Wyrok sądu ws. krzyża w Sejmie
Krzyż nie godzi, ale mleko się rozlało
Proces o obecność krzyża w sali sejmowej mógł być okazją do poważnej dyskusji o wartościach i statusie demokratycznego państwa. Stał się tylko doraźnym tematem medialnym.

Kolejna już instancja sądowa uznała, że obecności krzyża w sali obrad Sejmu nie można uznać za naruszenie swobody sumienia parlamentarzystów. Obecność ta nie może też – zdaniem sądu – godzić w dobra osobiste tych z nich, którzy są niewierzący.

W tym punkcie wywód sądu może być przekonujący: wszak skoro ktoś jest przekonany do swych racji, to trudno się spodziewać, by odstępował od nich (choćby podejmując decyzje podczas głosowań) tylko dlatego, że w zasięgu jego wzroku znajdzie się symbol niekoniecznie mu bliski.

Po prostu: przeciwnicy krzyża w Sejmie strzelili sobie w kolano, źle formułując pozew. Dużo poważniejszy wymiar niż powoływanie się na naruszenie swoich uczuć, miałoby ponowne podniesienie kwestii, czy aby wiszący w Sejmie symbol jednej religii – co z tego, że statystycznie dominującej – nie narusza konstytucyjnej zasady neutralności światopoglądowej państwa?

W efekcie sąd mógł uciec od tego właśnie problemu. W uzasadnieniu ograniczył się do stwierdzenia, że „wolność religijna ma nie tylko wymiar indywidualny, czyli prywatny, ale również wymiar publiczny, czyli społeczny" i konstatacji, iż „umieszczenie krzyża w miejscach publicznych wchodzi w zakres prawa uzewnętrzniania publicznie wyznawanej religii”. Pytanie, czy w tak delikatnej materii, nie należy owych „miejsc publicznych” różnicować. Czym innym jest krzyż w przydrożnej kaplicy czy kościele (tego nikt rozumny nie kwestionuje) czy nad łóżkiem chorego w sali szpitala, a już czym innym już krzyż w klasie publicznej szkoły, w urzędzie państwowym, sądzie czy właśnie w gmachu parlamentu. Wciąż, w każdym razie, jest to temat do poważnej dyskusji (toczy się ona nieustannie na przykład we Francji, Niemczech, Włoszech czy w Stanach Zjednoczonych).

Paradoksalnie, powołując się na rozumowanie zaprezentowane teraz przez sąd, zawieszenia swoich symboli na Wiejskiej mogą teraz żądać parlamentarzyści wszystkich innych wyznań, ale też niewierzący i ci, którzy uznają religie za zabobon czy zło wcielone (zwłaszcza, że sędzia przyznała w uzasadnieniu, że istnieje również "prawo wolności od religii").

W rozumowaniu sądu niepokoi jednak przyznanie we wrażliwych kwestiach światopoglądowych priorytetu odczuciom „szerszego grona członków danej społeczności” (pytanie czy sąd oparł się tu o jakieś badania poglądów obywateli na temat obecności krzyża w Sejmie?). Współczesna demokracja nie sprowadza się przecież do absolutnych rządów większości, lecz zakłada poszanowanie opinii mniejszości.

Szczęśliwie sąd apelacyjny nie poszedł do końca śladem swojego odpowiednika na szczeblu okręgowym, który sugerował na dodatek, że kiedy ateiści zdobędą w kraju władzę, to będą mogli przegłosować usunięcie krzyża z parlamentu. Tu absurd sięgnął – groźnych niestety – szczytów. Bo jeśli na tym miałaby polegać kultura polityczna w życiu publicznym, to wypada pogratulować specyficznego rozumienia demokracji.

Wystarczy już, że krzyż w sali sejmowej został przed 16 laty powieszony przez grupkę posłów ówczesnego AWS chyłkiem i pod osłoną nocy, co już uwłaczało temu wielkiemu symbolowi.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj