Premier spotkał się z lekarzami
Pieczętują zamiast leczyć
Spotkanie lekarzy i aptekarzy z premierem Donaldem Tuskiem nie ostudziło emocji. Szef rządu broni nowej ustawy refundacyjnej, choć nie wyklucza drobnych korekt. Lekarze zaś nadal traktują pacjentów jak zakładników i nadal zamierzają protestować.

Zamiast wypisywać recepty ze stopniem refundacji leku, przybijają na nich pieczątkę z napisem „refundacja do uznania NFZ”. Stwierdzili bowiem, w sporej części nie bez racji, że nie mają możliwości sprawdzenia, czy pacjent naprawdę jest ubezpieczony. Aptekarze także boją się finansowej odpowiedzialności, więc żądają pełnej ceny. Także wtedy, gdy recepta jest dla dziecka – w Polsce ubezpieczeniem objęte są wszystkie dzieci. Zamieszczone na internetowej stronie NFZ zapewnienia jego szefa, że fundusz zadowoli się oświadczeniem pacjenta i nie będzie odpowiedzialnością finansową obarczał lekarzy, protestujący uznają za niewystarczające. Zapewnienie to nie przepis, nie ma żadnej mocy prawnej. Za jakiś czas ktoś uzna, że było bezprawne.

Szczególnie bulwersujące są przypadki, gdy medycy nie rezygnują z drastycznej formy protestu nawet wtedy, gdy wypisują recepty na leki nowotworowe. W tym przypadku bowiem pieczątka protestacyjna oznacza dla chorego konieczność wielokrotnie wyższej opłaty. Ograniczenie, a nawet brak możliwości by chory zrealizował receptę jest szczególnie niebezpieczny dla zdrowia, a nawet życia. Po kilku dniach protestu widać więc, jak sympatia opinii publicznej powoli odwraca się od lekarzy, a coraz więcej osób uważa, że łamią oni podstawową w medycynie zasadę – po pierwsze nie szkodzić. Ich protest bowiem, niezależnie od słuszności oraz tego, w kogo ma być wymierzony, tak naprawdę uderza w pacjentów. O tym więc, jak szybko minister zdrowia zgodzi się na korekty, zdecyduje dalsza reakcja opinii publicznej.

Drastyczne formy protestu mogłyby sugerować, że ustawa refundacyjna wprowadziła do systemu opieki zdrowotnej zmiany rewolucyjne. Tymczasem do tej pory świadczeniodawca, czyli publiczna przychodnia lub szpital także miały obowiązek sprawdzenia, czy pacjent ma prawo do ubezpieczenia i trzeba było przedstawić stosowne zaświadczenie. Jednak finansowe skutki ewentualnej pomyłki (w wyniku której NFZ nie chciał za usługę lub receptę zapłacić) ponosiła publiczna placówka. Teraz ma je ponosić sam lekarz i ewentualnie płacić z własnej kieszeni. Utrata własnych pieniędzy wydaje się o wiele bardziej bolesna, niż pieniędzy publicznych. Stąd ostrość protestu.

Wielu komentatorów wyciąga z tego wniosek, że całego zamieszania i stresów chorych można było uniknąć, gdybyśmy mieli w kraju elektroniczne karty ubezpieczeniowe, potwierdzające prawo do publicznej opieki medycznej. Takie karty od lat obowiązują na Śląsku. Jednak najwięcej skarg, jakie wpływają w wyniku protestu do rzecznika praw pacjenta, pochodzi z Mazowsza i Śląska. To wskazuje, ze psa pogrzebano w innym miejscu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj