W cieniu unijnych negocjacji
Swojskie klimaty nieodpowiedzialności
W cieniu europejskich negocjacji budżetowych rodzima polityka toczyła się rutynowo i raczej potwierdzała to, co o niej wiemy, niż wnosiła coś nowego.

Czy ktoś miał wątpliwości, że prezes Jarosław Kaczyński nie ma pojęcia, na czym dziś polegają negocjacje w Unii Europejskiej, że nie rozumie samej istoty UE? Jeśli ktoś wątpliwości żywił, to zyskał kolejny dowód w postaci buńczucznych oświadczeń prezesa, że jego list do premiera Wielkiej Brytanii sprawił, iż wszyscy muszą oszczędzać, ale dla Polaków żadnych oszczędności nie będzie. Jak się okazało, premierowi Cameronowi bliższy jednak wydał się wyborca brytyjski niż słuchacze Radia Maryja. To już bardziej przekonujący był radosny rzecznik Adam Hofman, który, jak się wydaje, zachwycony, że PO została pognębiona, wyrażał na Twitterze radość, że Anglicy zyskali sojuszników w Angeli Merkel i innych dużych płatnikach, co doprowadziło do niepowodzenia szczytu. Zapewne dla PiS wiadomość, że i Niemcy są przeciwko nam, byłaby niezwykle pożądana, udowadniałaby bowiem zasadność wszystkich antyniemieckich fobii. Tyle że europejska rozgrywka nie jest aż tak prosta, jakby się to słabo wyedukowanemu rzecznikowi wydawało. Jego radość wpisuje się więc raczej w opozycyjny nastrój czekania na kryzys, który sprawi, że PiS odzyska szanse na powrót do władzy. Ale ta wizja raczej się oddala, gdy spojrzeć na ostatnie sondaże. A swoją drogą strach pomyśleć, co by było, gdyby wieloletnie ramy budżetowe UE negocjowali Kaczyński z Hofmanem. Zapewne moglibyśmy świętować rocznicę kolejnej klęski, która okazałaby się ostatecznie zwycięstwem polskiego honoru. Poleglibyśmy z honorem tym razem w bitwie pod Brukselą.

Sondaże zaś przypominają nam o trudnej kwestii rozliczania. PiS niewątpliwie mocno potknął się na rozliczaniu premiera za katastrofę smoleńską, zwłaszcza zaś na serii oskarżeń, że tak naprawdę sprawcą tej zbrodni, a przynajmniej pomocnikiem w niej jest Donald Tusk. Zapowiadany od dawna i właśnie realizowany pomysł Platformy o postawieniu przed Trybunałem Stanu Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry ma wprawdzie zupełnie inną rangę, bo we wniosku chodzi o łamanie konstytucji i ustaw, ale wpisuje się on w logikę rozliczania i to nie najszczęśliwiej. Jeżeli po pięciu latach od utraty rządów przez PiS formułuje się taki wniosek, to nie ma on już żadnej, nawet propagandowej mocy i trudno nie uznać go za przedsięwzięcie mocno przeterminowane. Winy samego Kaczyńskiego są wątpliwie, mało dla opinii publicznej zrozumiałe, a prokuratura brzemię tamtych zaniechań dźwiga do dziś. W dodatku Trybunał Stanu jest dziś gremium martwym i sam wymaga naprawy. Wniosek więc może stać się głównie promocją nie tyle Kaczyńskiego, ile Ziobry, który akurat promocji potrzebuje, bo jego partia marnie przędzie. Kwestia odpowiedzialności rządzących i podejmujących decyzje w państwie generalnie nie może doczekać się poważnego traktowania.

Niewielki, ale znaczący przyczynek do tej sprawy mieliśmy w minionym tygodniu przy okazji wniosku o uchylenie immunitetu posła Antoniego Macierewicza. Poseł przegrywa kolejne cywilne procesy, nie wykonuje wyroków, bo lekceważenie wymiaru sprawiedliwości stało się w partii o nazwie Prawo i Sprawiedliwość prawie cnotą. Tym razem jednak może popaść w kłopoty, bo sprawa z powództwa lobbysty Marka Dochnala ma charakter karny i wyrok skazujący może eliminować ten ważny smoleński filar PiS z polityki. Okazuje się jednak, że sam fakt, iż sprawę wnosi lobbysta, a więc osobnik z zasady podejrzany, nawet dla ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina jest obciążający. Obciążający dla tego, który szuka sprawiedliwości (ostatecznie wymierzy ją przecież sąd), a nie dla tego, który od lat szaleje w naszej polityce bezkarnie, rzucając bezpodstawne oskarżenia, niszcząc instytucje państwa. Minister sprawiedliwości wstrzymuje się więc w głosowaniu o uchylenie immunitetu, umywa ręce tam, gdzie akurat jak mało kiedy potrzebne jest jego wyraźne stanowisko. Minister nie chciałby, aby w przyszłości osoby prywatne mogły załatwiać swoje porachunki z politykami w ten sposób. Polityczna wspólnota plemienna, jak się okazuje, to prawdziwy sojusz ponad podziałami.

Czy można się dziwić, że w tym klimacie wszystko staje się zrelatywizowane? Można oskarżyć premiera o zbrodnię, bezpośrednie przyczynienie się do zamordowania politycznej czołówki z prezydentem na czele i to jest podobno porównywalne z cytowanymi przez prezesa Kaczyńskiego, od lat tymi samymi, bo nowych brakuje, wypowiedziami polityków PO o „hienach cmentarnych” czy „dożynaniu watah”. Nie były to sformułowania fortunne, ale wobec „smoleńskich zbrodni Tuska”, ogłaszanych nieustannie przez prezesa PiS, zdają się ledwie zabawką, a czasem po prostu prawdą. Do budowania pozycji politycznej na smoleńskich trumnach pasuje sporo bardziej drastycznych określeń niż „hieny cmentarne”.

W tym klimacie planowany zamach na Sejm prawica skłonna jest wykpić jako grę służb czy bezpodstawne straszenie zagrożeniem, którego w istocie nie ma, bo jeśli ktoś jest zagrożony, to tylko PiS. I nie dostrzega się w terrorystycznych planach żadnego skutku szerzenia się postaw skrajnych, także w wyniku zalewu języka nienawiści, pomówień, obłędnych teorii, które wypełniają naszą politykę. Nie widać żadnego ostrzeżenia, co stać się może.

Dopełnieniem tygodnia był powrót, choć w formie nieco bardzie zindywidualizowanej, odwiecznego polskiego pytania: wejdą, nie wejdą? Tym razem pytanie brzmi – wejdzie, nie wejdzie? I rzecz dotyczy rozterek nowego prezesa PSL Janusza Piechocińskiego, który nie może się zdecydować, czy wejść do rządu. Podobno ostatnio bliżej jest myśli o wejściu, ale tylko jako wicepremier bez resortowej teki. To tak, jakby nie wszedł, czyli mało poważnie. Co też jakoś mieści się w ogólnym politycznym klimacie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj