szukaj
Manewry NATO: sukces czy porażka?
Jazz na poligonie
Obserwując przygotowania do manewrów Steadfast Jazz, trudno się dziwić, że prezydent Bronisław Komorowski zabiega o to, by w razie czego Polska była w stanie obronić się sama.
Michał Łuczak

Na pasie taktycznym poligonu drawskiego wielkie poruszenie. Przeciwnik w wyjątkowo dobrej kondycji. Transportery wroga rozwijają szyk. Nasze wojsko też w świetnej formie. Co chwila podnoszą się kolejne oddziały. I nawet helikopter daje radę, choć zdarzało się, że się zacinał. Wróg jest, co prawda, tekturowo-drewniany i jego pojawianiem się steruje szef ćwiczeń, ale wieje realizmem. Pluton Rosomaków zajmuje pozycje. Zaczyna się ostrzał. Każdy wóz ma tylko pięć pocisków na zniszczenie celu. Tak łączy się potrzebę szkoleniową z ekonomicznymi realiami. Podstawowy pocisk 30 mm do Rosomaka kosztuje 740 zł. Parę sekund strzelania plutonu to 15 tys. zł. A w odwodzie czekają jeszcze dwa kolejne. No i pluton czołgów, choć oni dziś strzelać nie będą. Z czołgami nie ma przelewek. A z cenami amunicji do nich to już w ogóle. A zresztą, bywało, wróg uciekał na sam widok czołgów. Dziś ćwiczymy ten właśnie wariant.

Problemy z największymi od lat natowskimi ćwiczeniami Steadfast Jazz 2013 zaczynają się już od ich nazwy. Zgodnie z natowskim kodem pierwszą literą musiała być „S”, bo ćwiczenie ma elementy zgrywania wojsk. „J” mówi o tym, że biorą w nim udział wojska lądowe, morskie i powietrzne. Jednak próba dosłownego przełożenia kryptonimu na polski jest karkołomna. Osoby biegłe w tłumaczeniach mówią o „galopującym zgiełku”, a zwykli żołnierze o „pędzącej Hondzie Jazz”.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+