Tusk, Gowin i ten trzeci. PO idzie do wyborów
Sobotnia konwencja Platformy ma zmienić statut partii, by przewodniczący partii mógł być wybierany w wyborach bezpośrednich. Wygra je Tusk - już dziś to pewne. Ale co mu to da?
Donald Tusk i Grzegorz Schetyna.
Adam Chełstowski/Forum

Donald Tusk i Grzegorz Schetyna.

Na pierwszy rzut oka wszystko jasne – premier przeforsuje swój pomysł, by szefa PO wybrali wszyscy czynni członkowie Platformy w wyborach bezpośrednich. Stanie się to nie za kilka miesięcy, jak planowano do niedawna, ale już na przełomie lipca i sierpnia. Niespodzianek nie będzie. Mimo że do rywalizacji z Tuskiem stanie Jarosław Gowin, z premierem nie ma żadnych szans.

Wszyscy w Platformie zdają sobie z tego sprawę, więc przed chorzowską konwencją wielu stawiało inne pytanie: co zrobi ten trzeci? Gdy wiosną Tusk rzucił pomysł wyborów bezpośrednich, wiadomo było, że zrobił to m.in. po to, by zablokować i osłabić Grzegorza Schetynę, swego pierwszego zastępcę w Platformie, najbardziej realnego chyba pretendenta do zastąpienia go w fotelach szefa partii i premiera. Dlatego pierwszy wiceszef Platformy był postrzegany jako naturalny kontrkandydat Tuska w wewnątrzpartyjnej elekcji.

Kto za Gowinem?
Tyle, że Schetyna nie wystartuje. – Słusznie się obawia, że jeśli przegrałby z Tuskiem dużą różnicą głosów, jego pozycja mocno by osłabła. Dlatego kolejny raz powściągnął ambicje i postanowił czekać na bardziej sprzyjające okoliczności – mówi jeden z polityków PO. Potencjalna porażka Schetyny była łatwa do przewidzenia. Przyspieszenie wyborów sprawiło, że nie był w stanie przeprowadzić skutecznej kampanii, mógł co najwyżej wysłać do Tuska ofertę, by podzielili się władzą w partii jak za dawnych lat – Tusk zajmie się rządzeniem, a on weźmie w garść Platformę.

Premier odrzucił propozycję, pojawiło się więc kolejne pytanie: czy przyciśnięty do muru Schetyna nie doprowadzi do zerwania chorzowskiej konwencji? O takim scenariuszu już kilka tygodni temu można było usłyszeć wśród stronników Schetyny. Podczas majowego zebrania zarządu PO, podczas którego Tusk poinformował o pomyśle z wyborami bezpośrednimi, najbardziej zaufany człowiek byłego marszałka Andrzej Halicki miał wyciągnąć statut partii i powołując się na jego zapisy stwierdzić, że dokument nie pozwala na taki sposób wyłonienia przewodniczącego. To m.in. dlatego konieczne było zwołanie sobotniego zjazdu. – Gdyby delegaci z Dolnego Śląska, Mazowsza i Wielkopolski, gdzie rządzą schetynowcy nie wzięli udziału w głosowaniu, z wyborów bezpośrednich nic mogłoby nie wyjść. Na konwencji zabrakłoby po prostu kworum – tłumaczy osoba z kręgu Schetyny.

Tyle, że taki gest byłby początkiem wewnątrzpartyjnej, wyniszczającej wojny. A tego były marszałek chce uniknąć za wszelką cenę. Władza, o którą walczy Schetyna, to władza sprawowana nad realną siłą, a nie nad masą upadłościową. Scenariusz pęknięcia, a może nawet rozpadu PO, który 12 lat temu stał się udziałem AWS i UW, w planach Schetyny nie wchodzi w rachubę. – Dlatego Grzegorz weźmie na przeczekanie – twierdzi jego stronnik. - Co nie znaczy, że będzie siedział z założonymi rękami. Zagra na Gowina - spekuluje.

To opinia wielu osób w PO – Schetyna i jego ludzie poprą Gowina po to, by Tusk nie wygrał miażdżącą przewagą. Paradoksalnie, im lepiej wypadnie były minister sprawiedliwości, tym lepiej dla Schetyny. – Nawet jeśli Gowin zyska wysokie poparcie, nic na tym nie zbuduje. Ma w partii opinie singla, który gra wyłącznie na siebie. Łatwo więc będzie wytłumaczyć, że głosy na niego, to tak naprawdę głosy oddane przeciwko Tuskowi. I na tym budować kapitał na przyszłość, szczególnie w kontekście zbliżających się wyborów w regionach, które odbędą się jesienią – wyłuszcza jeden z naszych rozmówców.

Liczyć się też będzie frekwencja – jeśli będzie niższa, może to oznaczać, że wielu członków PO nie poszło do wyborów, bo nie mieli kandydata spełniającego ich oczekiwania. Wewnątrzpartyjni opozycjoniści z pewnością i po taki argument sięgnęliby z ochotą.

Kapitał jednorazowy
Konwencja i następujące po niej wybory potwierdzą przywództwo Tuska. Nie wiadomo tylko z jaką mocą. Można zaryzykować stwierdzenie, że premier dostanie silny mandat, porównywalny do tego, jaki dwa lata temu dały mu zwycięskie wybory parlamentarne. Da mu to argument do ewentualnego przeprowadzenia głębszych zmian w partii i rządzie. Ale czy spodziewane wycięcie ludzi Schetyny z władz lokalnych i zapowiadana na lato rekonstrukcja rządu coś zmieni?

W Platformie można usłyszeć głosy wątpiące. Jakby do świadomości polityków PO znów zaczął przebijać się głos opozycji mówiącej, że Tusk jest zmęczony. – Może na krótką metę te jego ruchy coś zmienią, ale w dalszej perspektywie nie za bardzo w to wierzę. Premier jest wypalony – mówi jeden ze stołecznych działaczy PO (co ciekawe, bardziej z kręgu Tuska niż Schetyny).

Tusk musi zdawać sobie sprawę, że nawet największy kapitał zaufania, który zgromadzi w partii wraz ze swym zwycięstwem, będzie musiał szybko zainwestować. Inaczej może stopnieć w mgnieniu oka, wraz z pogarszającymi się wskaźnikami gospodarczymi, kolejnymi skandalami i skandalikami, które niechybnie media wyciągną. Stąd w PO silne jest także inne przekonanie – że Tusk wykorzysta zaoszczędzone na zmianach w OFE pieniądze, by ugasić nimi najgroźniejsze pożary.

Jeśli mu się uda, jego przywództwo nie będzie zagrożone. Jeśli nie, a w dodatku kryzys – nie tylko gospodarczy, ale i społecznego zaufania wobec premiera – pogłębi się, będzie coraz silniej kontestowane. W tym swoją szansę upatruje Grzegorz Schetyna. „Nieprzypadkowo jego ulubione filmy to Gladiator i Shrek - ma najlepsze cechy tych bohaterów” – tak premier mówił o Schetynie trzy lata temu, gdy ten zostawał marszałkiem Sejmu. Tusk na pewno je pamięta.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj