Co planują Tusk i Kaczyński?
Wszystko w dwóch głowach
Mijają tygodnie od wyborów, komentatorzy i obserwatorzy wołają: Tusku, pokaż ten rząd, zacznij wreszcie te wielkie reformy! A Tusk nic.

Nie telefonuje do Grzegorza Schetyny ani do klubu i właściwie nie wiadomo, z kim rozmawia, wyjąwszy grono najbliższych przyjaciół, niekoniecznie najbardziej politycznie aktywnych. Nie zbierają się władze partii, aby przynajmniej porządnie uczcić wyborczy sukces. Ci, którzy zwykli się przedstawiać jako „dobrze poinformowani”, okazują się poinformowani wyjątkowo marnie. Nawet prezydent wydaje się zdezorientowany i wysyła dość dziwne komunikaty: a to zaprosi Tuska z Pawlakiem na konsultacje „koalicyjne”, zmienione dość szybko w „polityczne” (bo to jednak lepiej brzmi), a to jego otoczenie wyśle komunikat, że przed pierwszym posiedzeniem Sejmu prezydent spotka się z premierem i marszałkiem Sejmu, jakby rzecz raczej rutynowa miała być zdarzeniem politycznym wielkiej rangi.

Najwyraźniej nikt nie wie, co rodzi się w głowie Tuska, bo wszystko jest dziś w jego głowie i nawet poczet pretendentów do różnych stanowisk (klub parlamentarny, Sejm, rząd) maleje. Kandydaci (w pierwszym medialnym kadrowym obrocie po wyborach znajdują się głównie ci, którzy sami wymyślili, że mogą objąć jakieś stanowiska) tracą wiarę, że częste stawanie przy głównych sejmowych schodach, aby udzielić stosownego komentarza na każdy możliwy temat, może przynieść jakikolwiek rezultat.

Na razie premier powiedział jedno – marszałkiem Sejmu będzie Ewa Kopacz, ustalił też zasady wewnątrzpartyjnej konkurencji, cała reszta to giełda i plotki. Premier trzyma swą partię w potrzasku niepewności, studzi rozgorączkowane głowy. Być może czeka, aż wyczerpią się tematy narad partyjnych frakcji, dywagacje, spekulacje, aż się wszyscy zmęczą tym czekaniem i potem przyjmą jego decyzje z radością, że wreszcie zapadły. W wywiadzie dla POLITYKI powiedział wprawdzie, że rewolucyjnych zmian nie będzie, wskazał ministrów, którzy mogą liczyć na miejsca w rządzie, ale podobno nadzieja umiera ostatnia i na personalne roszady – rzecz zawsze najbardziej emocjonującą – wszyscy czekają.

Tymczasem wypada przede wszystkim czekać na exposé, gdyż dopiero po nim będzie można określić, z czym premier rozpocznie nową kadencję, co uzna w tych niepewnych czasach za najważniejsze. Być może da też sygnał, jakie on sam ma plany, czy chce mimo wszystko powalczyć o jeszcze jedną kadencję, czy też po trzech latach na przykład odda partię w inne ręce, a sam będzie się przymierzał do prezydentury. Na razie zdobył tyle, ile nikt przed nim.

W swego rodzaju potrzasku znalazła się też największa partia opozycyjna. W PiS i jego okolicach (może nawet bardziej w okolicach niż w samej partii) zagotowało się po wystąpieniach Zbigniewa Ziobry, do niedawna zwanego Delfinem, co miało sugerować, że jest naturalnym następcą Jarosława Kaczyńskiego. Jak się okazuje, nigdy nim nie był. Kaczyński publicznie już wyznał, że swoją partię chciał powierzyć Januszowi Kurtyce, a Ziobro miał pozostać owym Zizi czy Zizu, jak określają go przyjaciele. Pożyteczny, gdy trzeba, ale do odstawienia, gdy zbędny, a już na pewno nie lider.

Wprawdzie jego zwolennicy deklarują, że dumni są z faktu bycia ziobrystami, ale jak przyjdzie co do czego, mogą stać się mniej dumni. Taki Kazimierz Michał Ujazdowski czy Jarosław Sellin też byli kiedyś dumnymi konserwatystami, a skończyło się na wyjątkowo wiernej, zupełnie pozbawionej dumy służbie u prezesa. Kaczyński może Ziobrę usunąć i niewiele straci, zresztą już podczas układania list dawał znaki, że chce postawić na nieco innych ludzi. Na razie jednak dla Kaczyńskiego Ziobro ma pewną wartość, co zresztą pokazały wybory, w których ziobryści wypadali dobrze, a ludzie prezesa różnie. Wyrzucić teraz Ziobrę nie najlepiej, ale trzymać go też niebezpiecznie, bo jednak jakiś rozłam powstać może.

Tak naprawdę wszystko jest w głowie prezesa Kaczyńskiego, bo nikt nie wie, jakie są jego plany. Dziś PiS jest praktycznie całym jego życiem, ale czy będzie chciał zostawić je komuś w spadku? Wprawdzie trudno sobie wyobrazić, że prezes myśli „po mnie choćby potop”, ale dawną moc lidera niewątpliwie stracił. Polska jest dziś zatem w dwóch głowach: Tuska i Kaczyńskiego, a reszta kręci się dość bezradnie dookoła, czekając na jakiekolwiek rozstrzygnięcia.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj