiemu bezhołowiu porobiło się w Tunezji i Egipcie. Niedopuszczalne.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj