Sąd skazał byłego szefa UOP
Koniec pierwszej odsłony Orlengate
Jak oceniać wyrok sądu, którego uzasadnienie jest tajne? Skazani Zbigniew Siemiątkowski Ryszard Bieszyński mają zasznurowane usta. Mogą jedynie powtarzać, że są niewinni, ale kto im uwierzy?

Po wieloletnim procesie sąd w składzie trzech zawodowych sędziów uznał, że były szef UOP Zbigniew Siemiątkowski i jego podwładny Ryszard Bieszyński, b. szef Zarządu Śledczego UOP są winni. Tego pierwszego skazał na rok więzienia, a drugiego na 10 miesięcy, obu w zawieszeniu na trzy lata.

Trzeci oskarżony, b. wiceszef UOP Mieczysław Tarnowski został uniewinniony. Sprawa zaczęła się dziesięć lat temu. 7 lutego 2002 r. ówczesny prezes PKN Orlen Andrzej Modrzejewski został zatrzymany przez UOP i doprowadzony do prokuratury, gdzie postawiono mu zarzut ujawnienia poufnej informacji Grzegorzowi Wieczerzakowi. Po kilku godzinach prezesa zwolniono, ale rada nadzorcza spółki błyskawicznie odwołała go ze stanowiska. Skandal wybuchł dwa lata później, kiedy Wiesław Kaczmarek, były minister skarbu w rządzie Leszka Millera, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” ujawnił, że decyzja o wyeliminowaniu Modrzejewskiego zapadła podczas narady, w której poza nim udział wzięli premier Miller, minister sprawiedliwości Barbara Piwnik i szef UOP Zbigniew Siemiątkowski. Rzeczywistym powodem tego działania miało być, według Kaczmarka, zablokowanie przygotowywanego kontraktu na dostawy ropy o wielkiej wartości.

Sprawą zajęła się katowicka prokuratura, a w Sejmie powołano komisję śledczą. Sąd uznał zatrzymanie Modrzejewskiego za bezzasadne. W 2006 r. został uniewinniony – stwierdzono, że niczego poufnego Grzegorzowi Wieczerzakowi nie ujawniał.

Uczestnicy narady u premiera, poza Wiesławem Kaczmarkiem, zgodnie zaprzeczyli, jakoby mieli naciskać na zatrzymanie Modrzejewskiego. Zarzuty postawiono nie im, ale wyłącznie kierownictwu UOP. Cała trójka podejrzanych, a później oskarżonych broniła się, że czynność zatrzymania prezesa Orlenu nie była postępowaniem własnym UOP, ale została zlecona przez Prokuraturę Okręgową z Warszawy. – To tak, jakby oskarżać policjanta, że dokonuje zatrzymania na wniosek prokuratora – mówi nam jeden z uczestników procesu. – Przecież gdybyśmy nie wykonali wydanego na piśmie polecenia pani prokurator, też zostalibyśmy oskarżeni.

Zatrzymanie Modrzejewskiego niewątpliwie było nieczystą zagrywką. Prokuratura nie miała wtedy podstaw, aby tak go potraktować. Mógł dostać zwykłe wezwanie na przesłuchanie, bez szumu i zbędnej otoczki medialnej. Dzisiejszy wyrok sądu na szefów UOP, może sprawiedliwy, a może drakoński (z powodu klauzuli tajności opinia publiczna tego się nie dowie) przypomina jednak karanie posłańców złych wiadomości. Byłby uzasadniony, gdyby podczas zatrzymania doszło do przekroczenia uprawnień, użycia niepotrzebnych środków przymusu, siły fizycznej, lub gdyby UOP działał na własną rękę. Z powodu tajnego uzasadnienia nie dowiemy się, dlaczego sąd uznał dwóch z trzech oskarżonych za winnych, a trzeciego uwolnił od kary. Przecież cała trójka wspólnie firmowała działania swojej instytucji. Nie wiemy też, dlaczego warszawska prokuratura, która bezzasadnie nakazała zatrzymanie i doprowadzenie prezesa Orlenu, nie poniosła z tego powodu żadnych konsekwencji.

Zupełnie inaczej potraktowano funkcjonariuszy ABW, którzy próbowali zatrzymać Barbarę Blidę, co zakończyło się jej śmiercią. Żaden nie poniósł konsekwencji, podobnie jak prokuratorzy, którzy nakazali ABW doprowadzenie Blidy.

Sprawa zatrzymania prezesa Orlenu będzie miała ciąg dalszy. Skazani już zapowiedzieli, że się odwołają.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj