Krasowski o Lechu Wałęsie - część II tryptyku
Król bez Dworu
Lata 1988–90 to najświetniejszy okres w karierze Lecha Wałęsy. Zwycięstwo za zwycięstwem. Jednak im większy był Wałęsa, tym trudniej było w jego wielkość uwierzyć. Im bliżej był władzy, tym bardziej się go bano. Siermiężność chłopa-króla stała się problemem.
Obrady Okrągłego Stołu. Od lewej: Mieczysław Gil, Tadeusz Mazowiecki, Lech Wałęsa, Władysław Frasyniuk, Zbigniew Bujak.
Leszek Łożyński/Reporter

Obrady Okrągłego Stołu. Od lewej: Mieczysław Gil, Tadeusz Mazowiecki, Lech Wałęsa, Władysław Frasyniuk, Zbigniew Bujak.

W 1988 r. Jaruzelski nie miał już wyjścia. Zaproponował Wałęsie rozmowy, lecz jako warunek postawił zgaszenie strajków. I Wałęsa je zgasił.
Wikipedia

W 1988 r. Jaruzelski nie miał już wyjścia. Zaproponował Wałęsie rozmowy, lecz jako warunek postawił zgaszenie strajków. I Wałęsa je zgasił.

Robert Krasowski, publicysta i wydawca. Założyciel i były redaktor naczelny gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”.
Tadeusz Późniak/Polityka

Robert Krasowski, publicysta i wydawca. Założyciel i były redaktor naczelny gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”.

Opowieść o tamtych latach trzeba zacząć od sprostowania kolejnej legendy. O dwóch ojcach Okrągłego Stołu – Lechu Wałęsie i Wojciechu Jaruzelskim. Bo nie było dwóch ojców, tylko jeden – Wałęsa. To on przez całe lata 80. forsował ideę porozumienia. Mówił o tym setki razy, na przykład podczas sławnego spotkania z wicepremierem Mieczysławem Rakowskim w Stoczni Gdańskiej w 1983 r. „Nie chcemy burzyć socjalizmu, nie chcemy przejąć władzy, nie chcemy podważać sojuszy. Chcemy, byście z nami siedli do stołu i pogadali o błędach”. Jednak oferta ugody za każdym razem była odrzucana.

Generałowie byli bardzo zacietrzewieni. I bardzo niezdarni. O ile stan wojenny był organizacyjnym majstersztykiem, gdyby nie ofiary z Wujka, można by go uznać za dowód wielkiej politycznej sprawności, to kolejne lata były żałosnym spektaklem. Cała ówczesna polityka – poza kolejnymi nieudanymi reformami – sprowadzała się do pobić, fałszywek i prowokacji. Bo generałowie mieli obsesję służb. Mieli całe państwo z jego licznymi narzędziami, jednak korzystali tylko ze służb. A te werbowały, podsłuchiwały, zastraszały. Lata 80. nie znały polityki, jedynie tajne operacje.

Jednak najgorsze było nie to, że była to dyktatura ubeków, ale że była to dyktatura tępych ubeków. Bo ton działaniom władzy nadali nie świetnie wyszkoleni oficerowie wywiadu, lecz prymitywne natury znające tylko język przemocy. Zapewne słabnąca władza musiała pałować manifestantów, ale po co biła Andrzeja Gwiazdę, po co mordowała księdza Jerzego Popiełuszkę, po co nasyłała nieznanych sprawców na pomniejszych działaczy? Przecież to było dramatycznie niemądre. W opozycyjnej legendzie używa się innych słów. Władzę generałów ostro się potępia. Opisuje się ją jako groźną, demoniczną, zbrodniczą. Tymczasem była ona głównie nieudolna. Wojskowi na polityce się nie znali. Autorytarne państwo szybko rozpadło im się w rękach, zamieniając się w toporny, policyjny reżim, nad którym również utracili kontrolę. Średni aparat zaczął prowadzić politykę na własną rękę, czyli bić każdego, kogo zechce. Do centrum systemu władzy wdarła się anarchia.

Po opozycyjnej stronie budowało to wrażenie świadomie reżyserowanej agresji. Co rodziło rosnącą wrogość. Jeden Wałęsa przyjmował to wszystko spokojnie. Nadal nie zmieniał swej linii. Krytykował władzę, ale stale wyciągał do niej rękę. Nawet po zabiciu Popiełuszki ponowił ofertę rozmów. Bo rozumiał, że społeczeństwo nie ma szansy w starciu z władzą. Że komunizm można silniej zranić, wchodząc z nim w ugodę, niż wydając mu otwartą wojnę.

Była to ryzykowna strategia, bo Wałęsa coraz mocniej mijał się z nastrojami swojego zaplecza. Aż w końcu w podziemnej Solidarności doszło do rozłamu. W 1987 r. antykomunistyczne jastrzębie – Gwiazda, Jan Rulewski, Marian Jurczyk, Andrzej Słowik – poszły własną drogą, domagając się otwartej walki z komunizmem. Mimo to Wałęsa linii nie zmienił. Oferta ugody pozostała na stole. Lecz generałowie nadal jej nie chcieli. Mimo że Michaił Gorbaczow odwołał doktrynę Leonida Breżniewa i sam zaczął zachęcać Jaruzelskiego do rozmów z opozycją.

I

Minął rok. Wiosną 1988 r. wybuchła fala strajków. Wziął w nich udział Wałęsa. Znowu w świetnej formie. Panował nad społecznymi emocjami jeszcze lepiej niż dawniej. Więc jesienią zaatakował jeszcze raz. Wywołał falę strajków tylko po to, aby władzę zmusić do rozmów. Ale Jaruzelski nadal odmawiał. Więc nacisnął sam Gorbaczow. W czasie wizyty w Warszawie zażądał rozmów z opozycją. W ogóle przez cały 1988 i 1989 r. przez ambasadę rosyjską szły kolejne naciski na ugodę z opozycją. Ugodę – jak mówili Rosjanie – „uczciwą” i „trwałą”. Moskwa naciskała nie tylko dlatego, że na gwałt ocieplała stosunki z Amerykanami. Przede wszystkim chciała przetestować – w Polsce i na Węgrzech – bezpieczne granice demokratyzacji komunizmu. Dla Rosjan była to sprawa gardłowa – musieli gdzieś sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć ze zmianami u siebie, w Związku Radzieckim. Jako poligon Polska była idealna – miała opozycję, z którą władza mogła rozmawiać.

Jaruzelski nie miał już wyjścia. Zaproponował Wałęsie rozmowy, lecz jako warunek postawił zgaszenie strajków. I Wałęsa je zgasił. Dziś ta informacja brzmi sucho, ale właśnie wtedy Wałęsa zaczął najbardziej ryzykowną rozgrywkę w całej swojej karierze. Po raz pierwszy od 1981 r. społeczeństwo się obudziło i nagle Wałęsa – na żądanie władzy – kazał mu się poddać. Radykałowie zaczęli krzyczeć, że to zdrada, młodzi robotnicy byli wściekli, studenteria także. To był ruch na granicy politycznego samobójstwa. Zwłaszcza że szansa na dotrzymanie słowa przez władzę była niewielka. Jednak Wałęsa się uparł. Wszystko postawił na jedną kartę. Na ugodę. Jeździł po Polsce i zmuszał robotników do powrotu do pracy. W niektórych fabrykach czekały na niego taczki, na których jako łamistrajka chciano go wywieźć. Ale Wałęsa wpadał do strajkujących, wygłaszał płomienne antykomunistyczne przemówienie. Dzikie, agresywne, brutalne. Rozgrzewał robotników do takiej rewolucyjnej euforii, że ostrożny Mazowiecki wpadał w panikę. Łapał się za głowę i powtarzał: „Co on mówi, co on mówi”. Tymczasem Wałęsa zdobywszy wiarygodność robotników, chwilę potem dowodził, że aby „czerwonych” pokonać, trzeba się rozejść do pracy. I się rozchodzili.

Strajki zostały zgaszone. Wałęsa umowy dotrzymał, Jaruzelski nie. Rozmowy Okrągłego Stołu miały się zacząć w październiku, jednak generał zwlekał z decyzją jeszcze przez pół roku. Do ostatniej chwili nie chciał porozumienia. Owszem, aby mieć wolne ręce, przeforsował w partii zgodę na rozmowy z opozycją, ale ten wariant traktował jako ostateczność. Jednak wiosną skończyła się cierpliwość Gorbaczowa. Widząc opór Jaruzelskiego, Moskwa postanowiła nawiązać kontakt z polską opozycją, co – jak opisuje Rakowski – wywołało w PZPR panikę, że Moskwa dogada się z opozycją za plecami polskich komunistów. Chwilę potem na Jaruzelskiego spadł kolejny cios. W gospodarce wybuchł kryzys, największy w historii PRL, z perspektywą całkowitego załamania w ciągu pół roku. To już był koniec gry, Jaruzelski nie miał wyjścia. I dopiero wtedy się zgodził usiąść do rozmów. Wałęsa postawił na swoim. Po dziewięciu latach zmusił generałów do ugody.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj