Ślub u Kwaśniewskich jako znak czasów
Tęsknota za dynastią
Może to nie był „polski ślub stulecia”, jak głosiły w sobotę rano tabloidy, ale na pewno ważne wydarzenie nie tylko towarzyskie, wiele mówiące o naszych czasach.
Kwaśniewscy AD 2010.
Radosław Nawrocki/Forum

Kwaśniewscy AD 2010.

W przeddzień wygranych wyborów prezydenckich - 18 listopada 1995 r.
Krzyztof Wójcik/Forum

W przeddzień wygranych wyborów prezydenckich - 18 listopada 1995 r.

Zdjęcia, które wkrótce po uroczystości można było zobaczyć w Internecie, nie pozostawiały wątpliwości. Ślub w katedrze polowej, z asystą wojskową przy ołtarzu, w obecności wielu najsławniejszych i najbogatszych obywateli III RP w kościele i nieprzebranych tłumów gapiów na zewnątrz, był rzeczywiście wyjątkowy. Skojarzenia z arystokratycznymi ożenkami brytyjskich rodzin wprost rzucały się w oczy. Wprawdzie wcześniej odbywały się śluby w polskich rodzinach arystokratycznych, i to w najzacniejszych familiach dawnej Rzeczpospolitej, lecz nie budziły podobnego zainteresowania. Jak to zatem się stało, że prezydentówna Aleksandra mianowana została naszą swojską księżniczką, a jej rodzice zyskali honorowy status królewski?

Nie od dziś wiadomo, że mamy wrodzony pociąg do arystokracji, i to bez względu na pochodzenie społeczne. Nie przypadkiem jednym ze wstydów założycielskich nowego parlamentaryzmu w Polsce była prowokacja pewnej pani podającej się za Anastazję Potocką. Na sam dźwięk skradzionego nazwiska otwierały się przed nią wszystkie drzwi, także ponoć do sypialni niektórych posłów. To był jednak tylko folklor. Jak się miało okazać, do powszechnego wyobrażenia o współczesnym człowieku z lepszych sfer idealnie dopasował się dawny młodzieżowy działacz i odnowiciel lewicy Aleksander Kwaśniewski.

Co przesądziło o tym, że były członek „partii robotniczej”, stał się prototypem demokratycznego arystokraty, w pewnym sensie także założycielem (medialnej) dynastii? Po pierwsze, nie miał arystokratycznego pochodzenia, co w tym wypadku było atutem. Mimo atencji dla historycznych nazwisk, raczej nie życzylibyśmy sobie, aby potomek jakichś Radziwiłłów, Lubomirskich czy Sapiehów stał się osobą numer jeden w Polsce. Lata demokracji ludowej przeorały naszą wyobraźnię i świadomość.

Tymczasem Kwaśniewski stał się trochę gombrowiczowską figurą arystokraty ludowego, wyniesionego na tron społecznego uznania z woli samych wynoszących. Wykształcony, ale nieprzesadnie (afera z brakiem dyplomu), obracający się w sferach najwyższej władzy, ale zarazem swój chłop, taki, co to i wódki się napije, jak jest sposobność, i na mecz pójdzie. W czasach swej prezydentury Kwaśniewski miał parę „nieszczęśliwych przypadków”, a jego oponenci nie mogli pojąć, że po każdym takim incydencie poparcie ludu nie maleje, ale wręcz przeciwnie, jeszcze wzrasta. Po prostu Kwaśniewski w niemal doskonałym stopniu wpisał się w ludowe wyobrażenie o dobrym władcy i nic mu nie mogło zaszkodzić.

Ale zarazem Kwaśniewski doskonale zaspokajał tęsknotę rodaków za pewnym typem sprawowania władzy, w niczym bowiem nie przypominał tła kłócących się nieustannie polityków. Polacy, z natury dość kłótliwi, nie znoszą widoku biorących się za łby przedstawicieli władzy. Nawet ostre debaty sejmowe im nie w smak, w czym może niekoniecznie wyraża się tęsknota za czasami, gdy w Sejmie była zgodność stuprocentowa w każdej kwestii. Kwaśniewski zapewniał spokój i przewidywalność, potrafił konflikt z Leszkiem Millerem nazwać „szorstką przyjaźnią”, i w ogóle unikał sądów ostrych. Podobać się mogło również to, że z dużą swobodą odnajdywał się w międzynarodowym towarzystwie.

Jak pamiętamy, drugie wybory prezydenckie wygrał w pierwszej rundzie, a gdyby nie zapisy konstytucyjne, pewnie pokonałby rywali w kolejnych wyborach, i niewykluczone, że panowałby nam łaskawie do dziś. O czym świadczy choćby niedawny, przeprowadzony przez tygodnik „Wprost”, ranking kandydatów na przyszłego premiera RP, w którym bezrobotny „król bez korony” zajął pierwsze miejsce.

Na „królewską” pozycję zapracowała zresztą cała rodzina Kwaśniewskich, czego nie można by powiedzieć ani o poprzedniku, ani o następcach dwukrotnego prezydenta III RP. Lech Wałęsa mógł być królem-lwem tylko w „Polskim zoo” (był w telewizji taki seryjny program rozrywkowy). Pozostał ostentacyjnie plebejski, co inteligencję do pewnego czasu zachwycało, ale „lud” zupełnie inaczej wyobrażał sobie pierwszą osobę w państwie. Nie wspierała go żona (ostatnio wręcz się publicznie od Lecha zdystansowała), a o synach media informowały głównie z powodu wpadek i wypadków.

Wydawać się mogło, że familijną potęgę stworzy Bronisław Komorowski, ale mimo że pochodzi z arystokratycznej rodziny (a może właśnie dlatego?), wybrał swojski sposób bycia. Zrezygnował nawet z polowania, tej odwiecznej przyjemności arystokratycznej. (A czy można sobie w ogóle wyobrazić Kwaśniewskiego idącego ze strzelbą na dziki?). Kiedy Komorowski gościł ostatnio na Ukrainie, tamtejsi dziennikarze zwrócili uwagę, że ma na ręku zwyczajny zegarek za kilkaset polskich złotych, podczas gdy prezydent Janukowycz prezentował czasomierz kilkadziesiąt razy droższy. Nic nie wiemy o prezydenckich dzieciach. Pani Komorowska nie narzuca się, raczej cały czas w tle, w wywiadach opowiadała nieraz o kuchni i gotowaniu, co Jolancie Kwaśniewskiej chyba nigdy się nie zdarzyło. Za to była Pierwsza Dama wydała poradnik „Lekcja stylu”, w telewizji zaś uczyła rodaków dobrych manier, np. jak należy jeść bezy, co w słynnym nagraniu wyśmiewał Józef Oleksy.

Kwaśniewscy lepiej podzielili się rolami, wykorzystując do tego media, zwłaszcza te masowe, rozkwitające w czasie drugiej prezydenckiej kadencji. A może było odwrotnie? To owe media potrzebowały na gwałt nowej krajowej celebryckiej „dynastii”, by mieć kim zapełnić kolorowe okładki.

Prasa kolorowa najszczęśliwsza jest tam, gdzie panuje monarchia, np. w Wielkiej Brytanii, a co pewien czas ktoś z królewskiej rodziny dostarcza tematu do plotkarskich artykułów. U nas też powstało takie zapotrzebowanie i Kwaśniewscy, chcąc nie chcąc, musieli grać przypisaną im rolę. Pani Jolanta z oddaniem grała więc rolę „matki wszystkich Polaków”: w czasie publicznych wystąpień w jej głosie czuło się afektację, ale zarazem szczerą chęć służenia potrzebującym; stworzyła doskonale prosperującą fundację charytatywną. Z mężem różnią się nawet w kwestiach światopoglądowych i wyznaniowych. Ona katoliczka, on – agnostyk, cokolwiek to może znaczyć.

Wreszcie córka Aleksandra, współczesna dziewczyna, z ofiarowanym statusem gwiazdy, czego potwierdzeniem był występ w programie rozrywkowym „Taniec z gwiazdami”. Ale prezydentówna potrafiła jednocześnie zaprezentować się jako zwyczajna, współczesna dziewczyna, z problemami, jakie przeżywa wiele jej rówieśniczek. Po dobrych studiach, lecz – jak to dzisiaj się często zdarza – bez konkretnego zawodu, więc próbuje sił w dziennikarstwie.

Podobną drogą, co „księżniczka” Aleksandra, starała się iść córka Donalda Tuska, ale nie miała w tej konkurencji szans, i chyba ostatecznie zmieniła strategię. Podobnie jak trudno sobie wyobrazić, by status Kwaśniewskiego starał się uzyskać jej ojciec. Premier z natury swego urzędu nie nadaje się do roli celebryty, a ci, którym o tym w porę nie powiedziano (casus Marcinkiewicz), tracili bezpowrotnie powagę, władzę zresztą też.

Tak się złożyło, że wystawne wesele prezydentówny, ślubującej wierność muzykowi Kubie Badachowi, synowi prezesa zarządu Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Krasnymstawie, odbyło się w czasie, kiedy na łamach kilku gazet toczy się dyskusja o polskiej klasie plebejskiej. Zapoczątkował ją artykuł Janusza Majcherka w „Gazecie Wyborczej”, czyli autora bynajmniej nie o hrabiowskim nazwisku, który zarzucił chłopom (a w domyśle – pewnie także ich potomkom), że hamują postęp i opóźniają proces integracji z Europą. Tylko Anna Tatarkiewicz, niestrudzona admiratorka polskiej wsi, musiała wziąć Ślimaka w obronę. Większość czytelników zapewne stanęła po przeciwnej stronie. Także ci, mający chłopskie korzenie. Paradoksalnie, największy sentyment do szlachty i arystokracji mają u nas bowiem wywodzący się z warstw najniższych.

Również z tych powodów wesele prezydentówny dużo mówi o naszych czasach, obyczajach i o nas samych. Kto wie, może to byłby nawet temat na nowe „Wesele”? Gdyby na liście zaproszonych znalazł się jakiś Wyspiański.

Tekst o ślubie roku – s. 91.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj