Smuda: koniec pewnej epoki
Który miał czynić cuda
W niedzielę finał, na boisku w Kijowie spotkają się dwie najlepsze drużyny Euro 2012. Czy warto w takich okolicznościach zawracać sobie głowę trenerem drużyny najsłabszej? Tak.

Bo choć już sporo dni upłynęło od nieszczęsnego meczu z Czechami, który był dla Smudy tym, czym Waterloo dla Napoleona, jakoś nikt nie zdecydował się poświęcić byłemu selekcjonerowi paru zdań pożegnania. Był wybitny trener - i oto w ciągu jednego wieczoru zamienił się w marnego trenera. Dziś, w sobotnich gazetach, też można przeczytać, że „zajeździł” kadrę. Bardzo możliwe, zaś kolejne dowody szkodliwości popularnego jeszcze nie tak dawno Franza, poznamy w najbliższej przyszłości. Na razie oglądamy w gazetach zdjęcia okazałej góralskiej chaty, którą sobie Smuda pobudował pod Zakopanem. W domyśle – zamiast zajmować się pracą z reprezentacją, myślał o wygodach i spokojnej starości.

Prawie trzy lata temu został selekcjonerem z woli ludu. PZPN właściwie nie miał wyboru, wszyscy byli zgodni, i dziennikarze sportowi, i kibice, że tylko Franek Smuda jest w stanie robić z tą drużyną cuda. Tak jak w klubach, w których był trenerem, w Widzewie, czy w Wiśle. Zwłaszcza pobyt w Łodzi to było pasmo sukcesów: dwa kolejne sezony z tytułem mistrzowskim, decydujące mecze na boisku najgroźniejszego rywala, warszawskiej Legii, i zwycięstwa wywalczone w ostatnich minutach. Mecz, w którym Widzew przegrywając 0:2, strzelił w ostatnich 5 minutach trzy bramki, przeszedł do legendy. Smuda potrafi genialnie zmotywować drużynę do nadludzkiego wysiłku. Smuda ma charyzmę, intuicję, po prostu geniusz. Od dawna żaden polski trener nie był tak podziwiany. Aż dziw, że wcześniej nie dostał kadry.

Niestety, dzisiaj to już widać bardzo wyraźnie, selekcjonerem został za późno.

I tu w opowieści o byłym trenerze biało-czerwonych pojawić się musi ton lekko patetyczny. Bo kogo właściwie dzisiaj żegnamy? To nie tylko Franciszek Smuda odchodzi na zasłużoną emeryturę (choć pewnie jeszcze gdzieś z dala od wielkiej piłki popracuje). To schodzi ze sceny pewna formacja pokoleniowo-umysłowa. Przecież Smudę znaliśmy nie tylko z piłkarskich stadionów. Smudę można było spotkać niemal w każdym zawodzie, także w polityce. Niedouczeni, niedokształceni, ale niesłychanie ambitni, zdeterminowani, często obdarzeni wspaniałą intuicją, doskonale dawali sobie radę w życiu, osiągając nierzadko wielkie - i jak najbardziej zasłużone - sukcesy. Nie tylko w PRL-u, w pierwszych latach nowej Polski też. Ale ten czas już się powoli kończy. To nie jest pogoda dla genialnych amatorów. Nadchodzą profesjonaliści bez biografii i nie będą mieć litości dla pokolenia Smudów, którzy mają co prawda wspaniałe życiorysy, ale kto chciałby dzisiaj wysłuchiwać ich wspomnień? Trzeba dobrze zaplanować przyszły sukces i zmierzać do celu.

Tak to mniej więcej wygląda.

Panie Franciszku, dziękuję.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj