Gdzie się schował Bartosz Arłukowicz?
Taktyka strusia
W sprawie nowej listy leków refundowanych zarówno minister Arłukowicz, jak i jego zastępcy, nabrali wody w usta. Oddają walkowerem, choć im dłużej będą milczeć, tym bardziej prawdopodobne, że rząd pójdzie w końcu na ustępstwa.

Bartosz Arłukowicz, do tej pory chętnie demonstrujący swoją lewicowość, sam sobie przyprawił gębę liberała, niewrażliwego na ludzką krzywdę. Media od dwóch dni zajmują się głównie nową listą leków refundowanych, za które niektórym grupom pacjentów przyjdzie od nowego roku płacić więcej (w przypadku chorych na cukrzycę różnica może być dotkliwa). A tymczasem Ministerstwo Zdrowia - pod wodzą Bartosza Arłukowicza właśnie – wypowiadać w tej sprawie się nie chce. Nie zaprzecza zarzutom, nie tłumaczy ani swoich racji, ani dlaczego listę opublikowano tuż przed Wigilią. Zarówno sam minister, jak i jego zastępcy, nabrali wody w usta. Oddają walkowerem, choć im dłużej będą milczeć, tym bardziej prawdopodobne, że rząd pójdzie w końcu na ustępstwa.

Tymczasem my, pacjenci, jesteśmy w tym sporze tylko zakładnikami. Twarda, bezpardonowa walka toczy się między producentami leków - zwłaszcza potężnymi, międzynarodowymi koncernami - a ministerstwem właśnie. Producenci walczą o swoje zyski, bardzo uzależnione od tego, czy ich specyfiki znajdą się na listach. To wielkie pieniądze i chwyty w tej walce często bywają nieczyste. Budżet, czasem nieudolnie, walczy o to, żeby za leki zapłacić możliwie jak najmniej. Jak się okazuje – nieraz kosztem pacjentów. Państwowa kasa nie jest bowiem bez dna.

Tę walkę ministerstwo toczy jednak nie o swoje, ale o nasze, podatników pieniądze. I ma w niej poważne argumenty. Zasada, w myśl której skonstruowano listy, jest taka – żebyśmy możliwie jak najczęściej leczyli się generykami, czyli lekami już nie objętymi ochroną patentową (a więc dużo tańszymi od tzw. innowacyjnych). Różnica w cenie bardzo często nie jest bowiem uzasadniona skutecznością leczenia. Jeśli pacjent, mimo to woli kurować się specyfikiem droższym, musi dopłacić. Zasada ta obowiązywała także do tej pory. Znaczna część medialnej wrzawy wynika więc z tego, żeby ci - o których lekach krzyczy się najgłośniej - jednak trafili albo też wrócili na listy. Wtedy, być może, wypadną inni. Bo budżet na leki nie jest, niestety, z gumy.

Ministerstwo Zdrowia wybrało najgorszą taktykę, która jego szefa i cały rząd może sporo kosztować. Pacjentom też przysparza niepotrzebnego zdenerwowania. Nawet, jeśli listę refundacyjną trzeba będzie poprawiać, lepiej robić to w wyniku dyskusji, niż w atmosferze skandalu. Wtedy bowiem najłatwiej ulec lobbystom, a nie – argumentom.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj