Koniec X-Factor, początek ciężkiej pracy
O matko, Loska!
Pierwsza polska edycja “X Factora” udowodniła, że tytułowy artystyczny czynnik X można znaleźć na ulicy.

Nie chodzi tu tylko o ulicę w sensie dosłownym. Zwycięzca “X Factora”, Gienek Loska, ze swoim bluesowym zespołem od dawna z sukcesami koncertuje także pod dachem - w najróżniejszych salach koncertowych. Czego z oczywistych względów autorzy programu w TVN szczególnie nie akcentowali. Częściej przypominali to uliczne granie Loski. Trudno im się dziwić – talent show ma zgodnie z nazwą ów talent wyszukać, a nie tylko potwierdzić, że profesjonalista w danej branży go ma.

W pierwszej rundzie finału Ada Szulc wykonała popisowe “Fields Of Gold” z repertuaru Stinga. Loska – brawurową wersję “It’s A Man’s Man’s Man’s World” Jamesa Browna. Tu Maja Sablewska skomentowała: “Jesteś artystą kompletnym”. Po przeteatralizowanej wersji “You Are So Beautiful” w wykonaniu Michała Szpaka Kuba Wojewódzki uznał tego ostatniego za “prawdziwego, spełnionego artystę”, choć Szpak – wyraźnie zakłopotany rozmową na scenie - nie potrafił już odpowiedzieć, czy ma większe czy mniejsze szanse na zwycięstwo.

W drugiej rundzie finału (duety ze znanymi artystami) miał z całą pewnością większy potencjał, ale go nie wykorzystał. Uczestniczka Szulc przebiła słabo tego wieczoru rozśpiewaną Basię Trzetrzelewską w pierwszym duecie. Loska bezpiecznie obstawił Macieja Maleńczuka w bluesowym standardzie, przy okazji ściągając (jako jedyny) głosy dużego regionu miejskiego (Kraków – obaj panowie grywali tam na ulicy) i po raz kolejny eksponując swoją przeszłość. Szpak jako jedyny wypadł zdecydowanie blado w duecie z Alexandrą Burke, która Cohenowskie “Hallelujah” wykonała jak nauczycielka śpiewu.

Wszyscy uczestnicy dostali od razu lekcje na przyszłość. Szulc uświadomiła sobie, jak dawno temu Polacy odnosili w światowym popie zauważalne sukcesy (Trzetrzelewska, lata 80.). Loska zobaczył, czego jako eks-grajek uliczny w swojej przyszłej karierze robić nie powinien (grać cokolwiek i gdziekolwiek – bo to ostatnio robi Maleńczuk). Szpak sprowadził do nas laureatkę tego samego programu w brytyjskiej wersji. Pod względem autorskiego repertuaru artystkę niezbyt porywającą, ale za to genialną technicznie wokalistkę. Gdyby nie przyjechała, cała trójka polskich finalistów skończyłaby program z poczuciem dotykania głową artystycznego sufitu – jak to sugerowali jurorzy. A tak na szczęście okazało się, że każde ma jeszcze sporo pracy do wykonania (z czego Szpak najwięcej).

Wyraźnie podenerowany tego wieczoru Czesław Mozil zagroził wprawdzie, że gotów jest coś zrobić (nie dosłyszałem, co takiego) tym wszystkim, którzy siedząc przed telewizorem ośmielają się złośliwie komentować, mimo że sami tak nie potrafią. Ale bez przesady. Przecież to tylko telewizja i ten program, choć poświęcony muzyce, jest przede wszystkim po to, by komentować i się towarzysko spierać.

Na marginesie warto dodać, że Michał Szpak dostał - jako drugi w konkursie – nagrodę pocieszenia. Jest nią występ przed wielką publicznością w trakcie festiwalu, który odbędzie się niebawem na stadionie Legii Warszawa. Szybciej niż myślał przetestuje więc na własnej skórze to, o czym mówili w programie jurorzy – czy jego postawa doprowadziła do jakichś przemian obyczajowych i poszerzyła tolerancję dla inności w Polsce.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj