MON rezygnuje z budowy korwety
Przekuwamy porażkę na sukces
Ostateczne zatopienie korwety Gawron to odważna i mądra decyzja. Pod warunkiem, że MON znajdzie pomysł na to, co dalej. Tym bardziej, że sprzedaż kadłuba to raczej mrzonka.

Zatopienie projektu Gawron (budowa kilku korwet dla Marynarki Wojennej) przesądzone było już kilka lat temu. Zdecydowały o tym pieniądze. A raczej ich brak. Polska armia ma ogromne potrzeby modernizacyjne. Wielkim zasysaczem pieniędzy okazały się wojska lądowe, których kompletne zacofanie sprzętowe udowodnił Irak, a później Afganistan. W sytuacji, w której tracimy kilkanaście rosomaków rocznie, po prawie 20 milionów złotych sztuka, trudno liczyć, że znajdą się jakieś ekstra pieniądze na korwetę. NATO to drogi klub, a członkostwo zobowiązuje.

Każdy z czterech poprzednich ministrów obrony narodowej, który miał wpływ na przyszłość Gawrona, bał się podjąć jednoznaczną decyzję. Wiedzieli, że Gawron może pociągnąć na dno również ich. W efekcie przez większą część realizacji tej inwestycji projekt był na finansowej kroplówce MON. Pieniędzy skapywało na tyle dużo, żeby pacjenta utrzymać w śpiączce. Ale zdecydowanie za mało, żeby go wyleczyć i przywrócić do świata żywych. Wraz z pacjentem umierać zaczął również szpital (stocznia Marynarki Wojennej weszła w stan upadłości).

Po 10 latach trwania budowy okazało się, że nawet na kroplówki już nas nie stać. W międzyczasie na Gawrona wykapało z budżetu ponad 400 milionów zł. Za podobne kwoty na świecie można kupić gotową korwetę. Nasza jest zaledwie kadłubem, albo - jak mówią złośliwi - kadłubkiem. To między innymi efekt imperialnych ambicji pomysłodawców. Coś co miało być zwykłym okrętem tej klasy, w trakcie realizacji zaczęło się rozrastać do rozmiarów niebotycznych. Gawron miał być super korwetą o wyposażeniu jakiej świat nie widział. Budowany był w tempie i stylu, którego również świat nie widział. Do ukończenia jej w zaplanowanym kształcie potrzeba jeszcze ponad miliarda zł. Budżet kraju na dorobku takiego wysiłku nie udźwignie. Było to wiadomo już jakieś pięć lat temu. Trudno się dziwić, że trudne pytania zaczynają stawiać prokuratorzy, a za chwilę z pewnością również Najwyższa Izba Kontroli.

Teraz trzeba ratować to, co zostało. MON chce sprzedać kadłub. Pytanie tylko, czy może? Nie wiadomo, jak jest podpisana umowa licencyjna i czy niemiecki właściciel projektu wyrazi zgodę na jego sprzedaż. Nawet jeśli uda się pokonać te rafy, to pytanie: kto kupi 10 - letni kadłub? Jedno jest pewne - nikt nie zapłaci za niego 400 milionów zł. Dlatego coraz więcej specjalistów namawia decydentów, żeby na gruzach Gawrona zbudować coś nowego. Polska Marynarka Wojenna ćwiczyła już takie scenariusze. ORP Kontradmirał Xawery Czernicki to niedoszła stacja demagnetyzacyjna bardzo udanie przerobiona na okręt wsparcia logistycznego. Czernicki to nasza wizytówka w NATO. Gawron również może być porażką przekutą na sukces. Trzeba tylko mieć jakiś pomysł. Ale z tym nie jest najlepiej.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj