Związkowcy strajkują i demolują
Zadyma przed KGHM
Związkowcy zdemolowali wejście do siedziby KGHM w Lubinie, bo najwyraźniej mieli ochotę na rozróbę.

Nawet Ryszard Zbrzyzny, poseł SLD i jednocześnie szef Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego nie był w stanie skłonić ich do bardziej cywilizowanej formy protestu. Prawdę mówiąc, trudno się też dopatrzyć powodów niezadowolenia. Średnia płaca w kombinacie miedziowym przekracza 9 tys. zł, a dzięki ogromnemu zyskowi (KGHM w ubiegłym roku zarobił 4,5 mld zł) mogą też liczyć na ogromne nagrody z zysku. Trudno więc uwierzyć, że domagają się jeszcze dodatkowo 300 zł podwyżki, bo dopiekła im drożyzna.

Chodzi raczej o to, żeby nie zmarnować tak dobrego czasu na wszelkie, nawet najbardziej nieuzasadnione żądania, jakim są ostatnie miesiące przed wyborami parlamentarnymi. Wtedy politycy stają się najbardziej ulegli i chętnie robią prezenty, za które potem latami płacą podatnicy. Tak przecież doszło do uchwalenia w 2005 roku specjalnych emerytur górniczych, za które płacimy wszyscy.

Związkowcom z Lubina chodzi nie tylko o podwyżkę. Żądają też, żeby KGHM po wsze czasy był kontrolowany przez państwo, tak jak obecnie. Żaden prywatny właściciel nie zgodziłby na tak wysokie płace. Nie są one przecież wynikiem wyjątkowej efektywności pracowników, ale wysokich cen miedzi na giełdach światowych. Akcjonariusze prywatnej firmy z pewnością nie zgodziliby się też utrzymywać z firmowych pieniędzy tylu związkowych liderów. To możliwe jest tylko „na państwowym”. Jest koniunktura, trzeba żądać. Jeśli nie teraz, to kiedy?

Nie podoba się też związkowcom nowy projekt ustawy o nadzorze właścicielskim, który pozbawi ich możliwości zasiadania w radzie nadzorczej kombinatu. Mało ich obchodzi, że to gremium reprezentujące interesy akcjonariuszy, a nie – związkowców. Są też przeciwni, by firma wydawała pieniądze na poszukiwanie nowych złóż poza granicami kraju. Uważają, że to strata pieniędzy, które lepiej przeznaczyć na podwyżki. To, że złoża w Lubinie są coraz trudniejsze do eksploatacji, wydaje się ich mało obchodzić.

Bezkarność związkowców z dużych przedsiębiorstw państwowych i niekończąca się spirala żądań mają też inne źródło. Jest nim rozłam w koalicji rządzącej, tradycyjna już „powtórka z rozrywki” w rządzie, którego uczestnikiem jest PSL. Ludowcy bardzo lubią rządzić, bo z tym wiąże się dostęp do intratnych stanowisk. Członkami koalicji rządzącej w ostatnim dwudziestoleciu byli już czterokrotnie. Im bliżej jednak wyborów, tym częściej mrugają okiem do elektoratu, dając do zrozumienia, że tak naprawdę to są w opozycji i za poczynania rządu nie czują się odpowiedzialni. Ostatnio mrugał tak Waldemar Pawlak, dystansując się od ministra skarbu, Aleksandra Grada, dążącego do debiutu akcji Jastrzębskiej Spółki Węglowej na warszawskiej giełdzie.

Pawlak stwierdził, że dopóki w spółce trwa konflikt, z wejściem na parkiet spieszyć się nie będzie. Oczko wicepremiera doskonale zrozumieli związkowcy, protest w Jastrzębiu trwa. Teraz na tym rozłamie w koalicji próbują coś ugrać w KGHM. Z pewnością nie jest to ostatni odcinek przedwyborczego serialu. Może w następnym coś do powiedzenia będzie miała również Platforma? 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj