Ten dom buduje się od dachu
Przeciwlotniczy rakietowy wóz bojowy  9K33M2 OSA do zwalczania celów powietrznych.
Wojciech Strozyk/Reporter

Przeciwlotniczy rakietowy wóz bojowy 9K33M2 OSA do zwalczania celów powietrznych.

Słowa prezydenta Bronisława Komorowskiego w Święto Wojska o budowaniu przez Polskę tarczy antyrakietowej wywołały wśród wojskowych i specjalistów sporą konsternację. To mniej więcej tak, jakby prezydent obiecał polski lot na Księżyc. Zbudowanie tarczy antyrakietowej wymaga rozbudowanego systemu rozpoznania i rażenia takich rakiet, które w kilka minut mogą dolecieć do Warszawy. Tego typu cele namierza się już w momencie ich odpalenia i strąca na wysokości kilkudziesięciu kilometrów. Trzeba mieć zatem własne satelity albo co najmniej cały system samolotów wczesnego ostrzegania. Nie mamy ani jednego, ani drugiego.

Proszeni o komentarz wojskowi, próbując przekładać słowa prezydenta na język możliwości, mówią raczej o „tarczuni”. Systemie, który nie uchroni nas przed każdą rakietą czy samolotem wroga, ale przynajmniej nie pozwoli przeciwnikowi przejąć kontroli nad polskim niebem. Nawet silna armia niezabezpieczona przed atakiem z góry będzie bezbronna. Akurat ten dom buduje się od dachu, i to dachu wielowarstwowego. Jak na razie nasz pokryty jest folią. Ostatnie rakietowe zestawy przeciwlotnicze kupiliśmy w połowie lat 80. Niektórzy mówią, że mają się ciągle dobrze – przecież dziewięć lat temu udało się nam strącić nimi myśliwiec. Tak się niestety składa, że własny. Ile jest wart system, który pozwala na takie błędy i to na tygodniami przygotowywanych ćwiczeniach?

Wiekowa i niedoinwestowana obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa to rzeczywiście pierwszy punkt na liście do naprawy. I chwała prezydentowi, że zaczął o tym mówić. W Sztabie Generalnym już sześć lat temu określono priorytety w tym zakresie. I właściwie na tym koniec, bo niewiele więcej się wydarzyło. Wyraźnie widać, że bez politycznego parasola wojskowi tego ciężaru nie udźwigną. Z prezydenckim błogosławieństwem i ministerialnym nadzorem jest szansa, że wreszcie zaczniemy budować armię, która ma realne szanse bronić Polski.

Nie dajmy się jednak uwieść fantazji prezydenta również w kwestii kosztów. Jego propozycja sfinansowania tego projektu z pieniędzy zaoszczędzonych na zakończeniu misji w Afganistanie to pobożne życzenie. 5 mld zł, które w ciągu pięciu lat wydaliśmy na Afganistan, starczyłoby na zaledwie dwie, trzy baterie. Tyle potrzeba do obrony jednego miasta. Zresztą o obronie całego kraju możemy zapomnieć. A jeśli projekt w całości realizowałby nasz narodowy koncern zbrojeniowy Bumar, to może się okazać, że nawet na jedną baterię byłoby za mało.

Bumar, który chciał sprzedać wojsku rakiety dla Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego dwa razy drożej, niż wynosiła konkurencyjna oferta, nie ma dobrych notowań w armii. Tym bardziej po audycie finansów firmy, kiedy okazało się, że aktywa są przeszacowane, a straty niedoszacowane. W sumie na 500 mln zł. Nowy prezes Bumaru Krzysztof Krystowski wydaje się człowiekiem, który daje nadzieje na zmiany w funkcjonowaniu firmy. Sam powiedział, że czasy, kiedy to, co dobre dla Bumaru, jest dobre i dla wojska, już minęły. Ale musimy poczekać na efekty jego pracy. Jeśli Polska ma mieć dobry system przeciwlotniczy, trzeba się pogodzić z realiami, że sami go sobie nie zbudujemy.

Kupowanie gotowego z tzw. półki to też nie najlepsze rozwiązanie. Te najnowocześniejsze na półce nie leżą. Powinniśmy zacząć współpracować z europejskimi producentami i kupić sprzęt na takich warunkach, żebyśmy mogli go potem sami doskonalić. Tak zrobili kiedyś Norwegowie (kupujemy od nich rakiety) i Niemcy (od których chcemy kupować rakiety). O takim rozwiązaniu mówił również prezydent Komorowski i to najjaśniejszy element jego zapowiedzi.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj