Sprawa sędziego Miewskiego: co nagle...
Sędzia i minister

Faktycznie, prezes gdańskiego sądu w - by tak rzec - pełnym niedomówień stylu rozmawia z osobą przedstawiającą się jako przedstawiciel Kancelarii Premiera – i to w sprawie, która może być akurat dla szefa rządu istotna. Minister sprawiedliwości, nie czekając jednak na wyjaśnienie sprawy (ba, zastrzegając, że nie wie, czy nagranie mające być dowodem winy sędziego „odzwierciedla w 100 proc. treść tej rozmowy”), domaga się odwołania prezesa.

Tymczasem póki nie będzie znany pełny zapis podejrzanej konwersacji – łącznie z zadawanymi pytaniami – przedstawiciel władzy wykonawczej nie powinien orzekać, że przedstawiciel władzy sądowniczej „sprzeniewierzył się godności urzędu” przez przyjęcie „politycznego zlecenia”. Wstrzymania się z wyrokowaniem wymagają zasady prawa, reguła podziału władz, powaga obu stanowisk: ministra i sędziego oraz wreszcie zwykła uczciwość.

Minister Gowin działa jednak ostatnio w stylu przypominającym Zbigniewa Ziobrę. A to łaje sędziów – czasem zasadnie, czasem niekoniecznie. A to przebąkuje o konieczności powrotu do modelu, w którym rząd miał większy wpływ na prokuraturę. Jak się to ma do równoczesnej dezaprobaty wobec działania na „polityczne zlecenia”, już jednak minister nie wyjaśnia.

Jeśli skutkiem afery Amber Gold miałoby być rozmontowanie ciągle – i w bólach – się kształtujących mechanizmów odseparowania sądów i prokuratury od polityki, to poszkodowanych będzie dużo więcej niż tylko ci, którzy zawierzyli piramidzie finansowej swoje pieniądze.

Bo niezależnie od tego, jaki poziom zawodowy czy etyczny prezentują sędziowie i prokuratorzy, dla wszystkich zdrowiej jest, gdy to nie politycy decydują o ich karierach. 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj