"Nienawistny" głos sędziego Tulei
Szczęśliwa trzynastka
Dla kogo 2013 r. zaczął się dobrze?

Dość niespodziewanie dla Platformy Obywatelskiej, która w pierwszym poświątecznym sondażu zanotowała oszałamiający wynik 42 proc. poparcia i właściwie zdeklasowała PiS. Znaczenie ma to niewielkie, bo za chwilę będą inne sondaże, a realne szanse i tak zaczniemy oceniać na trzy, cztery miesiące przed wyborami, ale zawsze trochę optymizmu rządzącym się przyda. Zwłaszcza że rok ma być trudny, choć, jak „zaćwierkał” premier na Twitterze, może lepszy, niż się spodziewamy.

W sprawie ćwierkania mam mocno mieszane uczucia – nie jestem wielką fanką. Specjaliści już mi jednak wyjaśnili, że wysokie notowania PO na początku roku to właśnie wynik tej nowoczesnej formy komunikacji. Nie wiem, skąd to wiedzą i kiedy rzecz zbadali, bo sondaż przeprowadzono w tym samym czasie, w którym premier dopiero się ćwierkania uczył, i nie zawsze mu to ładnie wychodziło, ale skoro sondażowe autorytety orzekły, wypada poczekać, co będzie dalej.

Być może 2013 r. zaczął się dobrze także dla eurodeputowanego Pawła Kowala, którego prezes PSL Janusz Piechociński chce przygarnąć, być może wraz z resztkami partii Polska Jest Najważniejsza, do swojego „szerokiego centrum”. Czyli najpewniej na ludowe listy wyborcze, nie przesądzając wszak, że jakiejś nowej formacji z tego nie będzie. W każdym razie Paweł Kowal ogłosił, że już odniósł sukces, bo rząd z udziałem PSL prowadzi politykę prorodzinną (premier ogłosił właśnie 2013 Rokiem Rodziny) wedle wzoru PJN, a więc zbieżność programowa jest wyraźna. W szeregach ludowców zapanowała natomiast niepewność, czy szerokie centrum oznacza, że nowy prezes przystąpił właśnie do likwidacji PSL? Na razie takie pytania mają charakter żartobliwy, ale kto wie, może Piechociński rzeczywiście nie żartował, kiedy na kongresie obiecywał odnowione i poszerzone PSL? Wielu dawnym działaczom wcale nie musi się to podobać. Widać, że Piechociński nie bez powodu bronił się przed objęciem resortu gospodarki, bo pomysłów czysto partyjnych ma sporo. Na gospodarcze czekamy.

Także eurodeputowany Zbigniew Ziobro oraz poseł Mariusz Kamiński uznali wspólnie, choć są dziś w różnych i raczej zwalczających się partiach, że 2013 r. zaczął się dla nich dobrze, sąd uznał bowiem dr. Mirosława G. za winnego przyjęcia wyrazów wdzięczności od pacjentów, w kwocie ok. 17 tys. zł, za co wymierzył mu najniższą możliwą karę, ale jednak wymierzył. Więc obaj panowie biegają po mediach, wołając: mieliśmy rację, jest winny!

Po wysłuchaniu uzasadnienia wyroku sądzę jednak, że 2013 r. dla obu panów zaczął się wyjątkowo źle. Wyrok skazujący, bo zapewne innego być nie mogło, jest dramatem człowieka, znakomitego kardiochirurga, który wiele wymagał od współpracowników i od siebie, ale uległ temu, co dość enigmatycznie nazywa się „normą kulturową”, czyli prezentom od wdzięcznych pacjentów, także w gotówce. Uzasadnienie wyroku, a w ślad za tym zapowiedziane wnioski do prokuratury w sprawie przewinień dyscyplinarnych CBA w toku postępowania i fałszywych zeznań – to już jednak dramat państwa. To państwowa służba specjalna stosowała taktykę i metody, które sędzia porównał do najgorszych stalinowskich czasów. W gruncie rzeczy proces dr. G. zmienił się więc w proces przeciwko CBA.

O sprawie dr. G. wiedzieliśmy prawie wszystko, zanim proces się zaczął. Wiedzieliśmy, że jest robiona na siłę, na polityczne zamówienie szukania „układu”. Że brakuje dowodów, że odbywają się przy niej liczne manipulacje, a wysocy urzędnicy państwowi, z ówczesnym ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą na czele, widowiskowo skazują, zanim poznają dokumenty śledztwa (których zresztą znać nie powinni) i że sterują opinią publiczną, by obudzić społeczny gniew na tych inteligencików lekarzy (a przy okazji i innych). To się udawało – wystarczy wspomnieć niektóre prasowe tytuły, jak choćby „Doktor Śmierć”. Najwyraźniej jednak sędzia Igor Tuleya po zapoznaniu się z aktami (ich objętość była imponująca, bo tak zwykle już jest, że im oskarżenie bardziej kruche, tym tomów sprawy więcej) i przesłuchaniu świadków zobaczył zdecydowanie więcej, skoro zdecydował się na tak mocne słowa oskarżenia pod adresem pisowskiego CBA. A nie jest to sędzia niedoświadczony, młodzik. Ma za sobą wiele publikacji, także dotyczących orzecznictwa karnego, i ma odwagę, aby mówić bez owijania w bawełnę, językiem zrozumiałym dla opinii publicznej.

To, co zostało powiedziane o manipulacjach w tym śledztwie, powinno zmieść na zawsze ze sceny politycznej autorów owego głośnego zatrzymania. Ale nie zmiecie. Odpowiedzialność polityków za ich czyny jest w Polsce kwestią bardziej niż umowną. Na razie wrogiem publicznym prawicy pozostanie sam sędzia Tuleya, ponoć „nienawistny” wobec porządku IV RP. I już właściwie nie bardzo wiadomo, czy jest dobry, bo dzięki niemu Ziobro z Kamińskim ogłaszają sukces, czy jednak głównie nienawistny?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj