Były doradca szefa CBA mówi o kulisach jego pracy
Biuro nieszczęśliwych podwładnych
Rozmowa z Tomaszem Warykiewiczem, byłym doradcą szefa CBA Mariusza Kamińskiego, współtwórcą zasad pracy funkcjonariuszy pod przykryciem.
Zdjęcia operacyjne posłanki Barbary Sawickiej.
CBA/PAP

Zdjęcia operacyjne posłanki Barbary Sawickiej.

Jak pan trafił do CBA?
Odszedłem z policji, moje CV wędrowało po świecie. Któregoś dnia zatelefonowano z CBA. Poszedłem na spotkanie z szefostwem tej tworzącej się właśnie instytucji. Uzgodniliśmy szczegóły co do mojej roli i tak się tam znalazłem.

Jako specjalista od operacji specjalnych?
Moje zadanie nie zostało nigdy do końca określone. Zresztą koniec był szybki, bo pracowałem w CBA zaledwie trzy miesiące. Nie werbowałem wtedy ludzi, nie kierowałem operacjami specjalnymi. Oceniałem dokumenty pod kątem prawnym, doradzałem, wreszcie przygotowałem program szkolenia początkowego dla funkcjonariuszy, którzy przyszli tam prosto z cywila.

A nie miał pan wrażenia, że będzie to służba działająca w myśl zasady: cel uświęca środki?
Nie, ale miałem świadomość, że Mariusz Kamiński jest amatorem, zresztą on sam tego nie krył. Wiedziałem, że on ma w głowie projekt i potrzebuje ludzi do jego realizacji. Sprawiał wrażenie, że umie słuchać, zachowywał się racjonalnie. Wtedy na pewno nie był typem człowieka, który po trupach będzie zmierzać do wytyczonego celu.

Jaka była proporcja profesjonalistów do amatorów w tej instytucji?
To była ogromna mieszanina, myślę, że jedna trzecia to byli cywile bez doświadczeń policyjnych. Część trafiła tam z ulicy, bo złożyli aplikacje korzystnie zaopiniowane, inni prawdopodobnie z czyjegoś polecenia.

Znał pan Małego Tomka i Dużego Tomka, jak sędzia Igor Tuleya nazwał dwóch agentów CBA?
Dzisiejszego posła Tomasza Kaczmarka znałem jeszcze z policji. Był moim podwładnym i w pewnym sensie uczniem, bo przechodził szkolenia, które prowadziliśmy.

Uczeń przerósł mistrza?
Uczeń poszedł w zupełnie nieznanym przez niego samego kierunku. Niektórzy nabierają fałszywego przekonania, że jak pracują w służbie specjalnej, to mają specjalne prawa i mogą sobie pozwolić na więcej, bo popełnione błędy nigdy na jaw nie wyjdą. To absolutnie infantylne przekonanie, ale ono jest dość powszechne.

Policyjni przykrywkowcy to byli solidnie wyszkoleni rzemieślnicy, którzy potrafili pracować podporządkowując się decyzjom przełożonych i wykonując zadania według ustalonych standardów. Ale jak się takim ludziom pozwoli przekroczyć próg kompetencji, to zaczynają pływać w stylu dowolnym. W policji funkcjonowało takie powiedzenie, że podwładny bez mądrego przełożonego jest nieszczęśliwy. Mam wrażenie, że w CBA podwładni byli nieszczęśliwi.

A Dużego Tomka też pan szkolił w policji?
Jego nie kojarzę. Jeżeli to prawda, że na jego prośbę pielęgniarka wynosiła ze szpitala MSWiA dokumentację, to mniej istotne jest, że obiecywał dziewczynie małżeństwo. On podżegał do przestępstwa. Oboje powinni usłyszeć zarzuty. Kategoria kontratypu dopuszcza, że funkcjonariusze mogą fałszować dokumenty w celu maskującym, ale nie pozwala podżegać do kradzieży dokumentacji medycznej zawierającej wrażliwe dane pacjentów.

Duży Tomek nie usłyszał zarzutów. Pracował metodami, które ówczesne CBA akceptowało.
Widocznie uległ magii pracy w służbie specjalnej. Uważałem, że nazywanie CBA służbą specjalną jest nadużyciem. To powinna być po prostu podobna do policyjnej służba specjalistyczna, do walki z korupcją, o kompetencjach rozszerzonych o obowiązki edukacyjne, badawcze i kontrolne.

rozmawiał Piotr Pytlakowski

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj