Weto do ustawy o dostępie do informacji?
Udostępnianie przez zamykanie
Rząd przez wiele miesięcy konsultował ustawę z środowiskami społecznymi, a potem jednym głosowaniem te ustalenia złamał. Czy można się dziwić internautom, że teraz się na rząd obrazili?

Dostęp do informacji publicznej to jedno z podstawowych praw obywatelskich. Nikt w krajach demokratycznych tego prawa nie kwestionuje, gorzej jednak z jego praktycznym rozumieniem. Zwłaszcza w epoce Internetu, kiedy cyfrowe technologie natrętnie podpowiadają dziesiątki wygodnych sposobów udostępniania informacji gromadzonych przez władzę i administrację publiczną.

Odpowiedzią na te nowe możliwości miała być nowelizacja ustawy o dostępie do informacji publicznej. Z jednej strony modernizuje ona prawo do wymogów epoki cyfrowej, z drugiej implementuje unijną dyrektywę o ponownym wykorzystaniu informacji. Proces legislacyjny przebiegał wzorowo, władza rozmawiała z obywatelami, a w wyniku konsultacji z proponowanego przez rząd tekstu usunięty został artykuł wprowadzający możliwość ograniczenia dostępu do informacji publicznej z powodów uzasadnionych ważnym interesem gospodarczym państwa.

Ustawa przeszła przez Sejm, trafiła do Senatu, gdzie senator Marek Rocki zaproponował poprawkę polegającą na przywróceniu owego artykułu (w nieco zmienionej wersji). Poprawiony tekst wrócił do Sejmu, gdzie został przyjęty ku wielkiej radości posłów Platformy, których obowiązywała podczas głosowania dyscyplina partyjna. Sprawa oburzyła media i organizacje społeczne, a także opozycję. Od piątku trwa atak na Prezydenta, by ustawę zawetował lub skierował do Trybunału Konstytucyjnego. W poniedziałek  przed uczestnikami konferencji „Internet na rozdrożu” tłumaczył się Michał Boni, minister w Kancelarii Premiera.

Rządowy strateg, główny moderator rozmów ze stroną społeczną i promotor rozwiązań prawnych mających zwiększać dostęp do cyfrowych zasobów publicznych przez Internet - nie tylko informacji publicznej, lecz także treści kulturalnych, naukowych, edukacyjnych - próbował tłumaczyć coś, co wytłumaczyć trudno. Michał Boni przekonywał, że artykuł 53a został przywrócony w imię ochrony interesu publicznego. Nie miejsce tu, by wykazywać, że to naciągana argumentacja. Istotniejszy jest bowiem ogólniejszy wymiar sprawy.

Po pierwsze, tu pełna zgoda z Michałem Bonim, rozwój Internetu spowodował, że potrzebna jest szeroka debata, by ustalić równowagę między obywatelską wolnością, a interesem i bezpieczeństwem państwa i społeczeństwa. Ciągle poruszamy się po omacku, czego dowodzi nie tylko spór o dostęp do informacji publicznej, lecz także inne regulacje dotyczące kontroli Internetu: przechowywania przez operatorów danych o ruchu użytkowników, dostępu do informacji elektronicznej przez organy ścigania i służby specjalne, ochrony praw autorskich.

Po drugie, „sprawa artykułu 5a” przypomniała, że czas zdyscyplinować proces legislacyjny - jeśli bowiem rzeczywiście parlamentarnej większości zależało tak bardzo na interesie publicznym to dlaczego naruszyli go, łamiąc zasady stanowienia prawa? Czy interes gospodarczy państwa jest ważniejszy od poszanowania zasad państwa prawa?

Po trzecie, piątkowe głosowanie zniszczyło kapitał zaufania gromadzony przez miesiące wspólnej pracy strony rządowej i społecznej. Wydawało się, że nastąpiła w Polsce istotna zmiana, jeśli chodzi o sprawowanie władzy i porozumiewanie się jej z obywatelami. W piątek wieczorem optymistów czekała kąpiel pod zimnym prysznicem. Michał Boni przekonywał środowiska internetowe, że zbyt wiele razem zostało osiągnięte, by teraz się obrażać i zmarnować dorobek. Fakt, nikt też się nie obraża, to zbyt dziecinne. Co jednak z zaufaniem? Czy to nie zbyt naiwne?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj