Gwałty mają być ścigane z urzędu
Zmienić mentalność
Rząd wsparł poselski projekt zmiany prawa karnego w sprawie zgwałceń. Przypadki części gwałtów - zbiorowych i tych popełnionych ze szczególnym okrucieństwem - mają być ścigane z urzędu.

W większości krajów te kwestie rozwiązane są podobnie. Zgodnie z filozofią, że prawo wyboru, czy po gwałcie złożyć wniosek o ściganie sprawcy, czy też nie, jest dla ofiary raczej obciążeniem, niż przywilejem. I tak jest w istocie. Ofiary gwałtów dotyka coś, co w psychologii nazywa się stresem pourazowym. Jego etap pierwszy łączy się z apatią, otępieniem, ze swego rodzaju bezwolnością. Z oczywistych powodów wystąpienie z oskarżeniem bywa w takim momencie niemożliwe.

Po drugie, sprawca, to - jak wynika ze statystyk - w większości przypadków ktoś bliski. Po trzecie – mamy w Polsce specyficzny standard kulturowy: nie mówić, zapomnieć, wstydzić się. Występując o ściganie sprawcy ofiara musi nierzadko wystąpić przeciw bliskim.  To już piętrowa niemożność.

Pozostałe przepisy, znowelizowane forsowaną przez rząd ustawą, mają chronić ofiary przed skutkami zmiany prawa. Już mniej więcej od lat 70. wiadomo, że zmuszanie ofiary do opowiadania o gwałcie, to jak narażanie na kolejny gwałt – uaktywnia się skrótowa ścieżka w mózgu, prowadząca do tamtych emocji.

Teoretycznie, prawnikom też jest to już wiadome. Już w roku 1972 Sąd Najwyższy ogłosił wytyczne dla wymiaru sprawiedliwości, w których jest mowa o oszczędzaniu dodatkowych cierpień ofierze. W praktyce rzecz ujęto tak: „nie narażać osoby pokrzywdzonej na zbędne przykrości”. Co czyta się jak ponury żart, skoro owe zbędne przykrości, czyli brak właściwej opieki nad ofiarą skutkują nałogami, samookaleczeniami, bulimią, nowotworami, depresjami, nietypowymi reakcjami ciała – jak paraliż na widok każdego niebieskiego samochodu (jeśli do takiego ją zabrali) czy żółtego plecaka (bo taki miał sprawca gwałtu). Tak właśnie wynika z badań.

Dzieje się tak dlatego, że traumatyczne doświadczenie, jakim jest przemoc seksualna, w specyficzny sposób oddziałuje na centralny układ nerwowy. Mózg zapamiętuje sytuację wadliwie, chaotycznie. Nie w całości, ale we fragmentach, na które składają się też smaki i zapachy. Powstaje poszarpany zapis, który później latami uaktywnia się w mózgu w nieoczekiwanych sytuacjach – coś jak telewizor, włączony przypadkiem na cały regulator.

Wiadomo też już, że mózg ofiary można naprawić tylko w jeden sposób: specjalnie do tego celu stworzoną terapią, która polega między innymi na przepisaniu wspomnień z jednej półkuli do drugiej. Zapisaniu wszystkiego w taki sposób, by ułożyło się w całość i przestało się wyrywać spod kontroli. Trudna sztuka, koronkowa robota, proces jak mało co podatny na zrujnowanie.

I właśnie dlatego zmiany w prawie – okrzyknięte już rewolucyjnymi - to ledwie przygrywka. Ważniejsze są zmiany w społecznej mentalności. Więcej rozumienia, czym właściwie jest gwałt i jakie ma konsekwencje dla ofiary. Ale jeszcze ważniejsza jest ta oczywistość: standardem, oferowanym przez państwo powinna być terapia traumy dla ofiary. Oprócz ścigania sprawców.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj