Pan Tadeusz, Pan Premier. Wspomnienia o Tadeuszu Mazowieckim
Nie żyje Tadeusz Mazowiecki. Pierwszy premier III RP, legendarny doradca Lecha Wałęsy, katolicki intelektualista, wybitny redaktor „Więzi” i „Tygodnika Solidarność” zmarł 29 października w Warszawie. Miał 86 lat. Jednego z ojców wolnej Polski wspominają publicyści POLITYKI: Jerzy Baczyński, Adam Szostkiewicz, Jagienka Wilczak i Jacek Żakowski.
Tadeusz Mazowiecki (1927 - 2013).
Aleksander Jałosiński/Forum

Tadeusz Mazowiecki (1927 - 2013).

Jerzy Baczyński: Premier milowy

Tylko jeden raz, w 1997 roku, z okazji 40-lecia POLITYKI, przyznaliśmy nagrodę o nazwie Kamień Milowy „dla osób, które zmieniły bieg historii”. Odebrali ją wtedy Michaił Gorbaczow, człowiek który rozpoczął proces pokojowego demontażu Związku Radzieckiego; Jacques Delors – najważniejsza postać wśród twórców Unii Europejskiej oraz Tadeusz Mazowiecki, pierwszy budowniczy nowej niepodległej Rzeczpospolitej. Było w tym sporo zamierzonej symboliki: dla nas Tadeusz Mazowiecki, pomiędzy Gorbaczowem i Delorsem , uosabiał polską drogę od Związku Sowieckiego do Unii Europejskiej.

Nikt zresztą tak dobrze jak Pan Tadeusz nie pasował do roli Ojca – Założyciela Trzeciej Rzeczpospolitej. I to nie tylko dlatego, że niejako z urzędu, wraz z funkcją premiera, wziął na siebie zadanie przeprowadzenia rewolucyjnej zmiany ustroju państwa, ale także dlatego, że był tak mało polityczny, że pozostał człowiekiem misji, wartości, kompromisu, bardziej romantykiem niż technikiem władzy. Dla mnie reprezentował  to, co było najlepsze, najbardziej szlachetne w ruchu Solidarności. Wtedy, przed 15 laty, odbierając Kamień Milowy POLITYKI, mówił o swoim rozumieniu demokracji jako obowiązku szukania  „wspólnego dobra narodu” i o etycznej odpowiedzialności polityków za czyny i słowa. Kierował to przede wszystkim do siebie, ale te słowa wciąż brzmią jak niespełniony postulat.

W weekend na dziedzińcu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych odsłonięto pomnik Krzysztofa Kozłowskiego, pierwszego niekomunistycznego szefa MSW. Na uroczystości miał być obecny Tadeusz Mazowiecki, ale właśnie zabrano go do szpitala… Pomyślałem, że byłoby dobrze, gdyby przed  Kancelarią Prezesa Rady Ministrów, może w ogrodzie, na który wychodzą okna gabinetu premiera , stanęło teraz choćby skromne popiersie Tadeusza Mazowieckiego.

Nie jestem zwolennikiem „polityki pomnikowej”, a i sam Pan Tadeusz pewnie by się obruszył, ale chciałbym żeby spiżowa, w każdym rozumieniu tego słowa, postać Tadeusza Mazowieckiego przypominała kolejnym premierom Niepodległej Rzeczpospolitej od kogo się wywodzą, czyimi są kontynuatorami. Wiem, że trudno się mierzyć z pomnikiem, ale politykom potrzebny jest niepokój sumienia.

***

Adam Szostkiewicz: Demokrata szczery

Jeszcze kilka miesięcy temu prowadziłem w Krakowie w Klubie Jaszczury spotkanie z udziałem Tadeusza Mazowieckiego. Tematem była antologia tekstów Pana Tadeusza "Rok 1989 i lata następne". Mazowiecki był w dobrej formie. Przyszło dużo ludzi, a na dodatek chyba lubił odwiedzać Kraków. Choćby dla przyjaciół z „Tygodnika Powszechnego”. Miał w tym Krakowie oparcie, ludzie „Tygodnika” weszli do rządu Mazowieckiego i do parlamentu. Połączyła ich z Mazowieckim wola zrobienia czegoś dla odrodzonej po 1989 r. demokratycznej i suwerennej Polski. Ale też przekonanie, że chrześcijaństwo może być w tym dziele pomocne.

Jest gorzkim paradoksem, że Kościół instytucjonalny w Polsce z nielicznymi wyjątkami woli nie pamiętać, ile zawdzięcza rządowi Mazowieckiego i jego Unii Demokratycznej/Unii Wolności. Mazowiecki uważał, że pełnoprawny powrót Kościoła do życia publicznego nie tylko się polskiemu katolicyzmowi należy moralnie, ale też wzmocni  w społeczeństwie zaufanie do transformacji ustrojowej.

Z ostatniego mego spotkania z Panem Tadeuszem odniosłem wrażenie, że jest głęboko zaniepokojony kursem obranym przez liderów kościelnych w ostatnich latach, zwłaszcza po katastrofie smoleńskiej. Kościół Mazowieckiego to był Kościół Jana XXIII, Jana Pawła II, Franciszka, środowiska Lasek i warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, „Więzi”, „Znaku”, „Tygodnika Powszechnego”, ks. Tischnera i o. Musiała, ale nie radio-maryjnych księży krzyżowców.    

Mazowiecki miał temperament raczej socjaldemokratyczny niż chadecki. Z błędów swej politycznej młodości, także w stosunku do Kościoła, wielokrotnie się wytłumaczył, uczciwe i przekonująco. Na pewno był szczerym demokratą. Nie tylko w sensie ideowym. Miałem okazję przyglądać się mu jako szefowi rządu, ale prywatnie, kiedy byłem rzecznikiem prasowym jego Komitetu Wyborczego podczas kampanii prezydenckiej.

Miał kłopot z tym, że musi rywalizować z Wałęsą, którego szanował. Nie miał problemu z oddaniem Wałęsie tego, co Wałęsy. Przeżywał ataki Lecha na siebie podczas kampanii, ale prywatnie tłumaczył je logiką spersonalizowanej do bólu walki politycznej. Sam nigdy do takiego poziomu nie schodził. Populizm w każdej odmianie to nie był jego styl uprawiania polityki w demokracji.

Na pierwszą podróż zagraniczną wybrał się jako premier do Włoch, w tym do Watykanu. Uważał, że papieżowi należy podziękować za jego wsparcie dla Solidarności, bez której Pan Tadeusz prawdopodobnie nie doszedłby w swej publicznej karierze tam, dokąd doszedł. Wtedy w Rzymie wizytę obsługiwali jeszcze dyplomaci PRL-owscy. Nie szło im, jeden z najbliższych współpracowników Pana Tadeusza wezwał ich na dywanik. Mazowiecki przerwał mu: Nie poniżaj człowieka.

Bardzo w pamięć zapadła mi jego misja w ogarniętej wojną domową Jugosławii. Pracowałem wtedy w „Tygodniku Powszechnym”; pewnej nocy otrzymaliśmy angielski tekst obszernego raportu na ten temat, jaki Pan Tadeusz miał przedstawić Narodom Zjednoczonym, od których otrzymał to zadanie.

Aby opublikować go w najbliższym numerze, trzeba było posiedzieć do białego dnia. Tłumaczyłem, inni koledzy robili korektę, łamali tekst do druku. Nikt nie miał cienia wątpliwości, że trzeba i warto, że prasa jest też od tego.

Ale jeszcze ważniejsze było to, że chcieliśmy w ten sposób wyrazić także nasz podziw dla Mazowieckiego jako polityka, który poczuwał się też do obowiązków względem Europy, a nie tylko względem Polski. Może jeszcze inaczej: który rozumiał, że służenie interesom Polskim nie jest działalnością w próżni i izolacji od idei i polityki europejskiej.

Zapamiętam go jako polityka i z powołania, i z zawodu. Polska miała szczęście, że jej trzecią niepodległość budowali ludzie tacy jak Tadeusz Mazowiecki.

***

Jagienka Wilczak: Lepszego nie było

Tygodnik Solidarność czytaliśmy z wypiekami na twarzy. Kupowało się go spod lady i każdy numer zaczytywało na śmierć. Dla mojego pokolenia to była nowa jakość, nowe dziennikarstwo i nadzieja. To oczywiste, Tygodnik jaki wtedy dostawaliśmy do ręki, mógł stworzyć i prowadzić tylko taki człowiek jakim był Tadeusz Mazowiecki. Człowiek z jego spokojem, zdecydowaniem i uczciwością mógł pogodzić wówczas szaleńcze żywioły.

A potem były dni stanu wojennego,  szum zagłuszaczki i z uchem przy odbiorniku, nerwowo wysłuchiwane informacje  Radia Wolna Europa. I niesłychana radość, kiedy przyszła wiadomość, że – mimo pogłosek o jego śmierci - Mazowiecki żyje.

Chciał służyć wszystkiemu, co dobre dla Polski - to banalne, ale tak przecież było. Kiedy widziałam Tadeusza Mazowieckiego wchodzącego do Pałacu Namiestnikowskiego na rozpoczęcie obrad Okrągłego Stołu myślałam, że to niezwykle ważne wydarzenie musi się zakończyć sukcesem. Czasy były trudne, sytuacja nerwowa, bo oto spotykali się prześladowcy i prześladowani i mieli rozmawiać o przyszłej Polsce. Ta krucha konstrukcja mogła runąć, a zaufanie, że władza rzeczywiście chce zmian było mocno ograniczone. Ale był taki moment, obraz, który rozbudzał nadzieję: spokojny Mazowiecki, z poważną lecz otwartą i życzliwą światu twarzą witał się z przedstawicielami delegacji rządowej.

To też był nowy wymiar polityki, wskazanie, że o wszystkich nawet najtrudniejszych sprawach można rozmawiać, że polityka to umiejętność dobrej, skutecznej rozmowy i kompromisu, mądrego wynegocjowanego na uczciwych warunkach. I realizowanego.  

To były szalone dni, te dwa miesiące obrad i wszyscy mieli przekonanie, że dzieją się rzeczy wielkie, historyczne. Tadeusz Mazowiecki zawsze miał czas dla dziennikarzy, spokojnie odpowiadał na pytania, nawet te niegrzeczne i agresywne, bo takich również nie brakowało, a może nawet niekiedy przeważały. Mazowiecki nigdy nie dał się sprowokować, ważył każde wypowiadane słowo, bo każde słowo miało wtedy siłę rażenia bomby atomowej. On zabiegając o zalegalizowanie NSZZ Solidarność, miał wielką świadomość jak cienka jest linia, po której stąpa. Ten nowy styl w uprawianiu polityki, tak różny od tego, do czego my dziennikarze przywykliśmy, budził szacunek i uznanie.

To prawda, polityki nie pojmował jako walki na śmierć i życie, byle pognębić przeciwnika. Po wielu latach nie opuszcza mnie wrażenie, że osobowość Tadeusza Mazowieckiego, jego spokój, zdecydowanie i jasna wizja tego, o co toczy się gra przy Okrągłym Stole doprowadziły do pomyślnego zakończenia i podpisania porozumień. On wiedział, że wybory są nieproste, ale miał przekonanie, że zadaniem polityki i polityka jest wpływanie na bieg historii. To cecha męża stanu.

Pamiętam wyjazd do Gdańska, do Komisji Krajowej, latem 1989 roku. Lech Wałęsa rozważał właśnie możliwość powierzenia funkcji premiera Mazowieckiemu. – Nie ma lepszego człowieka na ten czas – mówił. Miał rację, nie było lepszego człowieka. To był mądry wybór Wałęsy. Polskę czekała prawdziwa rewolucja i mogła się szczęśliwie dokonać tylko dlatego, że Tadeusz Mazowiecki został premierem.

Niezwykłą estymą otaczany jest wciąż w Bośni, za wszystko, co zrobił jako specjalny wysłannik Narodów Zjednoczonych na Bałkany. Mazowiecki jest uważany za bohatera narodowego, jego raport z Bałkanów, rzeczowy, ale nie pozbawiony emocji, otworzył Europie i światu oczy na okropności, jakie tam się dzieją. Tuż obok, zaledwie godzinę lotu samolotem z Wiednia.

Tymczasem Serbowie w Belgradzie mieli do niego pretensje, że nie rozumiał tej wojny, tej części Europy, a w nich widział jedynych winnych wydarzeń i że napisał jedynie część prawdy - nie ich. Nigdy mu tego nie wybaczyli.

Po latach myślę, że to bałkańskie, ciężkie doświadczenie bardzo się odcisnęło  w następnych latach na podejściu Tadeusza Mazowieckiego do polityki, na jej rozumieniu i sposobie uprawiania.

Smutno, że odszedł.

***

Jacek Żakowski: Ostatnia podpodra

Odszedł były premier. To zawsze jest smutne. Ale Tadeusz Mazowiecki nie był tylko emerytowanym premierem. Był obok Jacka Kuronia i Bronisława Geremka - jednym z trzech wielkich filarów, na których oparła się państwowa konstrukcja Trzeciej Rzeczpospolitej.

Kuroń uosabiał troskę o spójne społeczeństwo, Geremek europejską tożsamość Polaków, Mazowiecki stabilność odzyskanego państwa.

Po śmierci Jacka Kuronia i Bronisława Geremka, Mazowiecki był ostatnim żyjącym filarem. Nie tylko w sensie historycznym, moralnym, czy sentymentalnym. "Siła spokoju" - jak go nazywano - miała moc oddziaływania bez względu na formalne umocowanie. Jego wpływ na prezydenturę Bronisława Komorowskiego jest nie do przecenienia. Jako doradca o specjalnym statusie nie był szarą eminencją. Ale był kompasem, na który prezydent często zerkał. Podobnie jak wiele osób od ponad pół wieku. Bo Mazowiecki miał niezwykły polityczny instynkt, który od połowy lat pięćdziesiątych XX w. bezbłędnie ustawiał go w najważniejszych miejscach w najważniejszych chwilach.

W PRL po 1956 r. współtworzył ruch otwartych na świat katolików. Jako działacz i lider Klubów Inteligencji Katolickiej, jako poseł katolickiego koła poselskiego "Znak", jako autor i redaktor niezależnej prasy katolickiej. W 1968 roku opowiedział się po stronie represjonowanych. Od połowy lat 70. otwarcie wspierał nielegalną opozycję i współtworzył nielegalne instytucje społeczne. W 1980 jako ekspert dołączył do strajkujących w Gdańsku, potem był doradcą i negocjatorem "Solidarności", po wyjściu z internowania stał się jednym z łączników między opozycją a Kościołem instytucjonalnym. Pełnił kluczową rolę w przygotowaniu i obradach Okrągłego Stołu. Nie kandydował w wyborach 1989 r., ale w ich wyniku został pierwszym niekomunistycznym premierem po II wojnie światowej - doskonale wiedział, że jest to misja historyczna i samobójcza zarazem. Potem nie miał szczęścia w polityce. Zwykle miał rację, ale przyszły czasy, kiedy bardziej liczyła się brutalność. W chwale wrócił dopiero, gdy pod rządami PiS wystarczająco wielu Polaków zrozumiało, dokąd ta droga prowadzi.

Czy nie popełniał błędów? Popełniał je z pewnością. Każdy, kto zajmuje się polską polityką może mu coś zarzucić. Może zbyt dużo władzy dał Balcerowiczowi? Może dał Kościołowi zbyt wiele pola w nowej rzeczywistości i niesłusznie wprowadził religię do szkół? Może nie docenił problemu, jakim po 1989 stał się Lech Wałęsa? Może zbyt łatwo przeszedł do porządku nad winami ludzi poprzedniego systemu i pozwolił im się zbyt dobrze urządzić w III RP? Może niesłusznie zdystansował się od Unii Wolności? O to wszystko będziemy się długo i bezowocnie spierali, a on sam się nad tym nie raz publicznie zastanawiał. Ale są to kwestie drugorzędne, jeśli się pamięta, że pod jego rządami i w dużej mierze dzięki taktyce, którą w ostatecznym rachunku on sam musiał wybierać, Polska trwale odzyskała wolność i stała się częścią historycznego projektu europejskiego. Co nie było pewne i w sposób dziś niewyobrażalnie łatwy mogło zostać przerwane przez wciąż potężne siły starego porządku.

Gdybym więc miał porównać Mazowieckiego z jakąś inną wielką postacią polskiej polityki XX w. odwołał bym się pamięci Józefa Piłsudskiego. Polityka, który dał Polsce pierwszą w XX w. niepodległość i też został za to przez współczesnych ukarany. Tylko, że Mazowieckiego nie popchnęło to nigdy do zakwestionowania reguł demokracji. I chwała mu za to.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj