Janina Paradowska na Przystanku Woodstock
Byłam na Przystanku
Co najbardziej zdumiewa czy wręcz urzeka kogoś, kto po raz pierwszy pojawia się na Przystanku Woodstock k. Kostrzyna na Odrą, gdzie Jerzy Owsiak serią rockowych koncertów dziękuje tym wszystkim, którzy uczestniczą w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy?

Można zapewne powiedzieć, że ogrom przedsięwzięcia, którego uczestników policzyć się po prostu nie da. Niektórzy mówią, że w tym roku zjechało pół miliona młodych, ale i nieco bardziej zaawansowanych wiekiem, inni – że 600 tys., ale może było ich 700 tys. Sobotnim popołudniem korek samochodów ciągnących na ostatni koncert był tak samo długi jak wówczas, gdy festiwal się zaczynał. Te ostatnie trzy, cztery kilometry wielu „przejeżdża” już tylko pchając samochody, by nieco benzyny oszczędzić i zmniejszyć koszt dotarcia na festiwal.

Widoki dawno w Polsce niewidziane. Wzdłuż polnej, biegnącej przez las i zagajniki drogi (świeżo utwardzony spory kawałek to zasługa wizyty prezydentów Polski i Niemiec, dla których nieco wygodniejszy dojazd przygotowano – i dobrze, przyda się na przyszły rok), na polanach co krok parkingi wypełnione samochodami i przyklejonymi do nich namiotami tak gęsto, że zdawałoby się szpilki się nie wciśnie. A po kilku godzinach okazuje się, że jeszcze ich przybyło i wjeżdżają następne. Jakiś cud? Można też mówić o wrażeniu, jakie robi sprawność organizacyjna całego przedsięwzięcia. Niezliczone koncerty, różnego rodzaju warsztaty artystyczne czy spotkania w Akademii Sztuk Przepięknych (której miałam przyjemność być jednym z tegorocznych gości) rozpoczynają się z nadzwyczajną punktualnością, chociaż wydawałoby się, że takie mrowie imprez jest nie do opanowania, że gdzieś coś musi się posypać. Ale się nie sypie.

Największe wrażenie robi jednak to, że wchodząc na Przystanek Woodstock wchodzi się do przedziwnej enklawy ludzi zadowolonych, a nawet szczęśliwych. Ci, którzy pracowali przygotowując teren, budowali sceny, nosili i montowali te niezliczone tony wszelkiej aparatury, ciągnęli kilometry kabli, często mówią, że za pieniądze by im się tak nie chciało, jak tu, w ramach pracy społecznej. Uczestnicy zadowoleni są bez względu na to, ile czasu stać będą w długiej kolejce, aby dostać się pod prysznic lub do niebieskiej budki opatrzonej napisem toi toi, czy dopchają się do kranu z zimną wodą; czy wiatr zamiecie kurzem, czy trzeba brnąć przez kałuże błota po ulewie, jaka spadła w piątkowe przedpołudnie. Padało? To dobrze, będzie mniej kurzu, a przemoczone ubrania wysuszy się w domu. Słońce piecze niemiłosiernie? Też dobrze, ciuchy i namiot podeschną. Choć w gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia, bo Woodstock żyje swoim rytmem niezależnie od pogody. Powoli, na luzie rozkręca się przedpołudniami, pulsuje wieczorami, bywa, że szaleńczo tętni nocą, gdy rockowe zespoły grają tak, że serca wyrywają z piersi. Można jednak o 2 w nocy posłuchać również filharmoników grających Vivaldiego. Kto ma nowy dobry pomysł, będzie przyjęty, dostanie ten swój „kawałek podłogi”. Czasem wypadnie on na ubitej glinie, czasem na gruncie, gdzie woda tryska spod stóp.

Dla takiego właśnie grania jadą te tysiące, już nie tylko z Polski. W tym roku wyjątkowo licznie pojawili się Niemcy, nie tylko w ślad za swoim prezydentem, ale po prostu dlatego, że Woodstock zaczyna otaczać sława największego festiwalu w Europie (program to już gruba książka), gdzie wszyscy znakomicie ze sobą współżyją, jest bezpiecznie, nie ma awantur, choć piwa prawie nikt sobie nie odmawia.

Przystanek Jezus, który może miał być konkurencją, wtopił się też w krajobraz i stał się jego trwałym elementem, podobnie jak obozowisko Hare Kriszna. Mają swoje sceny, swoje programy, ale tak naprawdę wszystko jest przemieszane, bo nie ma żadnych barier, podejrzliwości, agresji. Ksiądz pogrążony w rozmowie z chłopakiem, któremu spod dredów twarzy nie widać, nie jest tu widokiem nadzwyczajnym. Zresztą tu nic nikogo nie dziwi.

Nie wierzyłam, że do Akademii Sztuk Przepięknych od godzin porannych ciągnąć będą tłumy. Jeszcze żeby posłuchać i zobaczyć prezydentów Gaucka i Komorowskiego – to tak, ale potem już nasza drużyna gości (biskup Pieronek, kierowca rajdowy Hołowczyc, trener Strejlau, kapitan Wrona, żeglarz kpt. Paszke, red. Wołoszański, ekolog Bożek, gen. Skrzypczak i na koniec ja) wydawała się przynajmniej w części stać na pozycjach spalonych. Tymczasem nie, wielki namiot pełen był młodych ludzi autentycznie ciekawych różnych spraw, żywiołowo reagujących, przeważnie mądrze pytających. Czasem mających swoje porachunki z państwem polskim.

Gen. Skrzypczak sporo gorzkich słów wysłuchał od weteranów, którzy przebywali na misjach i dziś czują się porzuceni. Biskup Pieronek tłumaczyć się musiał, dlaczego Kościół nie rozprawia się zdecydowanie z pedofilią. Niżej podpisana nie oberwała wprawdzie za marną jakość klasy politycznej, ale za bezmyślność dziennikarstwa pogłębiającego polityczne podziały i owszem. I co jest w tych spotkaniach ujmujące? Że słuchają, że chcą zadawać pytania, mają swoje opinie i czy się z kimś zgadzają, czy nie, na koniec jeszcze odśpiewają „Sto lat”. I nawet już nie wypada westchnąć, żeby przynajmniej od czasu do czasu tak było w polityce. Ale taki cud się nie zdarzy. I dlatego warto przeżyć Woodstock, coś jak łyk świeżego powietrza, co w przypadku nagromadzenia takiej masy ludzi na ograniczonym w końcu terenie może brzmieć dziwacznie, ale jest po prostu prawdziwe.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj