Nowe prawo prasowe uśmierci media?
Precz z prasą
Proszę się przygotować na kolejną aferę. Senat RP rozpoczął właśnie oficjalne konsultacje (mają potrwać tylko do końca kwietnia) nad własnym projektem nowelizacji prawa prasowego.

Gdyby ten projekt przeszedł, może oznaczać faktyczny koniec polskiej prasy, zwłaszcza nagłą śmierć jej funkcji krytycznych i opiniotwórczych. To kuriozum we współczesnej Europie, nawet w porównaniu z ograniczającymi wolność mediów wyczynami premiera Orbána, ewidentna próba odwetu polityków na bezczelnej i dokuczliwej prasie. O co chodzi?

Najkrócej rzecz wygląda tak: otóż w dwóch orzeczeniach z 2004 i 2010 r. Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że polskie prawo prasowe (z 1984 r.) niezbyt precyzyjnie definiuje dwie formy możliwej reakcji na publikację: „twardsze”, chronione sankcjami karnymi dla redaktorów, sprostowanie oraz „bardziej miękką” – odpowiedź. Co prawda w praktyce i orzecznictwie przyjęło się, że sprostowanie odnosi się tylko do faktów, a odpowiedź (polemika) może dotyczyć również ocen, ale granice te – uznał TK – są nieprecyzyjne i nakazał do 14 czerwca 2012 r. przepisy uściślić. Senat, wykonując tę dyspozycję, postanowił zignorować gotowy już i wydyskutowany projekt nowelizacji (będący w dyspozycji Ministerstwa Kultury) i zaproponować własny, łączący obie te prawne instytucje pod wspólną nazwą „odpowiedzi”.

Kluczowy nowy art. 31.1. prawa prasowego miałby uzyskać brzmienie: „Na wniosek osoby fizycznej, osoby prawnej lub jednostki organizacyjnej niebędącej osobą prawną, której bezpośrednio dotyczy opublikowany materiał prasowy, redaktor naczelny właściwego dziennika lub czasopisma lub innej właściwej redakcji jest obowiązany do bezpłatnego opublikowania rzeczowej odpowiedzi odnoszącej się do faktów podanych w tym materiale prasowym lub zawartych w nim ocen”. Pod groźbą kary taka odpowiedź o objętości nieprzekraczającej „dwukrotnej objętości fragmentu materiału prasowego, którego dotyczy”, nie może być skracana, zmieniana, komentowana, a na żądanie zainteresowanego, zgłoszone nawet po kilku miesiącach, musi być opublikowana w tym samym dziale gazety, audycji lub programu.

Prawnicy, poproszeni o opinię przez Izbę Wydawców Prasy, nie mają wątpliwości: „przyjęty model »odpowiedzi« pozwala de facto na dowolną polemikę (replikę) osoby zainteresowanej w odniesieniu do każdego materiału prasowego, który jej »bezpośrednio« dotyczy. Odpowiedź staje się typowym »listem do redakcji«, który redaktor naczelny będzie musiał każdorazowo publikować, pod groźbą odpowiedzialności karnej. Odpowiedź może dotyczyć wszelkich ocen, zarówno pozytywnych, negatywnych, a nawet obojętnych”. Proszę sobie wyobrazić, co oznacza obowiązek publikacji, w dwukrotnej objętości, wszelkich polemik odnoszących się do jakichkolwiek ocen (bo nie chodzi tu o prostowanie faktów) zawartych w gazecie…

Każdy przytoczony fakt może być zawsze uzupełniany, „uściślany”, każda opinia „rozwinięta” lub skomentowana. Negatywny artykuł o polityku i jego partii, o rządzie i ministrach, jakakolwiek wypowiedź o firmie, przedsięwzięciu gospodarczym czy urzędzie daje prawo drukowania całych stron polemik przygotowanych przez rzeczników, firmy piarowskie czy samych zainteresowanych. Nie muszą nawet polemizować, mogą się pochwalić, zrobić sobie autoreklamę, wskazać na niewymienione okoliczności, dołożyć inne elementy oferty. Dla przykładu: nasz jeden artykuł o SKOK (wygraliśmy liczne procesy sądowe ze SKOK, w tym taki, gdzie Kasy domagały się 5 mln zł odszkodowania) mógłby oznaczać obowiązek publikowania dziesiątków stron polemik nadsyłanych przez każdą z kilkunastu wymienionych osób czy kilkunastu instytucji składających się na system SKOK. A czy któraś z partii politycznych czuła się kiedykolwiek w pełni usatysfakcjonowana jakąś publikacją? A poseł czy senator? Prezes firmy? A celebryta obśmiany przez Wojewódzkiego (na ogół mają swoich menedżerów, więc miałby kto pisać), a twórca urażony negatywną, „niepełną” recenzją?

Senatorowie, w uzasadnieniu ustawy, nie ukrywają, że o to właśnie im chodzi, o prawo każdej (cytuję) „osoby »zaczepionej« publikacją” do możliwie szerokiego ustosunkowania się do wypowiedzi prasowej i zawartych w niej ocen. Także telewizje i rozgłośnie radiowe musiałyby przeznaczyć na każdą polemikę dwukrotny (jak to liczyć?) czas antenowy (czy wyobrażają sobie Państwo te „Wiadomości”, wypełnione polemikami każdej z „zaczepionych” w tygodniu osób?). Kto by takie gazety kupował i czytał, kto będzie oglądał takie „Fakty”? Czy zostaje miejsce na coś innego? I ile mediów odważy się na bardziej zadziorną, krytyczną, ostrą, prześmiewczą czy choćby „obojętną”, ale dotyczącą wielu osób lub instytucji publikację, jeśli mogą się po niej spodziewać lawiny obowiązkowych uzupełnień?

Dlatego uważam, że gdyby ta nowelizacja przeszła (a Senat jest bardzo z tej inicjatywy dumny), oznacza ona szybki koniec zamulonej w ten sposób prasy, która i tak ma kłopoty z utrzymaniem się na chudnącym rynku czytelniczym i reklamowym. Polskim dziennikarzom i wydawcom nie pozostaje nic innego, jak wezwać na pomoc instytucje europejskie, próbować mobilizować opinię publiczną w Polsce i za granicą, bo za parę tygodni może być „po ptakach”. Politycy, bez względu na opcję partyjną, nie cierpią mediów, uważają, że są przez nie krzywdzeni, pomawiani, atakowani (faktycznie, bywają), więc co to za problem podnieść rękę za ustawą, która wreszcie „przywróci równowagę”. Nie można mediami sterować czy zamknąć im paszczy, to można, za pomocą prawa, zadusić, zasypać, zagadać drewnianą mową rzeczników i wynajętych agencji. Zostanie trochę gazetek o niczym i dla rozrywki… Już wkrótce, teoretycznie, każdy ze stu senatorów mógłby mi przysłać polemikę w dwukrotnej objętości tego komentarza. Dwieście stron do druku natychmiast. O to chodzi, taka jest intencja?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj