Pies czyli kot
Skrzydlate słowa
Piątek, 11 maja. Przywiązanie polskiego społeczeństwa do wolności słowa i do innych wolności szlacheckich, ale przede wszystkim do kultury języka i sztuki szermierki słownej – zyskało potwierdzenie.

I to jak ważne. Przywiązanie zademonstrowało się niechcący. Pod Sejm przyjechał Pan Duda i Jego Trupa z instalacją performerską „Spólnymi łańcuchy opaszmy ziemskie kolisko”. Kolisty gmach Sejmu aż kusił, by go opasać. Już pachniało Mickiewiczem. W środku gmachu wybrańcy społeczeństwa zestrzelili „w jedno ognisko duchy”. I zaczęło się widowisko, jakiego paryski Grand Guignol by się nie powstydził. Wykonawcy genialnie improwizowali na dowolny temat. Sypały się perły i diamenty literatury tego trudnego gatunku.

Przepyszny Jarosław Kaczyński z subtelnym wyczuciem ironii wcielił się w XVII-wiecznego księcia Bogusława Radziwiłła. Tak! Kaczyński wybrał fragment opisany w „Potopie”, w którym Andrzej Kmicic, chorąży orszański, słucha księcia Bogusława rozprawiającego o swym bracie księciu Januszu Radziwille, wojewodzie wileńskim. W tym monologu Bogusław nagle się zatrzymał i spytał Kmicica: – Znasz niemiecki, kawalerze? Znam – odparł pan Andrzej, a wtedy książę z ulgą: – To chwała Bogu. Będę mówił po niemiecku, bo mi od waszej mowy wargi pierzchną.

Kaczyński przywalił Palikotowi: „Nigdy nie wypowiadam tego nazwiska”. I nie wypowiedział, wszyscy jednak wiedzieli, że nie z szacunku, lecz wręcz przeciwnie. I nagle Wielki, od lat siedmiu czekający na Godota, przywołał z imienia i nazwiska osobę Adolfa Hitlera, którego dzieło kontynuują tacy właśnie, jak z nazwiska niewypowiedziany. Widmo przemknęło przez polski Sejm. Przypuszczam, że nie mnie jednemu skóra ścierpła. Najważniejsze jednak, że mówiącemu wargi nie spierzchły. Palikot próbował – że tak to nazwę – się odszczekiwać. Odegrał oburzonego i pięknie machał rękami jak Cymański, a może nawet przedramionami lepiej od niego.

Dla porządku warto zaznaczyć, że szef Ruchu Palikota już kwadrans wcześniej zarzucił szefowi PiS, że ten popełnił plagiat literacki, przyczyniając się do śmierci własnego brata. Nie powiedział tylko, czy chodzi mu o Biblię, czy o „Hamleta”. Przyjmijmy, że chodzi o Biblię, bo szekspirowską wersję „Hamleta” Kaczyński już dawno zrewidował i wraz z Macierewiczem udowodnił, że to nie Klaudiusz wlał do ucha jad swojemu bratu, królowi Danii. Otruła go Rosjanka Ofelia z lokalnego zespołu Bieriozka, molestowana bez taryfy ulgowej przez Jego Królewską Mość. Monitoringu wtedy żadnego nie było, nikt nic nie widział i nie wiedział, kto kogo otruł. Sprawa była zagmatwana do tego stopnia, że nawet otruty król nie miał pojęcia, jak to się stało, że nie żyje. Dlatego jego Duch z zaświatów głupstwa gadał, że zabił go brat.

Z Kainem podobno było podobnie. To nie Kainowym, lecz Ablowym plemieniem mieliśmy być my, ludzie. Stwórca jednak, dosłownie rzutem na taśmę, zmienił zamiar. Wszechmogący na szczęście pojął, że jeśli będziemy potomkami tej prawdomównej rolniczej pierdoły, czyli Abla, to życie będzie nudne jak rzeżucha na półmisku. Kain – hodowca i myśliwy – zapewniał przynajmniej jakiś ruch, zmiany, dynamikę. Oczywiście, że wojny też. Ale i traktaty pokojowe, a nawet współpracę Tuska z Merkel.

Kain dawał gwarancję, że coś się będzie działo, że dzieci będą mogły uczyć się historii, czego nie chce Tusk, a chce Kaczyński. Tusk oczywiście poparłby Abla, który – da liegt der Hund begraben – nie byłby w stanie zabić Kaina, bo nawet nie wiedział, jak się do tego zabrać. Kain musiałby popełnić samobójstwo. I popełnił – per procura. Pierwszy, ale nie ostatni.

Najgorzej wypadł Tusk. Zupełnie nie zrozumiał konwencji przyjętej przez salę. Mówił nie na temat, bo uczepił się jakiejś ustawy o reformie emerytur. Honor PO uratował Niesiołowski krótkim żołnierskim: „Pisowskie ścierwa i lizusy”. Na koniec do swej wypowiedzi dodał jeszcze elementy rękodzieła, czym zachwycił kolegów, opozycję, dziennikarzy, związkowców i nas wszystkich.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj