Nie żyje Włodzimierz Smolarek
Włodek lwie serce
Zawodowo grał w piłkę niemal do czterdziestki. Zawsze uchodził za okaz zdrowia.

Na inauguracyjnym meczu reprezentacji Polski na Euro czekałoby na niego miejsce w loży honorowej, obok dawnych przyjaciół z boiska. Cieszył się na ten turniej. Przez długie lata grając, a potem pracując na Zachodzie, zdążył się napatrzyć na futbol przez duże F i marzył po cichu, by taka impreza odbyła się kiedyś w Polsce. Mimo że od lat mieszkał w Holandii, nie pozostawał obojętny na to, co dzieje się w krajowej piłce, a zwłaszcza w jej reprezentacyjnym wydaniu.

Recenzentem był dość krytycznym – swojemu synowi, Ebiemu, powiedział swego czasu: pogadamy o piłce, jak dwa razy zagrasz na mistrzostwach świata.
W kadrze narodowej zagrał 60 spotkań, czyli, w myśl umownych przepisów, osiągnął granicę, która zapewnia członkostwo w Klubie Wybitnego Reprezentanta.

Bramek dla Polski strzelił wprawdzie tylko 13, ale niemal zawsze były to ważne gole – jak choćby dwa wbite NRD w wygranym 3:2 w październiku 1981 roku wyjazdowym meczu, który zapewnił reprezentacji Antoniego Piechniczka bilety na mundial w Hiszpanii, gdzie zajęła ona trzecie miejsce.

To właśnie Smolarek przełamał tam strzelecką niemoc w trudnym spotkaniu z Peru, gdy po dwóch bezbramkowych remisach w grupie (z Włochami i Kamerunem), Polakom zajrzało w oczy widmo odpadnięcia z turnieju. Na samym mundialu Smolarek znalazł się nieco w cieniu Zbigniewa Bońka, ale jednym z najbardziej pamiętnych obrazków tamtych mistrzostw pozostanie zabawa Smolarka w kotka i myszkę z radzieckim obrońcami – pod koniec meczu, broniąc upragnionego remisu, Smolarek biegł z piłką w róg boiska, zasłaniając ją przed przeciwnikami. Nie było to może zachowanie z podręcznika fair play, ale wtedy stawką był awans do półfinału mistrzostw świata oraz zastrzyk szczęścia dla rodaków pozostawionych w kleszczach stanu wojennego. A awans kosztem ZSRR miał dodatkową wymowę.

Na zawsze pozostanie jedną z legend łódzkiego Widzewa, w barwach którego był wyróżniającą się postacią podczas pucharowego karnawału wiosną 1983 roku, gdy do Łodzi ściągały uznane europejskie firmy, a zwycięski pochód przerwał dopiero w półfinale Pucharu Mistrzów Juventus Turyn. Mówiło się wtedy o „widzewskim charakterze”, który był synonimem gry nieustępliwej, do końca, bez względu na markę rywala i własne słabości, a jednym z piłkarzy, którzy o tym charakterze stanowili najbardziej był właśnie Smolarek. Sam zresztą przyznawał, że nadzwyczajnego talentu do futbolu nie miał, wszystko, do czego doszedł zawdzięczał pracy, ambicji i uporowi.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj